Vučić nie zrezygnował, tylko ogłosił, że zrezygnuje. A to różnica. Poza tym to nie pierwszy raz, kiedy ogłosił rezygnację – tłumaczą analitycy serbskiej sceny politycznej. Bo w tym szaleństwie jest metoda.
Prezydent Serbii Aleksandar Vučić ogłosił na wiecu 27 czerwca (na zdjęciu), że zamierza zrezygnować z urzędu przed końcem kadencji. W roli prezydenta przemawiał po raz ostatni. Razem z wyborami prezydenckimi mają odbyć się również wybory parlamentarne. Kadencja prezydencka Vučicia miała skończyć się w połowie przyszłego roku.
„Nie zrezygnował, tylko ogłosił, że zrezygnuje. Termin »w następnych tygodniach« w naszej rzeczywistości możemy interpretować jako od dwóch do 35 tygodni. Poza tym to nie pierwszy raz, kiedy ogłosił rezygnację. Jednym z powodów jest utrzymanie politycznych oponentów w niepewności co do jego kolejnych ruchów” – mówi analityk Srđan Cvijić, prezes Belgradzkiego Centrum Polityki Bezpieczeństwa. – „Często mówi rzeczy bez pokrycia, żeby zająć przestrzeń medialną”.
Jaki może być plan Vučicia?
W Serbii oświadczenie Vučicia nie wywołało politycznego trzęsienia ziemi. Prezydent zapowiadał rezygnację już wcześniej – 27 stycznia. A większość wyborów w Serbii odbywa się przedterminowo:
„Według pracowni sondażowych ani kandydaci wywodzący się bezpośrednio z otoczenia Vučicia, ani niezależni kandydaci powiązani z rządzącą koalicją nie mają realnych szans na zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Kluczowym problemem obozu władzy jest więc brak silnego, wiarygodnego kandydata na prezydenta. Z tego powodu uważam, że Vučić przeprowadzi wybory parlamentarne i prezydenckie tego samego dnia. Taki scenariusz pozwoliłby mu stanąć na czele listy SNS jako kandydatowi na premiera i, podobnie jak w wyborach parlamentarnych, wykorzystać własną popularność do »przepchnięcia« słabszego kandydata w wyborach prezydenckich” — mówi Nemanja Todorović Štiplija, dyrektor wykonawczy Centrum Polityki Współczesnej w Belgradzie.
Według analityka nie wiadomo jeszcze, czy opozycja parlamentarna poprze kandydata ruchu studenckiego, który w ostatnich miesiącach wyrósł na najpoważniejszą siłę opozycyjną w Serbii. Studenci szukają kogoś bardzo znanego, kogoś, kto nie polaryzuje i jest w stanie zjednoczyć wszystkich wyborców.
Debata publiczna spekuluje na temat dwóch nazwisk:
Prywatnie studenccy aktywiści zaprzeczają, że te nazwiska są przedmiotem dyskusji.
Rządząca Serbią partia SNS jest jedną z największych partii w Europie — na 7-milionowy naród szacuje się, że do partii należy od 700 tys. do nawet 800 tys. osób. Nie oznacza to jednak, że każdy z legitymacją partyjną jest jej entuzjastą. Znalezienie dobrze płatnej pracy nie tylko w administracji, ale również w serbskich filiach międzynarodowych korporacji, jest praktycznie niemożliwe, jeśli nie jest się członkiem SNS.
Przed wyborami po mieszkaniach chodzi aktyw partyjny i agituje za oddaniem głosu na SNS. Jeden delegat może dostać listę 10 czy 20 osób, które mają mieszkania socjalne, otrzymują rentę, są pracownikami sektora publicznego lub pracują na państwowych kontraktach.
W dzień wyborów lokalni liderzy partyjni stoją przed lokalami wyborczymi. Proceder ten opisywany jest jako tzw. bułgarski pociąg:
Często wymaga się również zdjęć wypełnionej karty do głosowania od członków rodzin osób z listy. Brak dyscypliny głosowania skutkuje eksmisją z mieszkań socjalnych, odcięciem mediów, utratą kontraktu, przeniesieniem na gorsze stanowisko czy wstrzymaniem renty. Według raportu CRTA osoby zmuszane do głosowania nie zgłaszają tych problemów do prokuratury, ponieważ boją się natychmiastowego odwetu i fizycznych ataków ze strony lokalnych koordynatorów partyjnych.
Jak podkreśla raport Fundacji Kofiego Annana, prawdopodobieństwo wystąpienia tzw. agresji wyborczej w dniu najbliższych wyborów parlamentarnych w Serbii wynosi 89,6 proc. – wyższy wskaźnik w Europie ma jedynie Rosja. Organizacja zwraca uwagę na wysokie prawdopodobieństwo nacisków na pracowników sektora publicznego, kupowanie głosów, manipulacje listami wyborców oraz nierówny dostęp do mediów.
Po zawaleniu się zadaszenia na nowo wybudowanym dworcu w Nowym Sadzie 1 listopada 2024 r., w wyniku czego zginęło 15 osób, studenci ze wszystkich serbskich uniwersytetów wyszli na ulice, aby domagać się sprawiedliwości. Władza nie potrafiła rozliczyć odpowiedzialnych za zaniedbania przy budowie, więc początkowo zignorowała żądania tłumu. Mija już 20 miesięcy ciągłych protestów na ulicach, okupowania budynków uniwersytetów i mobilizacji społeczności do przeciwstawienia się władzy.
Studenci podejmują decyzje demokratycznie. Każdy zaangażowany w ruch posiada takie samo prawo głosu. Podczas plenum, po dyskusji, głosują nad wyrażeniem nowych żądań wobec władzy, ustaleniem wspólnych celów czy wydaniem oświadczenia prasie. Tak samo głosują, aby skonstruować listę, z którą pójdą do wyborów.
„Mimo że protesty trwają już 20 miesięcy, ruch studencki nie umarł i jest nadal silny. Miesiąc temu odbył się protest, który zgromadził 200 tys. osób. Zwyczajni mieszkańcy nie są znudzeni, ale zmęczeni tym, że protesty nic nie dają, że nic się nie zmienia” – mówi Nemanja Todorović Štiplija.
„Od początku studenci odcięli się od opozycji parlamentarnej. Ruch chciał reprezentować idee i nie chciał być widziany jako przybudówka żadnej partii politycznej. Sporządzili własną listę kandydatów. Był to długi i żmudny proces, który wciąż nie dobiegł końca, mam na myśli to, że wciąż istnieją możliwości weryfikacji niektórych osób czy dodania innych. Studenci oświadczyli, że nie będą startować w wyborach w koalicjach z opozycją, więc kontynuują swoje działania samodzielnie, podczas gdy opozycja — zarówno proeuropejska, jak i nacjonalistyczna, wykazała chęć startowania w wyborach samodzielnie” – mówi Srđan Cvijić.
„Na listach na pewno znajdzie się trochę prawicowych nazwisk. Po ich ogłoszeniu zacznie się kompromitowanie kandydatów przez media, będą im wyciągać stare wypowiedzi. [...] O kandydatach dowiemy się jak najpóźniej. Studenci nie będą chcieli odsłaniać swojej strategii” – mówi analityczka Marta Szpala. – „Nadal nie wiemy, kiedy Vučić zrezygnuje. Tak powiedział, ale o nowych wyborach parlamentarnych wspominał już wielokrotnie. Poza tym mówił już różne rzeczy”.
28 czerwca, w najważniejsze dla Serbów święto Vidovdan, w mieście Kraljevo, na proteście studentów, ze sceny przemawiała Jelena Pavlović. To posłanka niezrzeszona, która do parlamentu dostała się z listy skrajnie prawicowej partii My – Siła Narodu, partii, która, mimo że nazywa się opozycją, często głosuje ramię w ramię z SNS.
Lider partii, dr Branimir Nestorović, określa się jako eurosceptyk i powiela narracje, według których ludzie o niebieskich oczach pochodzą z Marsa i zostali przewiezieni na Ziemię przez kosmitów, bogaci ludzie nie chorują na raka, a Nikola Tesla skonstruował maszynę do teleportacji przedmiotów.
„To dla Vučicia najlepszy możliwy scenariusz, w którym może ogłosić, że opozycja to nacjonaliści i wariaci. Jeśli chociaż do części ruchu studenckiego można przykleić łatkę faszystów, Vučić to wykorzysta. Będzie przedstawiał się jako obrońca Serbii przed skrajnymi siłami” – mówi dziennikarz Ziemowit Szczerek.
Według raportu Reporterów Bez Granic Serbia zajmuje 104. miejsce w rankingu wolności prasy.
W Europie gorszy dostęp do informacji ma jedynie Białoruś oraz Rosja. Grupa United Media, która dotychczas posiadała niezależne i popularne stacje informacyjne N1 i Nova S oraz dziennik Danas, 29 maja została zakupiona przez fundusz Alpac Capital, właściciela stacji EuroNews. Jak wykazało śledztwo OCCRP, Alpac Capital jest zarządzany przez środowisko Viktora Orbána.
Znaczna większość mediów w Serbii jest związana z władzą. Dziennikarze piszący dla mediów niezależnych spotykają się z pozwami typu SLAPP. Wytaczają je politycy, biznesmeni związani z władzą, sędziowie czy policjanci. Rade Đurić z niezależnego stowarzyszenia dziennikarzy serbskich NUNS
zauważa przypadki, że dziennikarze rezygnują z pisania o tematach, przez które mogliby dostać pozew.
Zdaniem Marty Szpali, istnieje duże prawdopodobieństwo powstania prorządowych fantomowych „studenckich list 2.0”, których celem będzie wyłącznie zmylenie wyborców.
„Pytaniem nie jest, czy wybory się odbędą, lecz na jakich warunkach” – mówi Nemanja Todorović Štiplija. – "W poprzednich wyborach mieliśmy do czynienia z brakiem równego dostępu do informacji, naciskami na pracowników sektora publicznego oraz tzw. migracją wyborczą. Przewiduję, że w nadchodzących wyborach obóz SNS zwiększy liczbę mandatów, wprowadzając do parlamentu kolejne listy mniejszości narodowych sprzyjających władzy. Partie mniejszościowe nie podlegają progowi wyborczemu, dlatego relatywnie łatwo jest im zdobyć mandat. Dobrym przykładem są ostatnie wybory lokalne w Nišu, trzecim co do wielkości mieście w Serbii.
Tam partia reprezentująca mniejszość rosyjską zdobyła jeden mandat.
To właśnie ten głos okazał się decydujący przy budowaniu większości, a wybrany radny poparł SNS".
Według danych z 2025 r., w liczącym ponad 260 tys. mieszkańców mieście Niš mieszka 121 Rosjan.
Komentarze