0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Zrzut ekranuZrzut ekranu

Sławomir Zagórski, OKO.press: Dlaczego akurat Halina Poświatowska? Decyzja o napisaniu biografii wiąże na długo.

Kalina Błażejowska*, autorka książki „Uparte serce. Biografia Haliny Poświatowskiej”: To prawda. Napisanie pierwszej wersji książki, która ukazała się w 2014 roku, zajęło mi trzy lata, a przygotowanie obecnej, poszerzonej i poprawionej – rok. Kiedy podpisywałam umowę, miałam 23 lata. Zaczynałam dopiero publikować, nie napisałam wcześniej żadnej książki, więc nie bardzo miałam pojęcie, jak ta praca wygląda i jak jest wyczerpująca.

Propozycja napisania o konkretnej osobie przyszła z zewnątrz?

To trochę bardziej skomplikowane. W 2010 roku napisałam dla „Tygodnika Powszechnego” portret Haliny Poświatowskiej na siedemdziesięciopięciolecie jej urodzin. Tekstem zachwycił się Wojciech Bonowicz, który pracował wówczas w Tygodniku i w wydawnictwie Znak. Wymyślił, że może bym chciała napisać pełnometrażową biografię dla Znaku. Niekoniecznie Poświatowskiej.

Miałam więc wolną rękę. Rozmawialiśmy o różnych możliwych postaciach i stwierdziłam, że Poświatowska będzie najłatwiejsza na początek, bo już ją nieźle znałam. Przeczytałam wszystko, co napisała, czytałam też jej poprzednie biografie. W ogóle była mi bardzo bliska — jak wielu dziewczynom w Polsce. Odkryłam jej twórczość, gdy miałam lat trzynaście – wtedy po prostu się w niej zakochałam.

A gdy miałam lat 23, stwierdziłam, że wcześniejsze książki biograficzne o niej są niepełne i że zasługuje na coś więcej. Na opowiedzenie jej życia bardziej wyczerpująco, z mniejszym tabu.

Kiedy umrę kochanie

gdy się ze słońcem rozstanę

i będę długim przedmiotem raczej smutnym

Czy mnie wtedy przygarniesz

ramionami ogarniesz

naprawisz co zepsuł los okrutny

fragment wiersza „Kiedy umrę kochanie” Haliny Poświatowskiej

„Przepaść nas nie przecina. / Przepaść nas otacza.”

Poświatowska to pani ulubiona poetka z czasów liceum i studiów?

Nie, nie. Najbliższa mi była jej „Opowieść dla przyjaciela”, opowiadania, listy. Bardziej przemawiało do mnie to, co pisała prozą. Studiowałam filmoznawstwo i dziennikarstwo, ale miałam iść na polonistykę, bo w liceum wygrałam olimpiadę z polskiego. Tylko, no właśnie, za bardzo tę literaturę kochałam, żeby ją studiować. Bałam się, że mi to tę miłość trochę zepsuje.

Moją ulubioną poetką, do dzisiaj zresztą, jest Wisława Szymborska. Może to dość banalne… W każdym razie z polskich poetek zdecydowanie bardziej odpowiada mi estetyka Szymborskiej niż Poświatowskiej.

One były ze sobą związane. To Szymborska odpowiada za ogólnopolski literacki debiut Haliny Poświatowskiej. To ona zachęca ją do pisania pierwszych wierszy. To ona być może ratuje jej życie, przywożąc do Paryża lek nasercowy, którego Halinie tam zabrakło. To wreszcie Szymborska napisała o Poświatowskiej – tuż po jej śmierci – wybitny wiersz „Autotomia”, z ponurą puentą: „Przepaść nas nie przecina. / Przepaść nas otacza.”. Chyba jedyny wiersz, który komuś dedykowała.

Z kolei Poświatowska trochę kpiła z twórczości Szymborskiej, mówiąc: „Czytając ją, mam wrażenie, że ona każdy wiersz pisze obłożona słownikami i encyklopediami”.

To jest o tyle zabawne, że pracując nad „Autotomią”, Szymborska pewnie korzystała z encyklopedii, ponieważ pisała o zjawisku biologicznym dotyczącym rzadkiego żyjątka, które nazywa się strzykwa. A nawet jeśli sama autorka nie musiała korzystać z encyklopedii, to muszą czytelnicy: większość ludzi chyba nie wie, co to jest strzykwa i na czym polega proces autotomii.

[Autotomia – reakcja obronna występująca głównie wśród bezkręgowców oraz jaszczurek, polegająca na odruchowym odrzuceniu przez zwierzę części ciała, kiedy jest w niebezpieczeństwie lub w reakcji na niekorzystne warunki środowiskowe – przyp. SZ].

Halina Poświatowska (1935-1967) – poetka, pisarka, autorka słynnych liryków miłosnych. Jej pierwszy tomik „Hymn bałwochwalczy” ukazał się w roku 1957. W 1961 opublikowała reportaż „Notatnik amerykański”, a w 1966 książkę autobiograficzną „Opowieść dla przyjaciela”. Kolejne zbiory poetyckie to „Dzień dzisiejszy” (1963), „Oda do rąk” (1966) i „Jeszcze jedno wspomnienie” (1968, wydanie pośmiertne).

Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek przeszły na „ty”

No właśnie, czytając pani książkę, czułem niedosyt, że tak mało miejsca poświęciła pani relacji Szymborskiej z Poświatowską.

Akurat na temat tej relacji nie miałam wiele materiału. Była na różnych poziomach interesująca, natomiast nie była to relacja bardzo bliska. Szymborska i Poświatowska do siebie nie pisały, a w każdym razie takie listy nie są znane. Dzieliła je też spora różnica wieku, 12 lat. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek przeszły na „ty”.

Dwie zupełnie inne osobowości.

Inne osobowości, inne pokolenia.

W 2011 roku, gdy zaczęłam na poważnie research, zadzwoniłam do Wisławy Szymborskiej. To znaczy, przekazałam mój numer jej sekretarzowi, Michałowi Rusinkowi. Powiedział, że porozmawia, ale nie wie, czy coś z tego będzie.

I pewnego dnia, pamiętam, zerkam na telefon i widzę komunikat: „2 nieodebrane połączenia od: Szymborska”. O mój Boże, akurat taki telefon przegapiłam.

Oczywiście natychmiast oddzwoniłam, ale w głosie Szymborskiej wyczuwałam niechęć. Mówiła, że miała z Poświatowską bardzo nikły kontakt, że się dobrze nie znały, że nie wie, co mogłaby jeszcze powiedzieć. Poza tym jest zajęta organizacją Festiwalu Miłosza i ma za dużo rzeczy na głowie, żeby rozmawiać, a to, co miała do powiedzenia, powiedziała własnym biografkom. Jest tam rzeczywiście takie wspomnienie, ale zajmuje zaledwie jedną stronę. Skończyłyśmy na tym, żebym zadzwoniła po wakacjach.

Przeczytaj także:

Wyczułam, że ona w ogóle nie chce tej rozmowy. I trochę się przestraszyłam tego tonu – że zawracam jej głowę. A ponieważ byłam jeszcze młodą dziennikarką i przejmowałam się takimi rzeczami bardziej, niż powinnam, to bałam się dzwonić znowu. Wiedziałam, że muszę to zrobić, ale zwlekałam.

No i źle, że zwlekałam, bo gdy parę miesięcy później wysłałam jej list z propozycją pytań, była już w bardzo złym stanie. Michał Rusinek odpisał, że pani Szymborska nie da rady odpowiedzieć. Zmarła w lutym 2012.

Jestem Julią

mam lat 23

dotknęłam kiedyś miłości

miała smak gorzki

jak filiżanka ciemnej kawy

wzmogła

rytm serca

rozdrażniła

mój żywy organizm

rozkołysała zmysły

odeszła

Fragment wiersza Haliny Poświatowskiej „Jestem Julią”

„Był w nich ton przejmujący, rozpaczy…”

Skoro przywołała pani Miłosza, to z książki dowiedziałem się, iż był on jedną z osób, która się wypowiadała pozytywnie o twórczości poetyckiej Poświatowskiej.

Czesław Miłosz w roku akademickim 1981/1982 miał na Harvardzie serię wykładów o poezji polskiej. W jednym z nich wspominał, że na początku lat 60. zainteresowały go wiersze Haliny Poświatowskiej. „Był w nich ton przejmujący, rozpaczy z powodu śmiertelności ciała i z powodu zamknięcia bez reszty w tym śmiertelnym ciele, stąd szczególnie intensywne doznanie miłości, stale zagrożonej, na granicy niebytu”.

Myślę, że Poświatowska o tym nie wiedziała. A byłaby przeszczęśliwa. Osobiście chyba nigdy Miłosza nie poznała, ale bardzo go ceniła. Zanim pojechała do Stanów, nie miała okazji zetknąć się z jego twórczością: po 1951 roku nie wolno było drukować ani udostępniać jego utworów, a nawet wymieniać publicznie jego nazwiska.

Natomiast w Stanach jedną z pierwszych książek, jaką przeczytała, był „Traktat poetycki”, który dostała od Józefa Wittlina. I ten „Traktat poetycki” tak ją zachwycił, że pisała o tym różnym znajomym. Że to wspaniała, niesamowita, mocna książka, że jak ją czyta, czuje ciarki na plecach.

Że to jest ta rzecz, która jej się w Stanach najbardziej podoba. A drugą rzeczą są piękne łazienki z prysznicami. I że jedno i drugie jest „czyszcząco-orzeźwiające”.

Pisanie pomaga zdrowieć

Jakby się potoczyło życie Poświatowskiej, gdyby nie choroba? To był wyzwalacz, który sprawił, że zaczęła pisać?

Tak, tak myślę. Jej rodzina wspominała, że pierwsze okolicznościowe wierszyki układała mając 9 lat. Zachorowała też jako dziewięciolatka, więc może pisanie było odpowiedzią na nudę miesięcy spędzanych w łóżku. Ale możliwe, że ten talent, tak czy inaczej, by się ujawnił. Natomiast to, że się tak rozwinął i że zajęła się pisaniem profesjonalnie, było jednak ściśle związane z chorobą i pobytem w szpitalu.

W życiu Poświatowskiej były dwie osoby, które ją zmotywowały do pisania – matka i profesor Julian Aleksandrowicz, lekarz, który opiekował się nią przez całe jej dorosłe życie. Obydwoje nie tyle poznali się na jej talencie, ile zauważyli, że pisanie pomaga jej zdrowieć. Że ona potrzebuje zajęcia, dzięki któremu będzie mogła oderwać myśli od choroby i śmierci. Pisanie poprawia jej stan psychiczny, a im on jest lepszy, tym lepszy jest jej stan fizyczny – to się bardzo wiąże.

Matka kierowała się w tej kwestii intuicją, a Aleksandrowicz wiedzą naukową, on się bardzo interesował psychosomatyką.

To niezwykle ciekawa, wielkoformatowa postać. Był internistą i hematologiem, ale zgłębiał też ekologię i psychologię. Jako jeden z pierwszych w Polsce zajmował się tym, jak na zdrowie człowieka wpływa skażenie środowiska, stres, niedobory żywieniowe. Opatentował maszynę do przetaczania krwi, lek na tarczycę, pleśniobójczą farbę emulsyjną czy chleb wzbogacany magnezem. Przepisywał pacjentom nie tylko leki, ale też techniki relaksacyjne czy dietę. Np. Poświatowska musiała słuchać płyty z „treningiem autogennym” w wykonaniu Holoubka, jeść dużo rosołów, kisiele żurawinowe, pić przecierany sok z marchewki.

Ten rosół pojawia się w pani książce wielokrotnie. To miał być, zdaje się, chudy rosół?

Niesłony. Tu chodziło o dietę bez soli – żeby ograniczyć poziom sodu, a tym samym obniżyć ciśnienie i zmniejszyć obrzęki.

Halina Poświatowska. Arch. pryw.

Dziecięca potrzeba

Prof. Aleksandrowicz to ważna postać w życiu Haliny. Miałem wrażenie, że on jej trochę ojcował.

Poświatowska miała bardzo dobrą, ciepłą relację z ojcem – i tego ojca jej bardzo brakowało, gdy była od niego daleko. I wtedy szukała zastępstwa: Aleksandrowicz zastępował jej tatę w Krakowie, Józef Wittlin – w Nowym Jorku, Roman Ingarden – w Paryżu.

Układ rodzinny u Poświatowskiej był taki, że matka, Stanisława Mygowa, zajmowała się domem i dziećmi. Nie miała też wyjścia, bo Halina była na tyle chora, że potrzebowała całodobowej opieki. I choć mama miała różne ambicje intelektualne, zawodowe, poświęciła zupełnie życie córce.

Natomiast ojciec musiał na to leczenie Haliny, także prywatne, zarabiać. Był więc często nieobecny. Nie dlatego, że nie chciał być obecny, tylko dlatego, że bardzo dużo pracował. Gdy Halina jeździła do szpitali i sanatoriów, to ojciec ją odwoził czy zabierał, a matka ją odwiedzała, często przyjeżdżając na całe tygodnie.

Poświatowska zastępczej matki więc nie potrzebowała. Chyba że wtedy, gdy była w Stanach. Miała taką nauczycielkę w college'u, Ednę Williams, którą traktowała trochę jak zastępczą mamę. Albo Halinę Wittlin, której wypłakiwała się na kolanach, że chce do mamy.

I to jest niesamowite: mówimy o dorosłej kobiecie! Która jednak była bardzo przywiązana do rodziców i miała dziecięcą potrzebę, żeby mieć z nimi stały kontakt.

Związek z matką wydał mi się po lekturze pani książki wyjątkowo głęboki. Matka była zawsze obecna. Towarzyszyła jej w szpitalach, wspierała ją w twórczości.

To prawda. Nawet parę osób w wywiadach czy na spotkaniach autorskich pytało mnie, czy określiłabym ten związek słowem „toksyczny”. Odpowiadałam zawsze, że nie. Były w tym związku problemy, dziwactwa i trudności, ale chyba każda relacja matki z córką jest skomplikowana.

W tym wypadku była to relacja obarczona śmiercią poprzedniego dziecka. Młodsza siostra Haliny, Elżunia, zmarła tajemniczo, prawdopodobnie na zapalenie opon mózgowych, w wieku trzech lat. Stanisława była przerażona, że zaraz straci drugą córkę. Bo Halina zachorowała na anginę, która potem przerodziła się w wadę serca, w styczniu 1945 roku, a Elżunia zachorowała i zmarła w grudniu 1945. Więc to się stało w odstępie dwunastu miesięcy.

nie można zabić miłości

jeśli ją w ziemi pogrzebiesz

odrasta

jeśli w powietrze rzucisz

liścieje skrzydłami

jeśli w wodę

skrzelą błyska

jeśli w noc

świeci

Fragment wiersza Haliny Poświatowskiej „Odłamałam gałąź miłości”

Co by było, gdyby

Poświatowska do czasu tej nieszczęsnej anginy jest zdrowym dzieckiem. Czy miała szansę dostać w 45 roku penicylinę, która by ją uchroniła przed chorobą serca?

Nie miała. To działo się wtedy, kiedy Armia Czerwona wyzwalała, czy raczej przejmowała Częstochowę, więc trudno było o kontakt z lekarzem, ale przede wszystkim penicylina do Polski – może poza dawkami w alianckich zrzutach dla Powstania Warszawskiego – jeszcze nie dotarła. Krajowa produkcja ruszyła dopiero w 1950 r.

Natomiast wiem, że później, kiedy Halina miała nawracające zapalenie wsierdzia, jej matka błagała o tę penicylinę w Czerwonym Krzyżu. I udało jej się wybłagać. Potem Halina była ciągle leczona antybiotykami. To właśnie Aleksandrowicz wymyślił, żeby połączyć u niej leczenie penicyliną ze streptomycyną.

Natomiast w kluczowym momencie, przy pierwszej anginie, tego leku nie dostała i stąd późniejsza choroba serca.

Gdyby urodziła się kilka lat później, byłaby zdrowa. Powikłanie anginy, czyli uszkadzająca serce gorączka reumatyczna, z nadejściem penicyliny przestała niemal zagrażać dzieciom. Znajoma kardiolożka dziecięca powiedziała mi, że w czasie swojej 40-letniej pracy widziała zaledwie 3 przypadki gorączki reumatycznej. Z kolei dziś żyjemy w czasach, gdy wymiana uszkodzonej zastawki mitralnej serca, to dość bezpieczny, często wykonywany zabieg.

Rozwój kardiochirurgii w ciągu ostatniego półwiecza to coś nieprawdopodobnego. Przypomnijmy, że pierwszy udany przeszczep serca – względnie udany, bo pacjent wkrótce zmarł na zapalenie płuc – miał miejsce w grudniu 1967 r., a Halina Poświatowska umarła dwa miesiące wcześniej.

Ciekawe, że co jakiś czas wraca w jej przypadku temat przeszczepu i szansy na takie leczenie w Polsce. Warto więc dodać, że docent Jan Moll, lekarz, który też próbował leczyć Halinę, jako pierwszy w Polsce przeszczepił serce w 1969 r. Porzucił te próby, ponieważ jego pacjent zmarł jeszcze na stole.

A wymiana uszkodzonej zastawki mitralnej po jej wcześniej plastyce, czyli to, czemu poddała się Poświatowska w 1967 r. w Warszawie i co zakończyło jej życie, teraz jest o wiele bezpieczniejsze. Wtedy było wymagane ponowne otwarcie klatki piersiowej, teraz są techniki mini–inwazyjne. No tak, co by było, gdyby…

Marzenia o teatrze

Wracając do wątku „co by było, gdyby” z pisaniem, to myślę, że gdyby Halina nie zachorowała na serce, byłaby aktorką. Marzyła, żeby aktorką zostać albo żeby w ogóle związać się z teatrem. Gdy już zrozumiała, że aktorska kariera nie wyjdzie ze względów zdrowotnych, zajęła się pisaniem dramatów.

Chyba jeden z nich został pośmiertnie opublikowany, ale większość jej prób dramatycznych nie doczekała się druku, ponieważ ona sama ich nie ceniła. Stwierdziła, że nie ma do tego talentu i odpuściła dramaturgię, a rodzina szanuje tę decyzję, chociaż rękopisy są zachowane.

Teatrem zainteresowała się przez Jana Niwińskiego. Jan Niwiński – też ciekawa postać. Nie był pacjentem, tylko przyjacielem Aleksandrowicza. Odwiedzał w szpitalu znajomą, z którą leżała Poświatowska. I tak się poznali.

Niwiński był aktorem, w trakcie I wojny podobno uczył się w Moskwie u Stanisławskiego i debiutował w filmie z Majakowskim, potem w Polsce grał role amantów. Po drugiej wojnie nie zyskał w Krakowie wielkiej sławy, raczej traktowano go jak barwną postać z zamierzchłej epoki, ale był kimś bardzo ważnym dla młodych adeptów aktorstwa. Prowadził kółko przygotowujące do zdawania do szkoły teatralnej i wielu aktorów przeszło przez jego ręce. M.in. Anna Dymna, która mówiła, że gdyby nie Niwiński, pewnie nie zostałaby aktorką.

On miał oko do wyłapywania talentów i dostrzegł taki talent w Poświatowskiej. Uczył ją recytacji, prawidłowej dykcji. To była zupełnie inna szkoła aktorska niż dzisiaj, jeszcze przedwojenna. Zachowało się nagranie Haliny Poświatowskiej czytającej swoje dwa wiersze i ona tam brzmi jak aktorka z jakiegoś wczesnego filmu Wajdy, Konwickiego czy Kawalerowicza. Bardzo charakterystyczna maniera i ustawienie głosu, który jest wysoki, delikatny, kobiecy. Ona normalnie tak nie mówiła.

Świadoma własnej atrakcyjności

Halina często flirtuje, jest zakochana. Szuka w życiu miłości. Cierpi z tego powodu, ale też doznaje szczęścia. W jej poezji splatają się stale miłość i śmierć.

Tak, tak. Poświatowska była też świadoma własnej atrakcyjności. W ogóle erotyzm, erotyka nie tylko w jej wierszach, ale też w jej życiu, były bardzo ważne. Relacje z mężczyznami stanowiły dla niej bardzo istotną część życia. Miała ich bardzo wiele. Opisuję w książce dość dużo z nich, ale nie wszystkie, bo wszystkich nie znam.

Gdy pracowałam nad drugim wydaniem, nagle znalazłam przypadkiem listy Poświatowskiej do amerykańskiego pisarza ormiańskiego pochodzenia, Petera Souriana. On zmarł w 2017 roku, był dwa lata starszy od Haliny. Próbowałam ustalić, co ich łączyło. Okazało się, że o tym Sourianie nigdy nie słyszała ani siostra Poświatowskiej, która była z nią bardzo blisko, ani jej brat, ani inna biografka, Mariola Pryzwan. Nikt nie był w stanie mi pomóc, żeby ustalić, co tam zaszło. A ewidentnie coś zaszło.

Więc myślę, że jest jeszcze wielu takich mężczyzn, o których nie wiemy, a z którymi Poświatowska miała mniej lub bardziej przelotne relacje.

Nie denerwowała panią ta kochliwość pani bohaterki?

Denerwowała to niewłaściwe słowo, ale miałam do niej trochę żal o to, jak potraktowała Ireneusza Morawskiego.

Ich związkowi poświęca pani sporo miejsca w książce. Poświatowska nie była w Morawskim zakochana. Nie pociągał jej fizycznie, natomiast ich więź intelektualna była wyjątkowo silna. Tymczasem on ją bardzo kochał.

Tak, tak, był bardzo zakochany. Ireneusz Morawski zachował do końca życia pamiątki po Halinie Poświatowskiej, m.in. pukiel jej włosów, który przysłała mu ze Stanów. Ten pukiel wdowa po Morawskim podarowała Marioli Pryzwan. A ona podzieliła go na trzy części. Jedną zachowała dla siebie, jedną dała bratu i jedną dała siostrze Poświatowskiej. Ja natomiast mam zdjęcie tego pukla.

jeszcze twój głos usłyszeć chcę

zapachem się zaciągnąć

pojąć cię raz na zawsze wszystkimi zmysłami

i nigdy nie zrozumieć i ciągle na nowo

dochodzić prawdy pocałunkami

Fragment wiersza Haliny Poświatowskiej „więc jesteś jesteś jesteś”

„Tylko mnie pogłaszcz…”

Ireneusz Morawski to jedna z tych osób, z którymi nie zdążyłam porozmawiać. W 2011 roku, gdy zaczynałam pracę nad książką, usiłowałam skontaktować się z nim przez Związek Niewidomych, którego do końca życia był aktywnym działaczem. Zanim odpisali, zmarł. Do dziś żałuję, że nie udało mi się spytać go o Halinę Poświatowską. Chociaż wiem, że on się przed tym wzbraniał i publicznie nigdy o niej nie mówił.

Dopiero po jego śmierci Mariola Pryzwan, za zgodą wdowy Heleny Morawskiej opublikowała listy, które Ireneusz pisał do Poświatowskiej i które sama Poświatowska chciała wydać jako książkę. Na co on się z kolei nie zgadzał – ze względu na dobro uczuć żony właśnie…

Trochę wcześniej został opublikowany wspomnieniowy esej Morawskiego o jego relacji z Haliną, ale z wyciętymi fragmentami. Bo on się nie zgodził, by te fragmenty były kiedykolwiek upublicznione. W związku z tym wciąż jest tam dla mnie jakaś tajemnica. Mariola Pryzwan wie, o co chodzi, ale tylko ona – i lojalnie strzeże tej wiedzy.

Te wszystkie informacje, które ukazały się już po pierwszym wydaniu mojej książki, skłoniły mnie do tego, żeby przygotować drugie. Czułam się w obowiązku uzupełnić ten wątek Morawskiego. Poświęciłam na to bardzo wiele czasu.

W książce, o której pani wspomina, zostały opublikowane wyłącznie jego listy, czy obydwojga?

Wyłącznie jego. Rzecz nazywa się „Tylko mnie pogłaszcz…”.

To niestety jest problem, że listy Poświatowskiej do Morawskiego zostały wydane osobno i jego do niej osobno. Taka była decyzja samej Poświatowskiej, a Mariola Pryzwan uszanowała jej wolę.

Ireneusz kpił, że Halina chciała to zrobić na wzór „Listów do Mileny” Kafki.

Moim zdaniem to była zła decyzja, czytelnik, czytając same listy Morawskiego bez odpowiedzi Poświatowskiej, nie jest w stanie w wielu wypadkach zrozumieć, o co chodzi.

Te listy są często nie do rozszyfrowania. Są tak hermetyczne, że wielu ich fragmentów ani ja, ani Mariola Pryzwan, ani nikt już pewnie nie zrozumie. Zrozumiałaby tylko Halina, bo odnosiły się z pewnością do ich rozmów, których nie znamy.

Do książki wybrałam takie fragmenty, które byłam w stanie umiejscowić w kontekście. Cytuję je też tam, gdzie wydawało mi się to potrzebne i ciekawe.

Ale to była praca najpierw samej Haliny, która przygotowała je do druku. Matka pomagała jej w ich przepisaniu na maszynie, potem ona odręcznie nanosiła korektę i robiła nieliczne skreślenia. Mariola Pryzwan opublikowała je w taki sposób, że jest to tekst ciągły z wykreślonymi na niebiesko pojedynczymi zdaniami, które jednak pod tym przekreśleniem da się odczytać. Tak że my wiemy, co Halina chciała z tych listów usunąć.

„Tylko ślepy może tak pisać”

Książka z listami Morawskiego spotkała się z dobrym odbiorem czy raczej przeszła niezauważenie przez nasz rynek księgarski? Sam czytałem wyłącznie fragmenty listów tej pary w pani biografii. I wydaje mi się, że to coś szczególnego w historii polskiej epistolografii.

I tak też uważała Halina. Moim zdaniem słusznie.

Jego skojarzenia są zupełnie niesamowite.

Poświatowska była przekonana, że sposób pisania Morawskiego wynikał z tego, że był od dzieciństwa niewidomy. Stracił wzrok, gdy miał dwa lata, po zapaleniu opon mózgowych. Nie pamiętał więc w ogóle świata wrażeń wzrokowych i jego wyobraźnia rozwinęła się w niesamowity sposób.

Poświatowska twierdziła, że „tylko ślepy może tak pisać”, że mu trochę tej ślepoty zazdrości.

Bo ona choruje tylko na banalne serce, a on przez to, że nie widzi, ma taką pomysłowość, metaforykę niesamowitą, skojarzenia dziwne.

„Tylko mnie pogłaszcz…”, wydane w 2017 roku, dokładnie pół wieku po śmierci Poświatowskiej, przeszło przez rynek z mniejszym echem, niż na to zasługuje. Na pewno fanki Poświatowskiej (bo to jednak są głównie kobiety) ją zauważyły. Natomiast jako rzecz osobna, to nie, nie została zauważona.

Była recenzja w „Odrze”, napisał ją najlepszy przyjaciel Morawskiego – Jacek Łukasiewicz, wybitny poeta, krytyk i literaturoznawca.

To ciekawa recenzja: jest już 6 lat po śmierci Morawskiego i Łukasiewicz pisze, że znał Ireneusza prawie całe życie, a jednak nie znał go takiego, jakim był w tych listach.

Ireneusz o relacji z Poświatowską prawie nie opowiadał. To była dla niego jakaś sprawa święta i osobna, nie wtajemniczał w to innych. Łukasiewicz dopiero po publikacji listów uświadomił sobie, jak ważną osobą w życiu Morawskiego była Poświatowska. Jak bardzo ją kochał i jak cierpiał.

Jak ona się zakończyła? Poświatowska się odcięła od niego?

On się odciął.

Halina nie mogła sprawić, żeby pozostali do końca w przyjaźni?

Chyba nie. On ją za bardzo kochał. To było dla niego zbyt bolesne. Natomiast mogła go nie zwodzić, tymczasem zwodziła. Ale wtedy nie powstałyby takie piękne listy.

Halina Poświatowska. Fot. Wikipedia

Sąsiedzi z Domu Literatów

Pod koniec życia Poświatowska ma romans z Janem Adamskim, mężem poetki Anny Świrszczyńskiej. Halina nie miała problemu z odbijaniem czyjegoś męża?

No… nie miała.

To oczywiście wyszło od Adamskiego. On się nią pierwszy w ten sposób zainteresował. Byli sąsiadami, mieszkali w tym samym Domu Literatów przy ul. Krupniczej w Krakowie. W którymś momencie, po paru latach znajomości, Poświatowską olśniło, że może ten Jaś znosi jej do pokoju czekolady, cytrusy i soki w puszkach ze sklepów dewizowych nie bezinteresownie. A skoro jest w niej bardzo zakochany, jej też się podoba, a ona potrzebuje kogoś takiego, bo boi się być sama, to czemu nie doprowadzić tego do końca – stwierdziła. Tymczasem on się wzbraniał właśnie dlatego, że miał żonę. I córkę.

Był też religijny.

Bardzo religijny. Kolegował się, a może nawet przyjaźnił z Karolem Wojtyłą.

Romans był dla niego na początku nie do przeskoczenia.

Halina z kolei już w młodości przestała wierzyć w katolickiego Boga. Irytowały ją religijne rozterki Jasia Adamskiego. Najbardziej denerwowało ją, jak mówił, że znowu był u spowiedzi i nie mogą kontynuować romansu, bo on właśnie dostał rozgrzeszenie. A jednocześnie zapewniał, że bardzo ją kocha i że jest kobietą jego życia.

W końcu udało się mu siebie samego przekonać, że powinien się z żoną rozwieść. Zresztą żona po paru miesiącach awantur i pojednań wyrzuciła go z domu, a nawet nie tyle z domu, ile z miasta. Adamski stracił też etat w teatrze w Krakowie i musiał wyjechać do Rzeszowa.

Poświatowska go w tym Rzeszowie odwiedzała. Planowała, że może wynajmą wspólny dom, że się tam przeprowadzi. Jednocześnie to był czas, kiedy odnowiła jej się wada serca. Skończyło się to tak, że Adamski rozwiódł się z żoną, ale dopiero ponad rok po śmierci Poświatowskiej. Więcej o tym trójkącie będzie w biografii Świrszczyńskiej autorstwa Małgorzaty Niemczyńskiej, która ma wyjść w tym roku.

Wyznaczyłam sobie granicę

Opisując związki Haliny z mężczyznami, czasem pani pisze wprost, że np. Poświatowska jest rozczarowana pierwszą nocą z Adamskim.

Nie, rozczarowana była pierwszą nocą ze swoim mężem, Adolfem Ryszardem Poświatowskim. A z Adamskim była rozczarowana całością życia seksualnego.

Piszę to, na co miałam dowody w cytatach z jej listów. Sama o tym pisała do przyjaciółek czy Niwińskiego. Udostępniam też tylko te cytaty na temat jej życia erotycznego, na które zgodziła się jej rodzina. Ja bym chciała napisać więcej, ale też sobie wyznaczyłam jakąś granicę.

Jak pani książkę odebrali brat i siostra Poświatowskiej?

Bardzo dobrze. Negocjowałam w kwestii cytatów. Z kilku musiałam zrezygnować, ale zdecydowana większość tego, co przytoczyłam, została w ostatecznej wersji. Nie mówiąc o tym, że rodzeństwo nie ingerowało w samą treść książki. Tylko ewentualnie właśnie w cytaty z niepublikowanych listów, do których mają prawa jako spadkobiercy.

Rodzina Haliny była dla mnie bardzo życzliwa, wiele mi pomogła. Bez tej pomocy książka nie byłaby taka dokładna. Od siostry, Małgorzaty Porębskiej, i brata, Zbigniewa Mygi, dostałam mnóstwo informacji, niepublikowanych listów Poświatowskiej, dokumentów, zdjęć rodzinnych.

Siostra ma niesamowitą kolekcję zdjęć Haliny, która bardzo często pozowała, różni wybitni ludzie ją fotografowali. M.in. profesor Aleksandrowicz, który był fotoamatorem, i profesor Roman Ingarden. Zdjęcia Ingardena są w jego kolekcji w MOCAK-u, do której nie dotarłam, bo w MOCAK-u jest wieczna inwentaryzacja i nie chciano mi jej udostępnić.

Fotografował ją także Jerzy Kosiński w Nowym Jorku.

Dlaczego Poświatowska ciągle fascynuje kolejne pokolenia kobiet?

Bo jej twórczość, ale też charakter – wrażliwość, ambicja, zachłanność na życie i poczucie humoru są ponadczasowe.

Myśli pani, że Poświatowskiej by się ta biografia spodobała?

Mam nadzieję. Ale tak naprawdę nie mam pojęcia.

*Kalina Błażejowska, reporterka i publicystka. Absolwentka filmoznawstwa i dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Laureatka wielu nagród, w tym Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej dla młodych dziennikarzy i Grand Prix Nagrody Dziennikarzy Małopolskich.

Autorka książek „Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych”, wyd. Czarne, 2023 i „Uparte serce. Biografia Haliny Poświatowskiej”. Pierwsze wydanie Znak, 2014, drugie, zmienione wydanie Wydawnictwo Literackie, 2026.

Na zdjęciu Sławomir Zagórski
Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze