0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Laureatka konkursu San Francisco Drag D'Arcy Drollinger udziela ślubu parze tej samej płci, Jorge Jimenezowi (po lewej) i Scottowi Wilsonowi, podczas ceremonii „Winter of Love” w ratuszu w San Francisco 14 lutego 2024 r. w San Francisco w Kalifornii. Burmistrz San Francisco London Breed odnowił przysięgę małżeńską dwóch par tej samej płci podczas uroczystości w ratuszu w San Francisco, zorganizowanej z okazji 20. rocznicy pierwszych małżeństw osób tej samej płci w San Francisco. Fot. Justin Sullivan/Getty Images/AFPLaureatka konkursu S...

Dziesięć lat po historycznym wyroku Obergefell v. Hodges, który wpisał miłość w język konstytucji, amerykański Sąd Najwyższy z konserwatywną większością podważa zasady, na których tamto zwycięstwo zostało zbudowane. W tle znów powracają słowa o „tradycji”, „porządku” i „wartościach”.

Droga do małżeństw osób tej samej płci w Stanach Zjednoczonych zaczęła się na długo przed tym, zanim o Obergefellu usłyszał cały świat. Przez dziesięciolecia toczyła się walka prowadzona przez pary, które chciały po prostu żyć jak inni – z prawem do ślubu, posiadania wspólnego majątku, dziedziczenia czy opieki nad dzieckiem.

W 1971 roku Jack Baker i Michael McConnell z Minnesoty zostali pierwszą jednopłciową parą w Stanach Zjednoczonych, która uzyskała licencję małżeńską i zawarła ślub cywilny. Urzędnik w Hennepin County odmówił im wydania dokumentu, więc przenieśli się do innego hrabstwa, gdzie… udało się go uzyskać. Ich sprawa – Baker v. Nelson – trafiła aż do Sądu Najwyższego, który jednak odrzucił ją bez rozpatrzenia, uznając, że nie dotyczy „istotnego pytania na temat prawa federalnego”.

Liberalni wówczas w większości sędziowie, ci sami, którzy tworzyli wtedy ważne precedensy w sprawach praw obywatelskich czy procedury kryminalnej, nie byli gotowi na tak radykalną ingerencję w tożsamość Ameryki. Mimo to Baker i McConnell żyli (i żyją do dziś, obaj rocznik 1942) otwarcie jako para, działali społecznie i współorganizowali pierwsze obchody Gay Pride w Minneapolis. Ich małżeństwo, przez dziesięciolecia ignorowane przez instytucje, zostało ostatecznie uznane w 2018 roku za ważne i legalne. Dopiero wyrok w sprawie Obergefell v. Hodges z 2015 roku, który przyznał parom jednopłciowym konstytucyjne prawo do małżeństwa, otworzył furtkę do tego, a jednocześnie zakończył epokę walki i długą gehennę amerykańskich osób LGBT.

Przypomnijmy: w czerwcu 2015 roku Sąd Najwyższy stosunkiem głosów 5 do 4 uznał, że prawo do małżeństwa obejmuje również pary jednopłciowe. Orzeczenie oparte zostało na 14. poprawce do konstytucji – gwarantującej zarówno równość wobec prawa (equal protection), jak i wolność osobistą (substantive due process). To ostatnie pojęcie – a będziemy w tekście do niego wracać – oznacza w ujęciu amerykańskiego prawa konstytucyjnego zasadę, że rząd (lub władza publiczna) nie może pozbawiać żadnej osoby życia, wolności lub własności bez wystarczającego uzasadnienia merytorycznego – nawet jeśli sama procedura (formalny proces) została zachowana.

Od tego momentu wszystkie stany były zobowiązane udzielać ślubów i uznawać małżeństwa osób tej samej płci na równi z heteroseksualnymi.

W przeciwieństwie do europejskiego sposobu stanowienia prawa, w Stanach Zjednoczonych koniec końców o legalizacji małżeństw tej samej płci zdecydowała droga sądowa: fala pozwów w kilku stanach (Michigan, Ohio, Kentucky, Tennessee), sprzeczne orzeczenia sądów apelacyjnych, a na końcu interwencja Sądu Najwyższego, który rozstrzygnął spór i nadał mu rangę ogólnokrajową. I tak Obergefell v. Hodges, obaliwszy wyrok Baker v. Nelson wprost pozbawił go znaczenia precedensowego. Wyrok z 2015 roku stał się więc konstytucyjnym punktem zwrotnym, tworzy tzw. prawo całego kraju (law of the land), a jego skutki rozszerzono w późniejszej decyzji, w sprawie Pavan v. Smith (2017).

Sąd Najwyższy potwierdził, że stany nie mogą różnicować skutków małżeństwa, np. w aktach urodzenia dzieci.

W obawie przed gmeraniem przy tym „law of the land” zdominowany wówczas przez demokratów Kongres pospieszył z ustawą Respect for Marriage Act.

To prawo z 2022 roku stanowi „bezpiecznik”: federalne uznawanie wszystkich ważnie zawartych małżeństw jednopłciowych, nawet jeśli któryś ze stanów próbowałby uchylać się od ich rejestracji. Ustawa zobowiązuje władze federalne do uznawania małżeństw zawartych w stanach oraz nakazuje stanom uznawać małżeństwa ważnie zawarte w innych jurysdykcjach, nawet jeśli same ograniczają udzielanie licencji. Nie „gwarantuje” obowiązku udzielania ślubów w każdym stanie, gdyby kiedykolwiek werdykt SN z 2015 roku został podważony – raczej gwarantuje uznawanie tych zawartych gdzie indziej.

Reasumując: Obergefell ustanowił ogólnokrajową zasadę równości małżeńskiej w typowo amerykański sposób: przez spór, precedens i konstytucyjną interpretację, a nie przez polityczną decyzję. Choć spór ideowy wokół tego wyroku nigdy nie zgasł, dziś jego skuteczność wzmacnia zarówno utrwalony precedens, jak i federalna ochrona ustawowa.

Przeczytaj także:

Historia zamiast godności, tradycja zamiast autonomii

Jednak za Anną Jantar można powtórzyć, że nic nie może wiecznie trwać. Dziesięć lat po historycznym wyroku Sąd Najwyższy to już zupełnie inne ciało niż w 2015 roku. Z dziewięciorga sędziów, którzy wtedy uznali małżeństwa jednopłciowe za prawo chronione konstytucyjnie, nie ma dziś trzech kluczowych postaci: Anthony’ego Kennedy’ego – autora opinii większości – oraz Ruth Bader Ginsburg i Stephena Breyera. Za to jest trzech nominatów Donalda Trumpa: Neil Gorsuch, Brett Kavanaugh i Amy Coney Barrett. Dołączając do Johna Robertsa, Clarence’a Thomasa i Samuela Alito, zbudowali stabilną przewagę 6–3. Ta większość od kilku lat konsekwentnie przebudowuje amerykański porządek prawny – nie poprzez jedną spektakularną decyzję, lecz całą serię wyroków, które zmieniają reguły gry.

To już nie ten sam Sąd, który dekadę temu pisał o „godności” i „autonomii” człowieka jako wartościach wywodzonych z 14. poprawki. Dzisiejsza większość woli słowa „historia” i „tradycja”. Konstytucja – w tej optyce – nie jest tekstem, który rozwija się wraz z odkrywaniem w myśl mądrości etapu kolejnych obszarów obywatelskiej i osobistej wolności, lecz dokumentem zamkniętym w intencjach XVIII-wiecznych autorów.

Precedensy wciąż formalnie obowiązują, ale duch wyroków takich jak Obergefell – język równości, prywatności i godności – jest coraz bardziej obcy dla dominującej części składu. Dla tych sędziów prawo to nie narzędzie wrażliwości społecznej, lecz kontrakt spisany raz na zawsze. W tak zdefiniowanym świecie trudniej znaleźć miejsce dla ochrony miłości, o którą trzeba było z mozołem przez dekady walczyć przed sądem.

Samuel Alito i Clarence Thomas należą do najostrzejszych krytyków samej idei małżeństw jednopłciowych jako prawa konstytucyjnego. W ich oczach wyrok z 2015 roku nie był triumfem wolności, lecz nadużyciem władzy przez dziewięcioro sędziów, którzy – jak pisał Thomas – „wpisali własną definicję małżeństwa w tekst Konstytucji i odebrali Amerykanom możliwość decyzji w demokracji”.

Teraz sędzia wprost mówi, że czas się zastanowić nad sensem i przyszłością Obergefell. W cytowanym teście wraca do kwestii ochrony wynikającej z substantive due process i sugeruje odwrócić linię orzeczeń opartych na 14. poprawce i wyprowadzaniu z konstytucji praw do prywatności i samostanowienia. Wymienił trzy kamienie milowe: Griswold v. Connecticut (prawo do antykoncepcji), Lawrence v. Texas (dekryminalizacja relacji jednopłciowych) i właśnie omawiany przez nas wyrok w sprawie małżeństw jednopłciowych. W praktyce oznacza to gotowość do cofnięcia zegara o pół wieku w sprawach obyczajowych.

Ironia historii polega na tym, że Afroamerykanin Clarence Thomas sam korzysta z owoców orzecznictwa, które dziś chciałby unieważnić. Od ponad trzech dekad jest mężem Ginni Thomas – białej aktywistki i wpływowej postaci w Partii Republikańskiej, znanej z bliskich związków ze środowiskiem Donalda Trumpa. Ich małżeństwo, zawarte w 1987 roku, byłoby nielegalne w kilkunastu stanach, gdyby nie wyrok Loving v. Virginia z 1967 roku.

Wtedy to dziewięciu sędziów – również powołując się na zasadę substantive due process – uznało, że zakaz małżeństw międzyrasowych narusza 14. poprawkę. To właśnie ten precedens stał się później jednym z fundamentów orzeczenia Obergefell v. Hodges. Gdyby więc sędzia Thomas rzeczywiście chciał „odkręcić” linię orzeczeń opartych na ochronie prawa do prywatności i samostanowienia, musiałby w pewnym sensie zakwestionować także legalność własnego małżeństwa. Historia, jak widać, bywa przewrotnym sędzią.

Natomiast Samuel Alito wtórował Thomasowi w 2015 roku bez ogródek: „Konstytucja nie mówi nic o prawie do małżeństwa osób tej samej płci”. W kolejnych latach wracał do tej myśli, ostrzegając, że wyrok doprowadził do stygmatyzacji wierzących, którzy „nie ukrywają tradycyjnych przekonań religijnych o homoseksualizmie” i bywają przez instytucje traktowani jak bigoci. Język tych wypowiedzi pokazuje, że irytacja nie wygasła – przeciwnie, Alito wciąż widzi Obergefell jako źródło „kulturowej cenzury” wobec chrześcijańskiej większości.

Pierwsza poprawka ponad wszystko

Równolegle widać inny wyraźny zwrot w Sądzie Najwyższym: środek ciężkości orzecznictwa przesuwa się ku 1. poprawce – wolności słowa i wyznania – traktowanej dziś niemal jak „superprawo”, nadrzędne wobec innych gwarancji, w tym zasady równego traktowania. Dla polskiego czytelnika, przyzwyczajonego do równoważenia wolności religijnej i świeckości państwa, to może brzmieć paradoksalnie, ale właśnie tak wyglądają ostatnie rozstrzygnięcia.

W Kennedy v. Bremerton School District (2022) sąd uznał, że trener futbolu w publicznej szkole miał prawo do modlitwy po meczu na boisku.

Nie chodziło o prywatny gest, lecz o praktykę w miejscu pracy, w instytucji publicznej – mimo to sędziowie stwierdzili, że jego zwolnienie narusza wolność wyznania. W Carson v. Makin (2022) większość orzekła, że stan Maine, dopłacając do szkół niepublicznych w odludnych rejonach, nie może wykluczać szkół religijnych – nawet jeśli te otwarcie deklarują misję „prowadzenia uczniów do przyjęcia Chrystusa” albo dyskryminują osoby LGBT.

Kulminacją był wyrok 303 Creative LLC v. Elenis (2023): projektantka stron internetowych, która nigdy nie dostała zlecenia od pary jednopłciowej, poprosiła sąd o potwierdzenie, że może odmówić wykonania strony ślubnej dla gejów.

Większość – w opinii sędziego Gorsucha – uznała, że już sama groźba ewentualnej kary w przyszłości narusza jej wolność słowa i przekonań. W praktyce te sprawy ustawiają nową hierarchię wartości: wystarczy powołać się na religię, by interes jednostki przeważył nad prawem innych do równego traktowania.

Najbardziej wymownym znakiem zmiany jest dziś gotowość Sądu Najwyższego do odrzucania własnych precedensów.

Mimo retoryki ciągłości pod kierownictwem Johna Robertsa zgromadzenie sędziów stało się inicjatorem radykalnej reinterpretacji konstytucji. Sprawa Dobbs v. Jackson Women’s Health Organization (2022) pokazała, że granice cofania raz przyznanych praw faktycznie przestały istnieć.

Po raz pierwszy w historii odebrano obywatelkom prawo uznane za konstytucyjne, wspomniane „law of the land” – prawo do aborcji wywiedzione z 14. poprawki.

To, co przez pół wieku stanowiło część ogólnokrajowego porządku prawnego, unieważniono jednym głosowaniem zideologizowanej większości. Dobbs nie tylko obalił Roe v. Wade (1973) – otworzył epokę, w której każde prawo wyprowadzone z konstytucji, od równości małżeńskiej po dostęp do antykoncepcji, może zostać zakwestionowane, jeśli większość uzna, że nie ma ono „wystarczającego oparcia w historii i tradycji”.

Nie był to przypadek odosobniony. W sprawie Franchise Tax Board v. Hyatt (2019) sąd stosunkiem głosów 5–4 zburzył precedens Nevada v. Hall (1979), uznając, że stany korzystają z tzw. immunitetu suwerennego także przed sądami innych stanów. Skutek? Obywatelom i firmom trudniej dziś dochodzić roszczeń przeciw władzom stanowym poza własną jurysdykcją. W Edwards v. Vannoy (2021) konserwatywna większość zamknęła drogę do stosowania wstecz nowych gwarancji procesowych – jeśli po latach uzna się, że proces powinien był wyglądać inaczej, osoby już skazane nie skorzystają z nowych standardów.

Wreszcie w 2024 roku Sąd odrzucił doktrynę z Chevron v. Natural Resources Defense Council (1984), która przez dekady nakazywała sądom powściągliwość wobec decyzji wyspecjalizowanych agencji federalnych. Efekt: mniej zaufania do instytucji wykonawczych, więcej władzy dla sędziów niższych instancji i rosnąca nieprzewidywalność prawa.

Do tego dochodzi coraz częstsze korzystanie z tzw. shadow docket – czyli trybu nadzwyczajnego, w którym Sąd Najwyższy podejmuje decyzje bez przeprowadzania pełnego postępowania, bez rozpraw, a czasem nawet bez pisemnego uzasadnienia. Mechanizm ten, pierwotnie stosowany w wyjątkowych sytuacjach – na przykład w sprawach pilnych lub technicznych – w ostatnich latach nabrał zupełnie nowego znaczenia.

Od czasu prezydentury Donalda Trumpa shadow docket stał się narzędziem do zatwierdzania kontrowersyjnych działań administracji: dotyczących polityki imigracyjnej, deportacji czy zmian organizacyjnych w rządzie. Decyzje te często zapadają w trybie ekspresowym, poza zwykłą ścieżką sądową, a przez to bez pełnej jawności i bez możliwości publicznej debaty.

Dla amerykańskiego konstytucjonalizmu to coś więcej niż tylko konserwatywny zwrot w orzecznictwie. To oznaka erozji samej zasady, że prawo ma być wspólne, przewidywalne i niezależne od tego, kto akurat zasiada w Sądzie Najwyższym.

W tym sensie Dobbs jest punktem zwrotnym – nie tylko dlatego, że odebrał kobietom prawo do decydowania o własnym ciele, ale dlatego, że po raz pierwszy w nowoczesnej historii USA unieważnił element „law of the land”, czyniąc z konstytucji dokument podatny na bieżący układ sił. Jeśli ta logika będzie kontynuowana, Obergefell – choć wciąż obowiązuje – jest bardziej kruchy, niż wielu chciałoby wierzyć. Z jednej strony chroni go precedens Sądu Najwyższego i „tarcza ustawowa” w postaci federalnego obowiązku uznawania ważnie zawartych małżeństw jednopłciowych. Z drugiej – rośnie gotowość, by wywracać dawne rozstrzygnięcia, a 1. poprawka – interpretowana coraz szerzej – bywa mieczem używanym przeciwko prawom mniejszości.

Dla polskiego czytelnika najważniejsza lekcja jest prosta: w amerykańskim systemie prawo ogólnokrajowe rodzi się w sądach – i może w sądach zniknąć. A tymczasem Sąd właśnie zajmuje się zakazem tzw. terapii konwersyjnej wobec nieletnich w Kolorado.

Istota sporu sprowadza się do pytania: czy państwo ma prawo regulować działalność licencjonowanych terapeutów, czy też w ten sposób ogranicza swobodę rozmowy między specjalistą a pacjentem? Skarżąca – wspierana przez konserwatywną organizację prawniczą – twierdzi, że już sama groźba sankcji „zamraża” jej wypowiedzi i zniechęca do poruszania niektórych tematów. Władze stanu Kolorado odpowiadają, że nie chodzi o zwykłą rozmowę, lecz o formę terapii uznawaną przez środowisko medyczne za szkodliwą, a więc państwo ma obowiązek chronić osoby nieletnie przed potencjalnym nadużyciem.

Podczas wysłuchania w Sądzie Najwyższym szczególnie wybrzmiał wątek wolności słowa. Nawet sędzia Elena Kagan zwróciła uwagę, że przepisy mogą faworyzować jedną narrację: pozwalają terapeutom wspierać akceptację własnej orientacji, ale zakazują podejmowania prób jej „zmiany”. To zastrzeżenie dobrze wpisuje się we wspomniany już trend ostatnich lat – od sprawy modlącego się trenera, przez dopłaty do szkół wyznaniowych w stanie Maine, po prawo projektantki stron internetowych do odmowy obsługi par jednopłciowych – w którym wolność sumienia i słowa coraz częściej przeważa nad zasadą równego traktowania.

Rozstrzygnięcie w sprawie Kolorado, którego spodziewamy się wkrótce, może przesądzić o losie podobnych zakazów w wielu stanach i ponownie przesunąć środek ciężkości amerykańskiego prawa w stronę interpretacji, która stawia wolność jednostki ponad ochroną przed dyskryminacją.

Kim Davis i jej wiara

Tymczasem w pejzażu po Obergefell wciąż powraca nazwisko Kim Davis, urzędniczki hrabstwa Rowan w Kentucky, która w 2015 roku stała się symbolem religijnego oporu wobec małżeństw jednopłciowych. Po ogłoszeniu wyroku Obergefell v. Hodges Davis całkowicie zaprzestała wydawania licencji ślubnych wszystkim parom, zarówno hetero-, jak i jednopłciowym. Tłumaczyła to tym, że umieszczenie jej nazwiska na dokumencie udzielającym prawa do zawarcia małżeństwa osobom tej samej płci „splamiłoby jej sumienie” i uczyniłoby ją współodpowiedzialną za czyn sprzeczny z jej religią. Federalny sędzia David Bunning w sprawie Miller v. Davis nakazał jej wznowić wydawanie licencji, a gdy odmówiła – trafiła na pięć dni do aresztu za obrazę sądu.

Ten spór stał się początkiem procesu, który po latach doprowadził Davis do dotkliwej porażki. Para David Ermold i David Moore – ci sami, którym odmówiono prawa do ślubu – pozwała ją z powodu naruszenia ich konstytucyjnych praw.

W 2023 roku ława przysięgłych przyznała im 100 tysięcy dolarów tytułem zadośćuczynienia, a sędzia doliczył niemal 260 tysięcy kosztów prawnych, co razem dało ponad 360 tysięcy dolarów, za które Davis odpowiada jako osoba prywatna. Całość uzasadniono jasno: jako urzędnik publiczny Davis nie mogła powoływać się na własne przekonania religijne ani – co próbowała argumentować – na Pierwszą Poprawkę, która zdaniem jej prawników miała chronić ją przed „przymusem działania sprzecznego z wiarą”. Sąd podkreślił, że wolność religijna nie upoważnia urzędnika państwowego do ograniczania praw obywateli.

Kiedy Davis przegrała w sądzie apelacyjnym, sięgnęła po ostatnią możliwość: poprosiła Sąd Najwyższy nie tylko o uchylenie wyroku w jej własnej sprawie, ale o obalenie samego Obergefell jako „egregiously wrong from the start”, czyli rażąco błędnego już w punkcie wyjścia. 10 listopada 2025 roku Sąd Najwyższy – bez komentarza – odmówił podjęcia jej wniosku, pozostawiając w mocy zarówno obowiązek zapłaty odszkodowania, jak i sam precedens legalizujący małżeństwa jednopłciowe.

Strona przegrana nie zamierza się jednak cofać. Mat Staver z Liberty Counsel już zapowiedział, że ich celem pozostaje odwrócenie Obergefell i że jest to, jak to ujął, „nie kwestia czy, lecz kiedy”.

I tu wracamy do tropu, który opisywałem wcześniej w kontekście Clarence’a Thomasa: jego słynna opinia w sprawie obalenia Roe v. Wade wskazywała całą listę wyroków do „ponownego rozważenia”, w tym Obergefell.

Tym razem przeciwnikom równości małżeńskiej się nie udało – nie znalazło się czterech sędziów gotowych podjąć sprawę i otworzyć furtki do rewizji wyroku z 2015 roku. Ale sam kierunek działań, język Thomasa, Ality i determinacja grup takich jak Liberty Counsel pokazują, że ścieżka prawna do zakwestionowania Obergefell nie jest zamknięta. Pozostaje jedynie kwestią odpowiedniego momentu politycznego – i dlatego decyzja z listopada jest ulgą, ale nie końcem tej historii.

Donald Trump, gejowska ikona

Oficjalna linia orzecznicza i rządowa narracja w Stanach Zjednoczonych w epoce Donalda Trumpa nie pozostawia wątpliwości: prawa osób LGBTQIA+ są systematycznie ograniczane, a ich sytuacja w życiu publicznym – marginalizowana. W retoryce konserwatywnych elit to właśnie „tradycja” i „porządek moralny” mają stanowić przeciwwagę dla „ideologii gender” i „lewackiego aktywizmu”. A jednak, jak zauważył New York Times, w samym sercu tej administracji rozkwita środowisko, które przeczy oficjalnej linii partii – nieformalna sieć homoseksualnych urzędników znana w Waszyngtonie jako „A-Gays”.

To zjawisko tyleż paradoksalne, co fascynujące. Tworzą je głównie biali, zamożni mężczyźni w nienagannie skrojonych garniturach, z krótkimi fryzurami i golfowymi szortami, którzy z równą swobodą poruszają się po Pentagonie, Departamencie Stanu i salonach Kennedy Center. Są dumni ze swojej orientacji, ale równie dumni z lojalności wobec republikańskiego prezydenta. Nie używają słowa „queer”, nie podają zaimków, unikają języka współczesnych ruchów emancypacyjnych. W ich świecie to, co liberalne i kampowe, uchodzi za przesadę – za styl, którego „normalni” geje powinni się wstydzić. Ich obecność w strukturach władzy staje się więc pełna sprzeczności: to jednocześnie dowód widzialności i przykład głęboko zinternalizowanej homofobii – potrzeby odcięcia się od barwnej, otwartej tożsamości, która przypomina o dawnym wykluczeniu.

Jak pisał Times, centralną postacią tej nowej elity jest Charles Moran – urzędnik Departamentu Energii i nieformalny patron republikańskich gejów w Waszyngtonie. To on prowadzi arkusz kalkulacyjny z nazwiskami i stanowiskami innych homoseksualnych pracowników administracji – coś między mapą wpływów a dyskretną siecią towarzyską. Obok niego stoją takie postaci jak Scott Bessent, sekretarz skarbu i najpotężniejszy z gejów w gabinecie, Richard Grenell – dawny ambasador w Niemczech, dziś szef Kennedy Center, Jacob Helberg, podsekretarz stanu, czy Tony Fabrizio, długoletni sondażysta prezydenta. Wszyscy określają się jako patrioci i pragmatycy, ludzie służby, nie aktywiści. W ich języku słowa „duma” czy „solidarność” ustępują miejsca pojęciom „kompetencji” i „wartości”.

Trudno o bardziej wyrazisty przykład, jak amerykańska prawica przetworzyła część mniejszości seksualnej w elitę, która zamiast poszerzać granice wolności, celebruje własną asymilację.

W ich opowieści nie ma miejsca na doświadczenie wykluczenia – jest za to duma z przynależności do świata białych mężczyzn władzy. To świat, który nie tyle akceptuje różnorodność, ile ją porządkuje: „geje tak, queer nie”, „miłość prywatna tak, polityka tożsamości – absolutnie nie”.

Szczególną rolę w tej przemianie odegrała organizacja Log Cabin Republicans – niegdyś przestrzeń dla umiarkowanych konserwatystów LGBT, dziś całkowicie podporządkowana logice ruchu MAGA. Od kiedy w 2019 roku jej liderem został właśnie Moran, organizacja przestała być pomostem między środowiskiem LGBT a partią republikańską, a stała się narzędziem propagandy. Jej działacze ogłosili Donalda Trumpa „najbardziej przyjaznym gejom prezydentem w historii”, ignorując fakt, że jego administracja ograniczyła finansowanie profilaktyki HIV, zamroziła badania nad szczepionką i przywróciła symboliczne gesty wymazujące pamięć o ruchu emancypacyjnym, jak zapowiedź zmiany nazwy okrętu USS Harvey Milk.

Paradoks tej sytuacji – przyjęcie z uśmiechem władzy, która podcina korzenie emancypacji – ma również wymiar estetyczny. Dla A-Gays Trump jest postacią kampową, niemal dragową: złote wnętrza, teatralne gesty, spektakl z muzyką ABBY, Queen i Village People w tle. Jak zauważył James Kirchick, autor książki Secret City: The Hidden History of Gay Washington, Trump jest „ikoną kampu – transgresyjnym narcyzem, grającym samego siebie”. W tym sensie wielu z tych mężczyzn widzi w nim nie tylko lidera, lecz także zwierciadło – uosobienie ich własnej opowieści o awansie i akceptacji, zdobytej jednak kosztem solidarności i pamięci o tych, którzy walczyli wcześniej.

Pod blichtrem rautów w Kennedy Center i kolacji w klubie The Ned kryje się jednak cień – odrzucenia przez queerowe środowiska, które widzą w nich zdrajców i samowyparcia: świadomość, że wolność, z której dziś korzystają, została wywalczona przez tych, których oni sami nazywają „lewakami w dragach”. W tym pęknięciu – między dumą a wstydem, między akceptacją a zapomnieniem – widać najgłębszy ślad amerykańskiego paradoksu: zinternalizowaną homofobię w smokingach, podszytą potrzebą uznania przez tych, którzy jeszcze niedawno mówili, że homoseksualizm to grzech.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY„ to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

;
Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze