0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
21 marca 2022

Ukraina: z 26 oddziałów neonatologicznych 3 przestały istnieć. Polscy lekarze ruszyli z pomocą

"Jak wybuchła wojna, dosłownie jednego dnia zdecydowaliśmy, że będziemy pomagać wcześniakom, a właściwie wszystkim ukraińskim noworodkom. Nasze hasło to: »Ratujemy ukraińskie wcześniaki«" - mówi OKO.press prof. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka. Polscy neonatolodzy od dawna pomagali ukraińskim kolegom. Dziś ta pomoc nabiera specjalnego znaczenia  

Wydrukuj

Prof. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, jedna z najważniejszych osób w polskiej neonatologii [dziedzina medycyny zajmująca się leczeniem noworodków], obecnie już na emeryturze (ale niejeden i niejedna pozazdrościł/łaby jej energii), lekarka wyjątkowo zaangażowana społecznie, opowiada OKO.press o pomocy dla wcześniaków na Ukrainie.

Dzisiejsza medycyna potrafi ratować dzieci urodzone przed czasem. Przypomnijmy, że prawidłowa ciąża trwa 40 tygodni. Ale i tak ludzkie noworodki, nawet te urodzone o czasie, nie są jeszcze w pełni dojrzałe. A wcześniaki, które w brzuchu mamy przebywają znacznie krócej, wymagają często wielotygodniowej walki o życie, bardzo długotrwałej hospitalizacji na oddziałach intensywnej terapii, a potem wielomiesięcznego, a niekiedy nawet wieloletniego okresu stymulacji rozwoju.

Dzięki ogromnemu postępowi nauki, technologii, umiejętności lekarzy, pielęgniarek i innych specjalistów zajmujących się wcześniakami, udaje się ratować dziś dzieci urodzone w 25., 24., a nawet 23. tygodniu życia. Ważące poniżej 1000 lub nawet 750 gramów, niewiele większe niż dłoń dorosłego człowieka.

Ale to wymaga czasu, specjalistycznego sprzętu, m.in. respiratorów, monitorów, inkubatorów, leków, odpowiedniego żywienia. Trzeba spełnić wiele warunków, by zapewnić właściwe funkcjonowanie i pozwolić dojrzeć płucom, mózgowi, skórze, układowi pokarmowemu, narządowi wzroku, praktycznie wszystkim organom.

Czy takie dzieci mają jakiekolwiek szanse w dzisiejszej ogarniętej wojną Ukrainie?

Sławomir Zagórski, OKO.press: Pomocą dla ukraińskich neonatologów zajmowałaś się już, zdaje się, na długo przed wojną.

Prof. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka: O, tak. Moje zaangażowanie, pomoc i sympatia dla ukraińskich neonatologów to rzeczywiście długa historia. Jeszcze w ubiegłym stuleciu, przez 28 lat pracowałam w poznańskim Uniwersytecie Medycznym i już wtedy do Kliniki Neonatologii przyjeżdżali koledzy z Ukrainy. To były głównie osoby ze Lwowa.

W 2000 roku zaproponowano mi pracę w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Zdecydowałam się na przenosiny do stolicy i stworzyłam Klinikę Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka WUM, w szpitalu im. księżnej Anny Mazowieckiej.

Ale tak naprawdę muszę się cofnąć 40 lat wstecz, kiedy to amerykańska fundacja z Los Angeles - Children’s Medical Care Foundation, założona w 1981 roku przez dr. Stefana Wilka z kalifornijskiego uniwersytetu UCLA School of Medicine, ale absolwenta Uniwersytetu Lwowskiego - zaczęła pomagać polskim neonatologom.

Dr Wilk powiedział, że chce nam dać wędkę, a nie rybę. I dzięki niemu oraz jego fundacji wielu naszych neonatologów miała możliwość wyjazdów, głównie do Stanów, ale też do niektórych ośrodków europejskich. Ich celem było poznanie nowoczesnych metod leczenia stosowanych w neonatologii.

Myśmy to przenieśli na grunt Polski. Było nam trudno, dlatego że wróciliśmy z bagażem wielu nowoczesnych idei, ale w latach 90. ubiegłego stulecia, mieliśmy kłopoty ze sprzętem i z wprowadzaniem tych nowych metod terapeutycznych.

W tej chwili polska neonatologia jest bardzo dobrze rozwinięta. Mamy doskonałe wyniki, jeśli chodzi o umieralność niemowląt.

Ów odsetek jest porównywalny z tym, jaki notuje się w krajach europejskich, w tym nawet krajach skandynawskich, a Skandynawowie mają chyba najlepszą neonatologię na świecie.

Dlaczego mówię o tej fundacji? Bo właśnie w czasie mojej pracy w Warszawie, a to był wspaniały dla mnie okres, jeszcze bardziej zacieśniła się współpraca z Ukrainą. Stałam się bowiem koordynatorem najpierw polskiego programu neonatologicznego CMCF (którego prezydentem jest aktualnie Bjoern Martinoff), a potem doradcą merytoryczną programu ukraińskiego tej amerykańskiej fundacji. Rekrutowałam i selekcjonowałam naszych neonatologów, młodszych ode mnie, którzy bardzo chętnie wyjeżdżali na staże.

W tej chwili trzeba powiedzieć, że ten entuzjazm wśród polskich neonatologów trochę osłabł. Być może dlatego, że myśmy już dorośli do tego i bardzo dobrze sami sobie dajemy radę. Jesteśmy na bieżąco z nauką światową, co kiedyś było praktycznie nieosiągalne.

Amerykańska Fundacja jest jednak cały czas obecna w programie polskim, chociaż aktualnie znacznie bardziej zaangażowała się w program pomocy dla neonatologów ukraińskich. A z kolei my, polscy neonatolodzy, kierownicy dużych klinik neonatologicznych, czuliśmy, że powinniśmy - może nawet nie tyle powinniśmy, co chcieliśmy - spłacić ten dług. Że teraz my pomożemy ukraińskim neonatologom.

Tak więc to jest historia wieloletniej współpracy. W jej ramach wielu neonatologów z Ukrainy odbyło staże u nas, w polskich ośrodkach. Organizujemy także kursy i szkolenia w ośrodkach ukraińskich. Tzn. organizowaliśmy je przed wojną.

A co będzie teraz? Czy będziemy kiedykolwiek kontynuować nasze zaczęte parę miesięcy temu projekty? Czy znów spotkamy się z naszymi kolegami w Czarkowie, Kijowie czy Żytomierzu? Czy oni pojawią się na naszych oddziałach i na naszych konferencjach?

Jak wspominasz te przyjazdy ukraińskich kolegów? Jacy oni byli?

Bardzo różni. Ja miałam szczęście, że moimi pierwszymi stypendystami było dwóch chłopaków ze Lwowa. Mówili doskonale po polsku, więc było łatwiej. Oni byli rewelacyjni. Nie w tym sensie, że byli tak dobrzy merytorycznie, ale tak chętni. Pracowali do nocy. Praktycznie nie wychodzili ze szpitala. Pod koniec trzymiesięcznego stażu byli w stanie - oczywiście było to zawsze firmowane przez polskiego lekarza - pisać obserwacje po polsku.

W tej chwili jeden z nich przerzucił się trochę na anestezjologię, ale jest świetnie prosperującym lekarzem. A drugi - Viktor - jest szefem oddziału neonatologicznego we Lwowie. Mam z nim stały kontakt. Teraz dzwonię do niego niemalże codziennie.

A potem bywało różnie. Różny był poziom stypendystów, różnie było też z zainteresowaniem. Barierą na pewno był język. Chociaż młodsi neonatolodzy znają dziś angielski i łatwiej się porozumieć. Ale trzeba powiedzieć, że Ukraina to są dwa światy: zachód i wschód. Kijów jest cudownym miastem i są tam świetni neonatolodzy, natomiast znajomość języków we wschodniej części Ukrainy jest zdecydowanie gorsza.

Miałam jeszcze jedną rewelacyjną stypendystkę ze Lwowa. Została w Polsce. Jest świetnym neonatologiem, pracuje w Warszawie. Przeszła całą drogę, tak jak polski lekarz. Była zdeterminowana. Zdała LEP [Lekarski Egzamin Państwowy], nawet dwukrotnie, żeby poprawić swoje wyniki. Później, któregoś roku, na liście rezydentów warszawskich znalazła się na pierwszej pozycji.

A ty sama jeździłaś na Ukrainę?

Naturalnie. Miałam okazję zwiedzić 10 tamtejszych oddziałów neonatologicznych. Uważałam, że mogę im pomóc organizacyjnie, a także w rozwiązywaniu problemów medycznych.

To były oddziały wybrane przez ministerstwo zdrowia Ukrainy. One były bardzo różne. Niektóre świetne, np. piękne centrum perinatalne w Kijowie. A także dobrze prosperujące oddziały we Lwowie, w Charkowie. W innych miejscach były one niestety nieco gorsze.

Muszę i bardzo chcę powiedzieć teraz o mojej „Koalicji dla wcześniaka”.

Fundację Koalicja dla wcześniaka założyłam 10 lat temu, w 2012. Pracuję w niej razem z Elą Brzozowską, Adą Misiewicz, od niedawna z Joasią Nycz. A więc działamy w czwórkę. Lekarzem jestem tylko ja, a pozostałe dziewczyny mają różne zawody, ale są wspaniałymi matkami i zawsze chore dzieci były dla nich ważne. One są rewelacyjne. Dodam, że wszystkie pracujemy charytatywnie.

Celem Fundacji jest przede wszystkim wspieranie rodziców wcześniaków. Te cele są bardzo rozległe, ale nie będę teraz o nich opowiadać, bo przecież mówimy o Ukrainie. Dodam tylko, że od 3 lat jesteśmy członkiem Europejskiej Fundacji Opieki nad Wcześniakiem, co jest bardzo ważne. Spotykamy co trzy tygodnie, przedstawiciele kilkunastu krajów, i wspólnie ustalamy duże, światowe projekty wspierania wcześniaków i ich rodziców.

Jak wybuchła wojna, dosłownie jednego dnia zdecydowaliśmy, że będziemy pomagać wcześniakom, a właściwie wszystkim ukraińskim noworodkom. Nasze hasło to: „Ratujemy ukraińskie wcześniaki”.

Ponieważ w Polsce nie jesteśmy jedyną fundacją, która wspiera rodziców wcześniaków, stworzyliśmy wspólny front. Zaraz po wybuchu wojny skrzyknęły się cztery takie stowarzyszenia. To nasza Koalicja dla wcześniaka, Fundacja Neonatus z Krakowa, Tęczowy Kocyk z Namysłowa i MatkoweLove z Łodzi. Jesteśmy na wspólnej grupie dyskusyjnej, roboczej, działamy razem. Koszty idą przez naszą fundację, ponieważ mamy taką możliwość.

Postanowiliśmy kupować i zbierać (bo dostajemy też darowizny z różnych krajów) sprzęt dla noworodków Ukrainy. Nie spodziewaliśmy się oczywiście, że to się spotka z tak ogromnym odzewem. Na nasze konto, które założyliśmy, wpływa wiele pieniędzy. Również zza granicy.

Widzimy, jak Polacy hojnie pomagają naszym przyjaciołom z Ukrainy. To niesamowite. Wspaniały dar serca ogromnej rzeszy ludzi.

Zbieranie sprzętu i pieniędzy na jego zakup to wasze najważniejsze zadanie?

Ten sprzęt musimy wziąć w cudzysłów. Jestem od lat w kontakcie z prezesem Ukraińskiego Towarzystwa Neonatologicznego, panią prof. Tatianą Znamieńską.

Pierwsza moja myśl była następująca: „Czego potrzebujecie w czasie wojny?”.

I pani prof. Znamieńska przygotowała nam dwie listy. Na jednej był najbardziej potrzebny sprzęt dla wszystkich 26 oddziałów neonatologicznych w całej Ukrainie.

To nie jest duży sprzęt, ale niezwykle ważny, ratujący życie i konieczny do realizacji codziennych podstawowych procedur medycznych. Chociaż jak wojna się skończy, to po to, żeby odbudowywać te oddziały, będziemy też zbierać duży sprzęt.

Ale na razie chodzi o drobne rzeczy, które są codziennie potrzebne na oddziale intensywnej terapii, ale też na oddziałach, które działają w schronach. Mam na myśli np. kaniule do podawania leków, cewniki, przewody do podawania tlenu, rurki do intubacji, rękawiczki, igły czy strzykawki i podstawowe produkty konieczne do żywienia dożylnego najbardziej niedojrzałych wcześniaków.

A także mleko oraz wszystkie środki higieniczne dla dzieci, nie tylko tych przedwcześnie urodzonych, ale dla wszystkich noworodków.

Co to jest za mleko?

Martwimy się, że część kobiet, która rodzi w czasie wojny, jest tak zestresowana, że to wpływa też niestety na laktację. Laktacja jest zmniejszona albo opóźniona.

Jeśli chodzi o wcześniaki, to wysyłamy przede wszystkim mleko płynne, w malutkich buteleczkach, liczących 70 albo 100 mililitrów.

Dopytuję się jeszcze o ten pokarm. W tych buteleczkach jest mleko kobiece?

Nie. Mleko krowie, ale odpowiednio modyfikowane. Tak samo jak mleko w proszku jest też mlekiem modyfikowanym. Mleko kobiece z naszych 16 banków mleka kobiecego byłoby wprawdzie dla wcześniaków najlepsze, ale nie wysyłamy go. To byłoby dość trudne.

W Polsce działa obecnie 16 banków mleka kobiecego. To się fantastycznie rozwinęło. Na Ukrainie jest jeden taki bank - w Kijowie, w centrum perinatalnym. Pomagaliśmy go stworzyć. Tzn. pomagali polscy neonatolodzy i Fundacja Bank Mleka Kobiecego.

A wracając do dużego sprzętu respiratory i inkubatory też są wysyłane, głównie przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

My mamy magazyny w Namysłowie, Krakowie i Przemyślu. W naszych transportach pomaga kilku przedsiębiorców od lat związanych w neonatologami Ukrainy. Te transporty miały być dla 26 oddziałów. Niestety, w tej chwili działa już tylko 23. Pozostałych 3 nie ma. Zostały zbombardowane [Pani profesor załamuje się głos].

Wolontariusze rozdzielają sprzęt. Mamy przesyłki z Włoch, z Anglii, Holandii. Dokupujemy też, co się da w Polsce.

I jeszcze słowo o lekach. Wysyłanie ich z Polski to problem, bo to są zamówienia szpitalne i my tego jako Fundacja nie możemy robić. I tu w sukurs przyszła Polska Misja Medyczna i pani prezydentowa. Pani prezydentowa stanęła na wysokości zadania. Jej telefon był dla mnie dostępny. Odpowiadała na moje esemesy, bez względu na porę dnia i nocy. Dzięki temu leki dotarły w ostatni wtorek do Kijowa. To była dla nas ważna pomoc.

W mediach była mowa o sprowadzeniu najmłodszych dzieci wymagających opieki do Polski.

To prawda. Być może noworodki będą przewożone do nas z terenów wojennych. Konsultant krajowy ds. neonatologii pani prof. Ewa Helwich wspólnie z prof. Janem Mazelą z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu i dr. Witoldem Błażem, ordynatorem Kliniki Neonatologii Uniwersytetu Medycznego w Rzeszowie stworzyli już specjalny rejestr dzieci (świetnie pomyślany), które strona ukraińska chce przekazać do naszych oddziałów neonatologicznych.

To działa dopiero od niedawna, a polega na tym, że operatorzy oddziałów ukraińskich mają możliwość anonsowania na sieci małych pacjentów, których chcieliby przekazać, oczywiście z rozpoznaniem, danymi osobowymi. Excel, w którym jest to zapisywane, widzą wszyscy konsultanci wojewódzcy w Polsce i to ma wkrótce ruszyć.

Ile takich dzieci może dojechać do Polski?

Jeszcze nie wiem. Słyszałam, że bardzo dużo kobiet, w tym kobiet ciężarnych, albo takich, które niedawno urodziły, ewakuuje się do Lwowa. Być może te dzieci będą przesyłane z przepełnionych oddziałów zachodniej Ukrainy.

Ja miałam trochę inny pomysł. Zrodził się on m.in. w wyniku współpracy z Ministerstwem Zdrowia, Kancelarią Prezydenta, konsultantem krajowym ds. położnictwa i ginekologii i ze szpitalem MSWiA w Warszawie. Chodziło o to, żeby zamiast urodzonych wcześniaków przewozić do nas ciężarne z patologią ciąży. Taki transport w brzuchu mamy jest najlepszy i najbezpieczniejszy dla wcześniaków.

Na razie nasz konsultant krajowy ds. położnictwa i ginekologii wystosował list do pani prof. Znamieńskiej zapewniający o pomocy tym kobietom. Już był przygotowany autobus czy pociąg dla 60 kobiet z Kijowa i proszę sobie wyobrazić, że mamy nie chciały przyjechać. Chciały rodzić z rodzinami na Ukrainie. To jest tak wzruszające.

Jeżeli będzie eskalacja wojny, to nie wiem, czy do tego nie wrócimy. Polska jest otwarta. Polscy lekarze położnicy, neonatolodzy, są gotowi na przyjmowanie zarówno ciężarnych, jak i dzieci z terenów objętych wojną.

Takie dzieci już się zresztą zgłaszają do naszych szpitali. Np. do wspomnianego szpitala im. księżnej Anny Mazowieckiej w Warszawie trafiło niedawno do Poradni Neonatologicznej 3-tygodniowe dzieciątko, urodzone na Ukrainie, zresztą w bardzo dobrym stanie, karmione piersią. Mama przyszła go pokazać, by upewnić się o jego stanie zdrowia. Przy okazji ona także uzyskała poradę ginekologiczną.

Muszę jeszcze powiedzieć o naszej ostatniej akcji, „Paczuszka dla maluszka”. Po ukraińsku to podobno „Pakiecik dla krichitki”. To pomysł naszej Fundacji Koalicja dla wcześniaka. Pakieciki przygotowujemy dla noworodków, które będą mieszkały już w Polsce, a które otrzymają przy wypisie z naszych szpitali. Żeby miały troszkę ciuszków, kocyki. Dla mamy w tym pakieciku znajda się przybory do laktacji. To będzie dla wszystkich noworodków.

Śledzisz na bieżąco sytuację na Ukrainie?

Tak, chociaż coraz gorzej to znoszę. Wysłałam np. niedawno wiadomość do Charkowa. To było bardzo ładne miasto, dobry oddział neonatologiczny. U nich były straszne zniszczenia. Spytałam co ze szpitalem, czy on przetrwał? Czy funkcjonuje?

Dziś wiem, że rodzą się tam dzieci i działa intensywna terapia, ale pozostało tylko dwóch neonatologów - ordynator dr Irina Kondratowa i drugi młody lekarz. Nadzwyczajnie ofiarni ludzie.

A co mówi Twój znajomy ze Lwowa?

Dają radę. Tam jest dobry oddział. Właśnie on mnie mobilizował tworzenia wspomnianego rejestru przyjmowanych dzieci. Przekonywał, że to będzie prawdopodobnie lada moment konieczne.

Jak dawniej zwiedzałam oddział neonatologiczny we Lwowie, to widziałam, że oni mają inny system niż my w Polsce. U nas wcześniaki leżą osobno, mamy (a także ojcowie) do nich tylko dochodzą i spędzają wiele godzin przy inkubatorach. A tam dziecko, nawet bardzo malutkie, gdy nie wymaga już intensywnej terapii, jest cały czas z matką na jednej sali. To mi się bardzo podobało, ale miałam wątpliwości czy jest to na pewno bezpieczne i czy ten nadzór nad dzieckiem zawsze jest dostateczny. Teraz, gdy widzę noworodki w schronach, wiem, że te matki na pewno świetnie potrafią obserwować swoje maleństwa i jak najlepiej się nimi zająć. Są do tego przygotowane, bo tak były edukowane.

Nie wyobrażam sobie, jak można ratować wcześniaki w schronie. Tam przecież może nie być prądu. Nie da się uruchomić respiratora.

Odbywam rozmowy raz w tygodniu na Zoomie z grupą angielskich neonatologów bardzo zaniepokojonych losem ukraińskich wcześniaków. Do spotkań tych dołączają także neonatolodzy ze Lwowa. To może niewiele jak na razie wnosi do naszych bieżących działań, ale to ciekawe spotkania. Bierze w nich udział m.in. emerytowany angielski neonatolog, profesor David Southall, który któregoś dnia powiedział:

„Za chwilę będą już tylko te oddziały w schronie. Za chwilę zabraknie wam prądu. I pamiętajcie - wtedy najważniejsza jest matka i jej skóra. Trzeba dziecko położyć na skórze matki (to się nazywa kangurowanie), bo tylko to może jeszcze temu dziecku pomóc, jak już niczego nie będziecie mieli w tym schronie”.

On był na wojnie w Syrii i w byłej Jugosławii i widział takie sytuacje. A ja mam wciąż nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Numer konta Fundacji Koalicja dla wcześniaka: mBank 48 1140 2004 0000 3002 7899 6040

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne