„Zrujnowano jeden z ważniejszych resortów państwa. [...] To już nie jest MSZ tylko przybudówka i synekura, w której rządzą ludzie Mariusza Kamińskiego” - mówi OKO.press Ryszard Schnepf. Były wiceminister MSZ i ambasador w USA nie ma wątpliwości, że przyłączenie „pionu europejskiego” do KPRM nie ma sensu. Pogrąży MSZ od 3,5 roku demontowane przez PiS

W piątek 8 listopada Mateusz Morawiecki przedstawił skład swojego nowego rządu. Zapowiedział zwłaszcza „istotne zmiany” w MSZ. Choć szefem dyplomacji ma pozostać Jacek Czaputowicz, premier chce wydzielić z resortu „pion europejski” i włączyć go do Kancelarii Premiera.

Pionem ma pokierować obecny wiceminister ds. europejskich Konrad Szymański. Który, co zrozumiałe, cieszy się z takiego obrotu spraw.

„Bez ministra ds. europejskich w KPRM, Polska stałaby się jedynym krajem w UE, w którym premier nie ma bezpośredniego zaplecza. […] Ten pomysł wzmocni politykę państwa polskiego na forum europejskim” – stwierdził Szymański w radiowej „Trójce” 12 listopada.

„To dobra decyzja” – komentował oschle 11 listopada minister Jacek Czaputowicz.

Poza kręgami rządowymi plany Morawieckiego i Szymańskiego zbierają opłakane recenzje.

„Uważam, że to jest fatalna decyzja, której premier Morawiecki pożałuje” – powiedział w TVN24 były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

Poprzedni minister spraw zagranicznych PiS (dziś europoseł) Witold Waszczykowski wydzielenie „pionu europejskiego” uznał za posunięcie „niefortunne”, które „osłabia MSZ”. Podał też w wątpliwość zdolność min. Szymańskiego do prowadzenia własnej europejskiej dyplomacji.

Tylko część spraw europejskich negocjowana i decydowana jest w instytucjach europejskich. Większość spraw decyduje się w stolicach państw członkowskich. Ten proces nadzoruje MSZ. Kto to teraz będzie robił? Europejska dyplomacja Szymańskiego?

Głos zabrał także Ludwik Dorn, niegdyś związany z PiS, były wicepremier. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Dorn zwrócił uwagę na kwestie prawne zawarte w ustawie z 2009 roku o Komitecie ds. Europejskich. Jego zdaniem powstaje sytuacja, w której albo sam premier zostanie ministrem ds. europejskich, albo trzeba będzie powołać nowe ministerstwo.

W rozmowie z OKO.press posunięcie Morawieckiego punktuje Ryszard Schnepf – polski dyplomata, historyk, iberysta i urzędnik państwowy, były wiceminister MSZ, były ambasador RP w Urugwaju, Hiszpanii oraz USA.

„Ponowne rozbudowywanie struktury przy premierze nie ma sensu. […] Ten pomysł wraca, bo ludzie, którzy się tym zajmują, czyli wcześniej Jacek Saryusz-Wolski, a obecnie minister Szymański, mają ambicje, by poszerzać swoje włości”.

  • „To próba przejęcia kontroli, poszerzenia spektrum działania i uprawnień premiera. Widać, że zaufanie szefa rządu do struktur MSZ-owskich jest słabe”;
  • „Nie mamy już polityki azjatyckiej. Nie mamy polityki wschodniej. Żadnej polityki wobec Bliskiego Wschodu. Ani wobec Stanów Zjednoczonych, poza zakupami. Nie mamy polityki wobec Ameryki Łacińskiej”;
  • „Mariusz Kamiński zamienił dyplomację w swój trzeci filar. Jego ludzie tak naprawdę kierują resortem spraw zagranicznych. To już nie jest MSZ tylko przybudówka i synekura”.

Całość rozmowy poniżej.


Maria Pankowska, OKO.press: Jak ocenia Pan zapowiadane przeniesienie „pionu europejskiego” z MSZ do Kancelarii Premiera?

Amb. Ryszard Schnepf: To pozbawienie MSZ fundamentalnego pionu analitycznego i sfery działania – tych, które dotyczą Unii Europejskiej.

KPRM miała już kiedyś swój europejski przyczółek – Urząd Komitetu Integracji Europejskiej, który przygotowywał nas do akcesji.

Ale gdy w 2004 roku zostaliśmy pełnoprawnym członkiem UE, wyodrębniony UKIE miał coraz mniejszą rację bytu. W końcu premier Tusk oraz kierownictwo MSZ doszli do wniosku, że skoro przyjęliśmy acquis communautaire, czyli wszystkie unijne normy, zmienia się formuła współpracy z Unią. To już nie jest przedmiot negocjacji szefa rządu, tylko kluczowa część działalności MSZ. Dlatego UKIE został wcielony do resortu.

Jakie problemy powodowało wydzielenie spraw unijnych z MSZ, już po przystąpieniu do UE?

Sam byłem doradcą i sekretarzem stanu w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, negocjowaliśmy pierwszy unijny budżet w 2005 roku, podczas trudnej brytyjskiej prezydencji. Korzystaliśmy przy tym z zaplecza UKIE, bo ono nie było jeszcze w MSZ. Było nam przez to o tyle trudniej, że nie mieliśmy pełnego dostępu do zasobów placówek dyplomatycznych. Coś trzeba było zmienić.

Mówił o tym ostatnio Radosław Sikorski. Jego zdaniem powrót pionu unijnego do Kancelarii Premiera pozbawia premiera całego zaplecza, jakie tworzy struktura dyplomatyczna. To ambasady we wszystkich krajach UE oraz pion analityczny, który musi funkcjonować w otoczeniu dyplomatycznym.

Czemu zaplecze dyplomatyczne jest tak ważne?

W takich miejscach jak Paryż, Berlin, Madryt, Rzym czy Ateny placówki na bieżąco monitorują stanowiska krajów wobec setek kwestii, które są później rozstrzygane w Brukseli. Dzięki nim znamy te stanowiska wcześniej, mamy też możliwość oddziaływania na dany kraj.

Jeśli np. zależy nam na przychylności Greków, to placówka dyplomatyczna w Atenach włącza się do działania. Czasem nawet robi się to falowo, czyli angażując szereg ambasad w kilku krajach, by wzmocnić pewną narrację i uwidocznić nasze stanowisko. Chodzi o pozyskiwanie sojuszników do działań wewnątrz UE.

Każda decyzja – dotycząca rolnictwa, środowiska czy obronności – ma w Unii przeciwników i sojuszników. Skupienie sympatyków podobnego stanowiska jest kluczowe dla Polski, by mogła skuteczniej działać na unijnym forum. Zarówno w Radzie Europejskiej, jak i w Komisji czy Parlamencie.

Do tego potrzebna jest jednak mocna organizacja, merytorycznie silna.

UE prowadzi też politykę zewnętrzną, w stosunku do krajów, które nie są w Unii. Trzeba pilnować zgodności polityki polskiej i unijnej, bo tego się nie da rozdzielić, jeżeli chce się być pełnoprawnym i aktywnym członkiem UE. To się nakłada – nasza aktywność w Unii i poza nią.

Minister Szymański mówi, że sprawy europejskie podlegają premierom w wielu państwach członkowskich.

To nie tak. Premier zwykle ma swojego doradcę, który dysponuje niewielkim, technicznym biurem. Doradca jest szerpą, prowadzącym premiera, którego zadaniem jest kontaktowanie się z MSZ, sięganie do jego zasobów: ludzi i dokumentów. Nic nie stoi na przeszkodzie, by tak było i w polskim przypadku.

Ale cały pion europejski zazwyczaj jest w MSZ poszczególnych krajów. Jeżeli mówimy o kimś, że jest ministrem ds. europejskich, to znaczy, że de facto jest wiceministrem do spraw Unii w resorcie spraw zagranicznych. To najczęstsza praktyka.

Ponowne rozbudowywanie struktury przy premierze nie ma sensu. To było kiedyś oczko w głowie Jacka Saryusz-Wolskiego. On był królem UKIE. I ten pomysł wraca, bo ludzie, którzy się tym zajmują, czyli wcześniej Saryusz-Wolski, a obecnie minister Szymański, mają ambicje, by poszerzać swoje włości.

Czyli chodziło o osobiste ambicje ministra Szymańskiego?

To próba przejęcia kontroli, poszerzenia spektrum działania i uprawnień premiera. Widać, że zaufanie szefa rządu do struktur MSZ-owskich jest słabe. Woli opierać swoje działania na gronie zaufanych ludzi, stąd to przetasowanie.

Ale może też MSZ nie jest w stanie spełnić oczekiwań KPRM. Skutecznie doradzać premierowi w bardzo ważnej debacie europejskiej. Wtedy pojawia się inne pytanie. O to, co zrobiono z MSZ.

Co zrobiono?

Zdolności merytoryczne naszej dyplomacji znacząco się obniżyły. Ludzie o kontaktach i doświadczeniu albo zostali przesunięci do pracy administracyjnej, w tzw. archiwum, albo odeszli – pod presją lub z własnej woli. Dzisiejsze zasoby są wątłe, jeśli chodzi o zdolność do rzeczywistej pracy dyplomatycznej.

Zrujnowano jeden z ważniejszych resortów państwa polskiego. Z przyczyn ideologicznych, ale także osobistych. To są konflikty ciągnące się latami. Usunięto ludzi, którzy byli niewygodni lub nie byli sympatykami nowych władz w MSZ. A tym, kto przejął władzę, wcale nie jest Jacek Czaputowicz.

Minister Czaputowicz się nie liczy?

Na to niestety wygląda. Mówię to z przykrością, bo Jacek Czaputowicz, którego znam od wielu lat, jest człowiekiem inteligentnym. Teraz występuje w roli intelektualisty na czele resortu, którym de facto nie kieruje. Mówiło się, że odejdzie, ale może nie ma właściwego kandydata na jego miejsce. A może stan bezruchu jest najwygodniejszy, by dokończyć demontaż MSZ.

Demontaż trwa?

Postępuje demoralizacja środowiska. Po trzech i pół roku zmian kadry MSZ są już zupełnie inne. To widać gołym okiem, np. w wystąpieniach rzeczników prasowych. Kompletna katastrofa, brak profesjonalizmu.

Ludzie, którzy mają po dwadzieścia parę lat, bez żadnego doświadczenia awansują za lojalność. Za wierność ludziom, którzy de facto sprawują władzę, a którzy nie są nawet pracownikami służby zagranicznej.

MSZ się stacza. Nie mamy już polityki azjatyckiej. Nie mamy polityki wschodniej. Żadnej polityki wobec Bliskiego Wschodu. Ani wobec Stanów Zjednoczonych, poza zakupami. Nie mamy polityki wobec Ameryki Łacińskiej.

Teoretycznie premier Polski może obejść się bez kontaktów z krajami zamorskimi, choć to wieka strata dla dynamicznego państwa z ambicjami. Ale nie może funkcjonować bez polityki europejskiej, musi przyjeżdżać przygotowany na posiedzenia Rady. Możliwe więc, że minister Szymański ma być ratownikiem, który wyciągnie ten pion z resortu, zanim on także osunie się w czarną dziurę.

Pracownicy nowej struktury przy premierze przestaną podlegać kadrowo kierownictwu MSZ, czyli przede wszystkim Dyrektorowi Generalnemu [Andrzejowi Papierzowi – red.], którego powiązania są jasne. Wystarczy spojrzeć z kim wcześniej pracował.

Proszę wyjaśnić, dokąd prowadzą te powiązania.

Poza budynek ministerstwa. Mariusz Kamiński [b. szef CBA, obecnie koordynator służb specjalnych i minister spraw wewnętrznych i administracji oraz  – red.] zamienił dyplomację w swój trzeci filar. Jego ludzie tak naprawdę kierują resortem spraw zagranicznych.

To już nie jest MSZ tylko przybudówka i synekura. Kogoś można np. wysłać jako ambasadora na placówkę do Chile [Jacek Gawryszewski, były wiceszef ABW, został ambasadorem RP w Chile w 2017 roku – red.].

Premier chce się uniezależnić od MSZ, w którym za sznurki pociągają ludzie Kamińskiego?

To możliwe. Toczy się walka polityczna, której ofiarą jest m.in. MSZ i morale kadr dyplomatycznych.

Ale premier nie może narażać się na nieprzygotowanie i wyszarpywanie dokumentów z resortu. Dlatego zagarnął pod siebie sprawy europejskie. Bo pewnie te inne środowiska mu ograniczały dostęp, nie były wystarczająco lojalne.

Premier wyciąga ten kawałek unijny z tych kleszczy i oddaje w ręce ministra Szymańskiego, do którego pewnie ma zaufanie.

Kto jeszcze wywiera wpływ na MSZ?

Kluby i koterie w obrębie rządu, a nawet całej prawicy. Mamy np. dwór Ministra Sprawiedliwości czy dwór Ministra Kultury. Jeden z dworów postanowiono trochę okroić, by premier miał lepszą obsługę.

Ze strony jednej z partii koalicyjnych Zjednoczonej Prawicy były ambicje objęcia MSZ. Teraz resort trzymają ludzie PiS, ale środowisko ministra Gowina ma na niego apetyt, pojawiły się kandydatury. Stąd pogłoski o odejściu Jacka Czaputowicza – na uczelnię, nawet nie na placówkę.

Ale nawet jeśli MSZ ostatecznie pójdzie w nowe ręce, to będzie już tylko wydmuszką z dużą liczbą intratnych stanowisk. Będzie można wysłać swoich ludzi za granicę, dać im posady.

Ale przy okazji frakcyjnych walk, degraduje się polską dyplomację. A mieliśmy osiągnięcia.

W Konferencji Ambasadorów jest nas ponad 40. Niektórzy z racji wieku są już na emeryturze, ale część z nas ma ogromny potencjał, dziś niewykorzystany. To ludzie, którzy dwu, trzy, a nawet czterokrotnie byli ambasadorami, znają pół świata. Obserwują ten rozkład i cierpią. Bo czujemy się wszyscy w dalszym ciągu przywiązani do etosu urzędnika służby zagranicznej.

Jakie będą skutki tego demontażu dla samego MSZ i dla Polski?

Będzie ogromny kłopot z odtworzeniem struktury tego resortu. A ma ona żywotne znaczenie dla państwa.

Nie zdajemy sobie sprawy, co będzie, gdy MSZ przestanie spełniać swoje funkcje. To np. protokół dyplomatyczny – może się okazać, że nie ma kto obsługiwać pana prezydenta podczas jego wyjazdów. Ale myślę zwłaszcza o całej merytorycznej pracy, o przygotowaniu materiałów, o rozeznaniu sytuacji w krajach, do których się jedzie lub których przedstawicieli się przyjmuje.

Dyplomacja potrzebuje stabilności i spokoju.

Praca dyplomatyczna nie może polegać wyłącznie na kwestiach konsularnych – czyli na opiece nad obywatelami polskimi przebywającymi za granicą, choć to też jest niezwykle ważne. W optyce obecnego kierownictwa jednak to wyczerpuje zadania służby zagranicznej, której rola kreatora polityki wobec świata zewnętrznego okazała się zupełnie nieprzydatna.

Czy w związku z tym powinniśmy się pożegnać z aktywną rolą Polski w międzynarodowym otoczeniu? Zdecydowanie nie, ale czeka nas ogrom pracy.

OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka ILS UW oraz College of Europe. Zdobywała doświadczenie m.in. w Komisji Europejskiej i na Uniwersytecie Narodów Zjednoczonych w Tokio, a wcześniej w Polskim Instytucie Dyplomacji. W OKO.press pisze o prawie, Unii Europejskiej i polityce zagranicznej.


Komentarze

Masz cynk?