PiS chce leczyć niepłodność zgodnie z zasadami wiary katolickiej, więc przy okazji zmian w rządowym programie leczenia niepłodności naturalnie pojawia się magiczne słowo „naprotechnolgia”. O ile wiemy, naprotechnologia jednak nie będzie refundowana. Program nie zawiera metod leczenia – 102 miliony złotych zostaną wydane na badania, profilaktykę i edukację

Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydała pozytywną opinię o „programie kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce w latach 2016–2020”. W porównaniu do poprzedniego programu, realizowanego przez rząd PO-PSL w latach 2013–2016 PiS wykreślił refundację zabiegów in vitro. Zamiast nich finansowana będzie diagnostyka niepłodności i edukacja, mająca służyć jej zapobieganiu.

Ministerstwo Zdrowia odmówiło udostępnienia programu. Na prośbę OKO.press biuro prasowe odpisało, że dokument ujawni dopiero po uwzględnieniu poprawek AOTMiT. Założenia programu znamy więc tylko z opinii o programie, którą wydała Agencja, a w niej nie ma słowa o naprotechnologii.


Ludzie walczący z niepłodnością nie potrzebują centrów naprotechnologii, tylko potrzebują centrów leczenia niepłodności.

Bartosz Arłukowicz, TVN24 - 12/08/2016

fot . Kuba Atys / Agencja Gazeta


Półprawda. W programie nie ma naprotechnologii. I żadnej metody leczenia.


Były minister zdrowia prawdopodobnie zasugerował się artykułem „Rzeczpospolitej”, w którym założenia programu streszczono hasłem „Naprotechnologia zamiast in vitro”.

Nie wiadomo skąd „Rzeczpospolita” wzięła tę naprotechnologię. Autorka mogła zasugerować się wypowiedzią Jana Dziedziczaka, który w kwietniu 2015 r. mówił w Telewizji Republika: „Jesteśmy za tym, żeby pomagać ludziom, którzy nie mogą mieć dzieci. Proponujemy metodę, która realnie pomaga takim osobom – naprotechnologię. Nie uwzględnia ona elementów wątpliwych moralnie i jest dużo tańsza.”



Zeszyt z naklejkami i prezerwatywa z dziurką

Naprotechnologia to metoda diagnozy i leczenia niepłodności opracowana w latach siedemdziesiątych przez amerykańskiego lekarza Thomasa Hilgersa. Wyróżnia ją zgodność z katolicką nauką moralną.

Najważniejszym elementem metody jest model Creightona, czyli system obserwacji cyklu menstruacyjnego, który polega na obserwacji śluzu pochwowego oraz rejestrowaniu jej wyników w specjalnym zeszycie przy pomocy kolorowych naklejek. Czerwone są dla dni krwawienia, białe dla owulacji, zielone dla pozostałych.

Aby obserwacja cyklu menstruacyjnego według modelu Creightona była prawdziwie naprotechnologiczna, pacjentów uczyć muszą instruktorzy, którzy ukończyli dwutygodniowy kurs NaProTECHNOLOGY®. To zastrzeżony znak towarowy należący do założonego przez Hilgersa Instytutu Pawła VI. Szkolenia na instruktora prowadzone są tylko w USA, Irlandii i Polsce.

"Uwolnić moc kobiecego cyklu" - materiał promocyjny ze strony naprotechnologii.
„Uwolnić moc kobiecego cyklu” – reklama ze strony naprotechnology.com.

Instruktor nie musi być lekarzem. Prowadzi on parę przez pierwsze miesiące stosowania metody naprotechnologicznej. Dopiero po wypełnieniu zeszytu para trafia do lekarza-naprotechnologa, który interpretuje notatki, a następnie zleca badania znane także z tradycyjnej ginekologii, m.in – badania krwi, nasienia, stężenia hormonów, laparoskopię lub usg narządów rodnych.

Naprotechnologia wykorzystuje szczególną metodą pozyskiwania do badań męskiego nasienia. Ponieważ Kościół katolicki zalicza masturbację do czynów grzesznych, naprotechnologowie wymagają, by sperma do badań pochodziła ze stosunku dopochwowego. Pacjenci kupują specjalną prezerwatywę z dołączoną igłą – przekłucie kondoma sprawia, że przestaje on pełnić rolę antykoncepcyjną. Zatrzymuje jednak dość nasienia do przeprowadzenia badań.

Naprotechnolodzy zapewniają, że Hilgers opracował też własne metody chirurgiczne, polegające m.in. na zapobieganiu powstawania zrostów okołojajowodowych. Skuteczności tych zabiegów nie potwierdziły jednak żadne poważne badania.

W Polsce działa kilka klinik naprotechnologicznych, m.in. w Lublinie, Warszawie i Gdańsku, w wielu miastach przyjmują naprotechnologiczni instruktorzy i lekarze.



Tama dla naprotechnologii

Ministerstwo Zdrowia mogło zrezygnować z umieszczenia naprotechnologii w rządowym programie leczenia niepłodności z obawy, że z tego powodu dokument spotka los lokalnych programów leczenia naprotechnologią. Między 2014 a 2016 rokiem Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wystawiła trzy negatywne oceny programów leczenia niepłodności metodą naprotechnologii – w Częstochowie oraz w województwach podkarpackim i mazowieckim. Na ocenę czeka kolejny program przygotowany przez Białystok.

Choć przyczyny negatywnej oceny tych trzech programów były różne, w ocenie każdego z nich pojawia się zdanie, że skuteczność naprotechnologii nie została potwierdzona wiarygodnymi badaniami klinicznymi. Eksperci AOTMiT dotarli do jedynie dwóch badań, ale nie uznali ich wyników, ponieważ autorzy obu popełnili poważne błędy metodologiczne. Agencja uznała więc, że refundowanie naprotechnologii byłoby eksperymentowaniem na pacjentach za publiczne pieniądze.



PiS planuje diagnostykę i fantastyczne wyniki

Jeśli z programu zapobiegania niepłodności wyłączona zostanie mało wiarygodna naprotechnologia oraz nieakceptowalne z przyczyn ideologicznych in vitro – nie wiadomo, w jaki sposób program ma leczyć problemy z płodnością.

Koszty i wyniki programu rządu PO-PSL są już właściwie znane. Kosztował 247 milionów złotych, a przez trzy lata zakwalifikowanych zostało do niego prawie 18 tysięcy par. Do czerwca 2016 roku urodziło się 5285 „programowych” dzieci. Według szacunków „Oka” w ciągu kilku najbliższych miesięcy, gdy na świat przyjdą dzieci obecnie ciężarnych kobiet, liczba wzrośnie do co najmniej 7049.

Program PiS jest skromniejszy. Będzie kosztować 102 mln złotych, a skorzysta z niego osiem tysięcy par. Autorzy programu na lata 2016–20 nie oszacowali liczby dzieci, które się dzięki niemu urodzą – przewidują jednak, że w rezultacie wszystkich przewidzianych w nim działań występowanie bezpłodności w ciągu pięciu lat zmniejszy się o 10 procent. Byłby to zupełnie fantastyczny wynik – oznaczałby wyleczenie niepłodności lub zapobieżenie jej u 135–150 tys. par.

Ta liczba wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego – AOTMiT na ich podstawie oszacowała, że w Polsce żyje ok. 9 milionów kobiet w wieku rozrodczym. Problem niepłodności pojawia się w 15–20 procent tworzonych przez nie związków, a więc dotyczy 1,35–1,5 mln par. Dziesięcioprocentowy spadek oznacza, że rząd chce pomóc co najmniej 100 tysiącom par.

„Osiągnięcie założonego celu może być trudne” – napisał w opinii prezes AOTMiT, zwracając uwagę, że w obecnym kształcie program przewiduje tylko diagnostykę, która jest częścią terapii i nie może jej zastąpić.

Centralnym punktem programu jest bowiem powstanie przynajmniej 16 ośrodków koordynujących diagnostykę niepłodności, organizujących szkolenia i prowadzących edukację. Choć diagnostyka jest już refundowana przez NFZ to Agencja w opinii podkreśliła, że zaletą programu PiS jest „udzielanie świadczeń w sposób skoordynowany i kompleksowy”. W ramach programu sfinansowany zostanie również też zakup nowego sprzętu diagnostycznego w wybranych placówkach.


Abonament na wolność słowa

Dziennikarz, filozof. Od 2016 roku związany z OKO.press. Wcześniej pisał dla "Gazety Wyborczej". Za jeden z reportaży był nominowany do kilku nagród dziennikarskich. W OKO.press pisze o prawie.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym