Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Prezydent Donald Trump wygłasza orędzie o stanie państwa przed połączonymi izbami Kongresu w sali Izby Reprezentantów w Kapitolu w Waszyngtonie, we wtorek, 24 lutego 2026 r. (AP Photo/Matt Rourke)Prezydent Donald Tru...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Prezydent USA wygłosił 24 lutego 2026 roku doroczne orędzie o stanie Unii. Już w pierwszych minutach nadał mu wyraźny ton: to nie miał być raport z działalności państwa, lecz triumfalna opowieść o „powrocie” Ameryki. „Nasz kraj wrócił” – mówił – „większy, lepszy, bogatszy i silniejszy niż kiedykolwiek”.

Trump od razu sięgnął po datę, która nadaje się do budowania politycznej symboliki: zbliżające się 250-lecie niepodległości Stanów Zjednoczonych. 4 lipca 2026 roku ma być „epickim kamieniem milowym” i dowodem, że „złoty wiek Ameryki” już trwa. Ten motyw powracał jak refren: wielka rocznica jako szeroka perspektywa historyczna, w której obecna kadencja ma zostać zapisana jako moment zwrotu.

W tej konstrukcji przeszłość została opisana jako czas kryzysu, teraźniejszość – jako odwrócenie biegu wydarzeń. Prezydent naszkicował punkt wyjścia, sprzed roku, kiedy urząd opuszczał Joe Biden: „gospodarka w stagnacji”, „rekordowa inflacja”, „otwarta granica”, słaba rekrutacja do wojska i policji, wzrost przestępczości oraz „wojny i chaos” na świecie. Następnie ogłosił, że w ciągu roku dokonała się przemiana „jakiej nikt wcześniej nie widział” – „zwrot na miarę epoki”. I powtórzył kilkakrotnie: „nie wrócimy”.

Najmocniejszą osią tej części przemówienia była kwestia granicy i porządku publicznego. Trump ogłosił, że „dziś granica jest bezpieczna”, i dodał zdanie, które brzmiało jak hasło wyborcze, ujęte w statystykę: przez dziewięć miesięcy „zero” nielegalnych migrantów przedostało się do Stanów Zjednoczonych. Równocześnie zastrzegł, że Ameryka „zawsze będzie przyjmować legalnie” tych, którzy „kochają ten kraj” i „chcą ciężko pracować”. W podobnym rytmie przywoływał kolejne liczby: spadek przemytu fentanylu o 56 procent w ciągu roku, największy w historii spadek liczby zabójstw, najniższy poziom przestępczości od ponad 125 lat.

Przeczytaj także:

Druga oś przemówienia dotyczyła gospodarki. Prezydent obciążył poprzednią administrację odpowiedzialnością za „najgorszą inflację w historii kraju”, by następnie ogłosić własne zwycięstwo: inflacja bazowa miała spaść do najniższego poziomu od ponad pięciu lat, a pod koniec 2025 roku wynieść 1,7 procent. Przywoływał ceny paliwa – z poziomu ponad 6 dolarów za galon w niektórych stanach do około 2,30 dolara, a miejscami nawet 1,85.

W podobnym tonie padały kolejne wskaźniki: niższy koszt nowego kredytu hipotecznego – o blisko 5 tysięcy dolarów rocznie, rekordowe notowania giełdowe, wyłącznie prywatny sektor jako źródło nowych miejsc pracy, deregulacja, spadek liczby osób korzystających z bonów żywnościowych o 2,4 miliona.

Całość została domknięta klasyczną formułą: „stan naszej Unii jest silny”. I półżartobliwym, bardzo w trumpowskim stylu: „Ameryka »wygrywa za bardzo«", a obywatele „nie są do tego przyzwyczajeni”.

Instytucje jako przeszkoda

Po wyliczeniach przyszła część, która najlepiej pokazuje, czym stało się orędzie o stanie Unii w epoce telewizji – spektaklem opartym na emocjach. Prezydent nawiązał do zwycięzców, czyli olimpijskiej drużyny hokejowej, a szczególnie jej bramkarza, któremu zapowiedział przyznanie Prezydenckiego Medalu Wolności. Następnie pojawiali się kolejni bohaterowie: stuletni weteran walk na Pacyfiku, ratownik, który podczas powodzi uratował dziesiątki osób, dziecko ocalone z żywiołu. Każda historia była zbudowana jak osobna scena – z dramatem, wzruszeniem i nagrodą.

W tej części przemówienia Trump połączył deklaracje programowe z ostrą polemiką. Chwalił ustawę podatkową – zniesienie podatku od napiwków, nadgodzin i świadczeń emerytalnych – podkreślając, że wszyscy Demokraci głosowali przeciw. Promował nowe rachunki oszczędnościowe dla dzieci, równocześnie budując narrację o gospodarce opartej na cłach jako narzędziu ochrony interesów państwa.

Pojawił się również wątek orzeczenia Sądu Najwyższego, uznającego cła Trumpa za nielegalne, które – jak mówił – utrudnia dotychczasową politykę taryfową, oraz zapowiedź wykorzystania innych podstaw prawnych bez konieczności sięgania po ustawodawstwo. Ten fragment wyraźnie pokazywał jego sposób myślenia o władzy: państwo jako pole sporu, w którym prezydent powinien zwyciężać nawet wtedy, gdy napotyka opór instytucji.

Kolejne fragmenty przemówienia dotyczyły sporów kulturowych i mobilizacji własnego elektoratu: krytyka miast udzielających schronienia nielegalnym migrantom, postulaty zaostrzenia prawa wyborczego, wątki dotyczące kwestii tożsamości płciowej, odwołania do religii i roli pierwszej damy. Obok nich powracały historie przemocy i zapowiedzi surowych kar. W tle przewijał się prosty komunikat: bezpieczeństwo jest nadrzędnym obowiązkiem państwa.

W kulminacji – zgodnej z tradycją tego gatunku, lecz utrzymanej w charakterystycznej dla Trumpa przerysowanej skali – wrócił do mitu założycielskiego. Rok 1776 jako początek niekończącej się rewolucji, 250 lat jako „zaledwie moment” w dziejach, Ameryka jako najwyższe osiągnięcie wolności i potęgi. Ten język zawsze ociera się o patos, lecz tu miał wyraźną funkcję: zamknąć spory w jednej wielkiej narracji o kraju, który – według prezydenta – odzyskał swoją siłę i swoje przeznaczenie.

Nieściśle, na wyrost, nieprawdziwie

Jednak orędzie zawierało również szereg twierdzeń, które – skonfrontowane z dostępnymi danymi – okazują się nieścisłe, przesadzone bądź po prostu nieprawdziwe. Dotyczy to przede wszystkim kwestii gospodarczych, ale także wyborów, przestępczości, polityki budżetowej oraz spraw międzynarodowych.

Najdalej idące zastrzeżenia budzi ponownie przywołana przez prezydenta liczba „18 bilionów dolarów” rzekomych inwestycji pozyskanych w ciągu roku. Według oficjalnych informacji Białego Domu mowa jest o około 9,7 biliona dolarów w zapowiedzianych projektach, przy czym nawet ta suma obejmuje nie tylko realne inwestycje kapitałowe, lecz także ogólne deklaracje współpracy gospodarczej i niewiążące zapowiedzi.

Podobnie rzecz ma się z cenami paliw. Prezydent twierdził, że w „większości stanów” benzyna kosztuje poniżej 2,30 dolara za galon, a miejscami nawet 1,99 dolara. Dane Amerykańskiego Stowarzyszenia Motoryzacyjnego nie potwierdzają takiej skali spadku. W dniu wystąpienia średnia cena w żadnym stanie nie spadała poniżej 2,37 dolara, a jedynie dwa stany znajdowały się poniżej poziomu 2,50.

Stacje oferujące paliwo poniżej 2 dolarów należały do rzadkości – stanowiły ułamek promila wszystkich punktów sprzedaży. Ceny paliwa rzeczywiście obniżyły się w porównaniu z początkiem kadencji, lecz nie do poziomów sugerowanych w przemówieniu.

Nieścisłe było również twierdzenie o „rekordowej inflacji”, którą prezydent miał odziedziczyć po poprzedniku. Inflacja w czerwcu 2022 roku osiągnęła najwyższy poziom od czterech dekad – 9,1 procent – jednak w ostatnich miesiącach administracji Joe Bidena wskaźnik ten wynosił około 3 procent. Historyczne maksimum inflacji w Stanach Zjednoczonych sięga natomiast 23,7 procent w 1920 roku. Stwierdzenie o „najgorszej inflacji w dziejach kraju” nie znajduje więc potwierdzenia w danych.

W podobnym duchu utrzymane było określenie gospodarki odziedziczonej po poprzedniej administracji jako „martwej” i „w stagnacji”, a obecnej jako „rozgrzanej do czerwoności”. Wzrost produktu krajowego brutto w 2025 roku wyniósł 2,2 procent – mniej niż w ostatnim roku prezydentury Bidena, kiedy sięgnął 2,8 procent. Stopa bezrobocia wzrosła z 4,0 do 4,3 procent. Inflacja obniżyła się, lecz ogólne wskaźniki nie potwierdzają obrazu gwałtownego, bezprecedensowego boomu.

Istotnym elementem wystąpienia było ponowne twierdzenie, że cła „płacą obce państwa”. W rzeczywistości opłaty celne uiszczają importerzy w Stanach Zjednoczonych. Analizy Rezerwy Federalnej z Nowego Jorku oraz Kongresowego Biura Budżetowego wskazują, że zdecydowana większość kosztów – około 90–95 procent – została przerzucona na amerykańskie przedsiębiorstwa i konsumentów, czy to w postaci wyższych cen, czy ograniczonej konkurencji.

Prezydent mówił również o „największych w historii” obniżkach podatków. Z perspektywy relacji do wielkości gospodarki pakiet podatkowy uchwalony w 2025 roku – o wartości około 4,8 biliona dolarów w ciągu dekady – nie jest największy w dziejach. W tym ujęciu ustępuje między innymi reformie Ronalda Reagana z 1981 roku. Twierdzenie o zniesieniu podatku od świadczeń emerytalnych także nie jest ścisłe: wprowadzono dodatkowe, czasowe odliczenie dla części osób powyżej 65. roku życia, lecz miliony beneficjentów nadal podlegają opodatkowaniu.

Niezasadne pozostaje także przekonanie, że likwidacja nadużyć finansowych pozwoli „z dnia na dzień” zrównoważyć budżet federalny. Szacunki mówią o stratach rzędu 233–521 miliardów dolarów rocznie z tytułu oszustw w programach federalnych, podczas gdy deficyt budżetowy przekracza 1,8 biliona dolarów. Skala obu wielkości jest nieporównywalna.

W sferze migracji i bezpieczeństwa prezydent ponownie przywołał liczbę „11 888 morderców”, którzy mieli rzekomo wjechać do kraju w ostatnich latach. Dane Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego wskazują, że chodzi o osoby nieposiadające obywatelstwa, skazane w różnych okresach – często wiele lat temu – i pozostające w systemie imigracyjnym, w tym odbywające kary pozbawienia wolności. Liczba ta nie odnosi się wyłącznie do okresu poprzedniej administracji ani do osób swobodnie przebywających na wolności.

Przesadzone było również stwierdzenie o zakończeniu „ośmiu wojen”. Wśród wymienionych konfliktów znalazły się spory, które nie miały charakteru wojny w ścisłym znaczeniu, bądź takie, w których walki nie ustały definitywnie. Również opis finansowania NATO wymaga doprecyzowania: Stany Zjednoczone ponoszą znaczącą część wydatków obronnych sojuszu, lecz nie „prawie wszystkie”, a nowy próg 5 procent produktu krajowego brutto jest zobowiązaniem na przyszłość, którego obecnie nie spełnia żaden z członków.

W części poświęconej wyborom prezydent powtórzył tezę o „powszechnym oszustwie”.

Dostępne analizy – zarówno federalne, jak i stanowe – wskazują, że przypadki fałszerstw wyborczych stanowią znikomy ułamek oddanych głosów. Nie ma dowodów na systemowe nadużycia, które mogłyby podważyć wiarygodność amerykańskiego systemu wyborczego.

Również twierdzenie, że zabójstwo uchodźczyni z Ukrainy w Charlotte zostało popełnione przez osobę, która „weszła do kraju przez otwartą granicę”, nie znajduje potwierdzenia. Z dostępnych informacji wynika, że oskarżony był obywatelem Stanów Zjednoczonych.

Wreszcie – opis Waszyngtonu jako miasta z „niemal zerową przestępczością” pozostaje w sprzeczności z publicznymi danymi. Wskaźniki rzeczywiście spadły w 2025 roku, jednak stolica nie należy do najbezpieczniejszych dużych miast kraju, a przestępczość nie zanikła.

Podsumowując: orędzie budowało obraz radykalnej przemiany – od kryzysu do bezprecedensowego triumfu. Dane empiryczne pokazują obraz bardziej złożony: poprawę w niektórych obszarach, stagnację w innych i liczne uproszczenia retoryczne. Różnica między narracją a statystyką nie polega na sporze interpretacyjnym, lecz na rozbieżności między językiem politycznym a faktami możliwymi do zweryfikowania.

State of the Union w czasach internetu

Orędzie Trumpa było najdłuższe w historii. Poprzedni rekord należał do Billa Clintona – jego wystąpienie z 2000 roku trwało niemal półtorej godziny, jak wynika z danych projektu The American Presidency Project przy Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara. Na drugim biegunie jest Richard Nixon, który w 1972 roku zamknął swoje orędzie w niespełna trzydziestu minutach.

W konstytucji kwestię SOTU zapisano oszczędnie: prezydent ma „od czasu do czasu” informować Kongres o stanie Unii i proponować działania, które uzna za potrzebne. Chodziło o rzecz prostą: w systemie trójpodziału władzy egzekutywa musi zdać sprawę legislaturze i wskazać kierunek prac. Bez fanfar, bez nadmiaru oprawy i ceremoniału. Po prostu raport.

Przez ponad sto lat tak to właśnie wyglądało. Trzeci prezydent USA, Thomas Jefferson, uznał osobiste wystąpienie przed obiema izbami za zbyt monarchiczne, zbyt podobne do mowy tronowej (inna sprawa, że Jefferson nie lubił przemawiać, za to znakomicie władał piórem). Zamiast występować, przesyłał tekst do odczytania. Kolejni prezydenci postępowali podobnie. Orędzie było dokumentem, nie wydarzeniem.

Zmianę zainicjował Woodrow Wilson. W 1913 roku wrócił do tradycji wystąpień na żywo — nie z powodów symbolicznych, lecz praktycznych. Uważał, że pisemny raport trafia do archiwum, podczas gdy przemówienie wygłoszone przed połączonymi izbami może stać się narzędziem politycznym. I szybko nim się stało.

W kolejnych dekadach proces ten się dopełnił. Radio, telewizja, a potem internet sprawiły, że adresatem przestał być wyłącznie Kongres. Orędzie stało się przekazem kierowanym do obywateli. Stała pora emisji, wspólna sesja obu izb, zaproszeni goście na galerii — wszystko to utrwaliło formę, która dziś wydaje się oczywista, choć wcale nią nie była.

Sam ceremoniał jest przewidywalny. Zaproszenie od przewodniczącego Izby, wspólna sesja obu izb, uroczyste wejście prezydenta, uściski dłoni z kongresmenami. Za plecami głowy państwa zasiadają wiceprezydent, jako przewodniczący Senatu, oraz spiker Izby — a w przypadku Nancy Pelosi: spikerka. Jeden członek gabinetu pozostaje poza Kapitolem jako tzw. designated survivor, czyli „wybrany ocalały” — osoba wysoko postawiona w hierarchii władzy, która w razie nadzwyczajnego zdarzenia, na przykład zamachu w Kongresie, mogłaby zgodnie z procedurą przejąć obowiązki prezydenta.

To jeden z nielicznych momentów w roku, gdy niemal cała władza państwowa zbiera się w jednym miejscu.

Bywa jednak, że State of the Union towarzyszą turbulencje. W 1986 roku Ronald Reagan musiał odwołać orędzie po katastrofie wahadłowca Challenger. Zamiast programowego wystąpienia wygłosił przemówienie poświęcone tragedii — plan polityczny ustąpił miejsca żałobie. W 1999 roku Bill Clinton przemawiał w trakcie własnego procesu impeachmentu; tego samego dnia w Senacie trwały wystąpienia jego obrońców. Instytucje działały dalej, ale kontekst był bezprecedensowy. W 2010 roku Barack Obama skrytykował z mównicy orzeczenie Sądu Najwyższego, a kamery uchwyciły reakcję jednego z sędziów, który zaprzeczał słowami „nieprawda”. Telewizyjny obraz powiedział wówczas równie dużo co sam fragment przemówienia. W 2019 roku Nancy Pelosi wstrzymała zaproszenie dla Donalda Trumpa w czasie shutdownu administracji federalnej. Rok później, po zakończeniu jego wystąpienia, demonstracyjnie podarła egzemplarz tekstu. Spór przeniósł się z treści na gest.

Zdarzały się także odstępstwa od obowiązkowego optymizmu. W 1975 roku Gerald Ford powiedział wprost, że „stan Unii nie jest dobry”. W tradycji, która zwykle zaczyna się od zapewnień o sile państwa, było to zdanie rzadkie i zapadające w pamięć.

Dzisiejsze State of the Union ma więc dwoistą naturę. Z jednej strony pozostaje konstytucyjnym raportem i zapowiedzią planów legislacyjnych. Z drugiej — to wydarzenie medialne, w którym równie istotne, jak treść, okazują się reakcje na sali i poza nią. Raz w roku, w jednym pomieszczeniu, spotykają się trzy gałęzie władzy. To dobry moment, by zobaczyć nie tylko, co prezydent chce zrobić, ale też, w jakiej kondycji znajduje się system, który ma to przyjąć — albo odrzucić.

;

Komentarze