Drony z termowizją, amunicja poddźwiękowa i karabinki M4A1 i M4A3, które przywodzą na myśl amerykańskie filmy wojenne o siłach specjalnych. Ten arsenał miał posłużyć władzom Szydłowca w województwie świętokrzyskim do walki z bobrami. Po tym, jak w mediach społecznościowych rozpętała się burza, burmistrz swój wniosek wycofał
Nie, to nie był fejk, o który dziś nietrudno w mediach społecznościowych. Wszystko było na piśmie. Pewnie nic o tej sprawie byśmy się nie dowiedzieli, gdyby nie Stowarzyszenie Nasz Bóbr, które w ciągu ostatniej doby nagłośniło sprawę.
Sprawa dotyczyła drzew w Parku Radziwiłłowskim, w okolicy „cieku wodnego Korzeniówka i fosy okalającej Zamek Szydłowieckich i Radziwiłłów”. Burmistrz Szydłowca, Artur Ludew we wniosku złożonym do radomskiego oddziału Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Warszawie, przedstawił poważny arsenał, po jaki zamierza sięgnąć w rozprawie z gryzoniami. Te są na tyle bezczelne, że przypływają do parku i interesują się rosnącymi tam drzewami. Nie mają tam ani swojego żeremia, ani nie spiętrzyły tamy. Ich winą jest to, że przypływają w te okolicy i dobierają się do rosnących w nim drzew. Szydłowieccy włodarze dodali też, że próbowali już chronić drzewa siatkami, ale miało to nie powstrzymać gryzoni przed dalszą eksploracją parkowego drzewostanu. Do walki z nimi władze postanowiły użyć wspomnianych dronów i karabinów.
Stowarzyszenie Nasz Bóbr skomentowało ten wniosek następującymi słowami:
„Brzmi to bardziej jak briefing przed operacją specjalną niż ochrona drzew w parku. Tylko że to nie front, a bobry to nie oddział dywersyjny. W większości miejsc na świecie przed bobrami chronią… zwykłe siatki na pniach drzew. Bez dronów. Bez taktycznej amunicji. I bez sprzętu rodem z filmów akcji. Czasem wystarcza działający mózg i odrobina rozsądku”.
Na szczęście pierwszy złożony wniosek RDOŚ uznał za słabo udokumentowany i nakazał burmistrzowi wyjaśnić w szczegółach, dlaczego odstrzał bobrów jest potrzebny. W odpowiedzi na to pismo, władze Szydłowca wyraziły się precyzyjniej i okazało się, że idzie o zabicie 10 bobrów.
Motywacja też stała się jasna. Z jednej strony miała wynikać z troski o mieszkańców, którzy spacerują po parku. Zdaniem burmistrza Szydłowca bobry zagrażają spacerującym ludziom i zwierzętom. W jaki sposób miałyby im zagrozić? Nie mamy żadnych informacji o tym, że bobry atakują ludzi przy pomocy uciętych przez siebie drzew ani z Szydłowca, ani w innym miejscu w Polsce.
Jednak dalsza część argumentacji jest jeszcze ciekawsza. Otóż w owym parku rośnie 110-letni wiąz szypułkowy. Drzewo to bardzo ładne i wygrało w 2025 roku tytuł Drzewa Roku, konkurując z piętnastoma innymi drzewami z całego kraju. W konsekwencji ma reprezentować Polskę w europejskim konkursie Tree of the Year 2026. Zabić bobra, żeby drzewo mogło wystartować w konkursie? Brzmi dość przewrotnie.
Jednak to nie koniec. Władze Szydłowca uznały, że wykażą się jeszcze bardziej. We wniosku wpisały, że zabite bobry zostaną dane na pożarcie rysiom w ramach wsparcia programu reintrodukcji tych zwierząt. To ta wisienka na torcie. A za całość zapłacić mieliby podatnicy, czyli mieszkańcy Szydłowca.
A tak skwitował całą sprawę dr Andrzej Czech, który zajmuje się od lat bobrami:
„Cały wniosek niezależnie od zaangażowania dronów był absurdalny. Odstrzelenie kilku bobrów, co miało kosztować kilkadziesiąt a może kilkaset tysięcy – poprosiłem o informację, ale jeszcze nie dostałem – i tak by nie rozwiązało sytuacji. Bo tam płynie rzeka. A rzeką przypłynęłyby kolejne bobry. I co wtedy zrobiłby burmistrz? Odpaliłby F-16 czy co? Po prostu nikt nie chciał rozwiązać problemu. Ktoś chciał wydać pieniądze, a ktoś chciał je przyjąć a przy okazji pobawić się dronami i amerykańskimi karabinkami. Lepiej byłoby wydać pieniądze a sprzęt użyć na prawdziwym froncie, który jest paręset kilometrów od Szydłowca”.
Ekspert nie pozostawia złudzeń. Sprawy zabijania bobrów w Szydłowcu nie udałoby się załatwić, gdyby nie społecznicy ze Stowarzyszenia Nasz Bóbr. Jak twierdzi Czech:
„Bez zaangażowania ludzi ze Stowarzyszenia Nasz Bóbr RDOŚ klepałby własne procedury i bobry dostałyby kulkę w łeb albo raczej w brzuch. Budżet Szydłowca i jego obywateli popłynąłby do firmy od eksterminacji bobrów. RDOŚ nie ruszyłby dupy, żeby sprawdzić czy w ogóle bobry są problemem w Szydłowcu, bo nigdy nie sprawdza rzetelności wniosków i działań zaradczych”.
O bobrach i wnioskach o ich zabijanie powstał już niejeden artykuł, który możecie przeczytać na łamach OKO.press. W jednym z nich, cytowany wyżej ekspert dodawał:
„Bóbr nie spada z nieba. Nie jest gatunkiem obcym, jest obecny w środowisku od lat, wiadomo, co robi i należy zawsze liczyć się z jego pojawieniem i obecnością. Zwłaszcza w sąsiedztwie cieków i zbiorników wodnych. Sięganie po odstrzał, ale i po niszczenie tam i żeremi jest kontrskuteczne. W miejsce zabitych zwierząt pojawią się nowe i problem będzie się powtarzał”.
Tym razem bobry w Szydłowcu mogą być na razie spokojne. Nie będzie odstrzału. A to wszystko dzięki miłośnikom bobrów, którym udało się nagłośnić tę bulwersującą sprawę.
Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".
Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".
Komentarze