09 kwietnia 2020

W 2019 PGE straciło na węglu 4 mld zł. A minister klimatu daje zielone światło dla kolejnej kopalni

Niemcy skarżą się na osiadanie gruntów i zanieczyszczenie powietrza, które jest powodowane przez nawiewanie pyłów z „Turowa”. Czesi martwią się o dostęp do wody pitnej – studnie po ich stornie granicy są coraz płytsze. A Polska? Polska robi swoje

Pomimo sprzeciwu Czechów i Niemców, minister klimatu Michał Kurtyka pod koniec marca 2020 podpisał koncesję dla kopalni odkrywkowej „Turów” na trójstyku granic. Polska Grupa Energetyczna starała się o pozwolenie na wydobycie węgla brunatnego z okolic Bogatyni (woj. dolnośląskie) aż do 2044 roku.

Na razie jednak minister Kurtyka wydał pozwolenie na wydobycie przez następnych sześć lat na zmniejszonym terenie. Decyzja szefa resortu wywołała sprzeciw przede wszystkim strony czeskiej, która zapowiada starania o pozew do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

„Zdrowie i życie Polek i Polaków w najbliższych miesiącach będzie w znacznym stopniu zależne od wsparcia Unii Europejskiej i jej państw członkowskich. Wydawanie w takim czasie koncesji na projekt, który w jawny sposób narusza europejskie prawo środowiskowe, jest sprzeczny z planami Unii dotyczącymi transformacji energetycznej i zagraża dobrostanowi naszych sąsiadów”

– mówi Paweł Pomian z wrocławskiego stowarzyszenia EKO-UNIA, które od początku sprzeciwiało się planom PGE.

Niedługo po wydaniu koncesji przez ministra Kurtykę, państwowa spółka opublikowała dane finansowe za 2019 rok. Okazuje się, że wynik netto to 4 miliardy złotych na minusie – głównie przez spadającą wartość węgla.

Czechom zabraknie wody?

Węgiel brunatny w Bogatyni wydobywa się od ponad wieku. Po II wojnie światowej kopalnia zyskała polską nazwę „Turów” i działa nieprzerwanie do dziś, dostarczając paliwo do działającej niedaleko elektrowni. W obu miejscach, należących do państwowej spółki PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna (GiEK), pracuje w sumie około 4 tysięcy osób.

Elektrownia „Turów” dostarcza prąd do ponad 2 milionów gospodarstw, a na ukończeniu jest nowy blok, który zwiększy tę liczbę o kolejny milion.

Obecna koncesja wydobywcza dla odkrywki miała wygasnąć w kwietniu. W ubiegłym roku PGE zaczęło starać się o jej przedłużenie.

Przeciwko tym planom protestowały sąsiednie kraje. Bogatynia leży zaraz przy trójstyku granic, w kilkanaście minut można dojechać stamtąd do Niemiec i do Czech. A to oznacza, że skutki środowiskowe działania kopalni można zauważyć nie tylko po polskiej stronie.

Niemcy skarżą się na osiadanie gruntów i zanieczyszczenie powietrza, które jest powodowane przez nawiewanie pyłów z „Turowa”.

Czesi martwią się o dostęp do wody pitnej – studnie po ich stornie granicy są coraz płytsze. A to dlatego, że pod odkrywkę trzeba osuszyć teren, a na przyległych obszarach powstaje tak zwany lej depresyjny, czyli obniżony poziom wody gruntowej.

13 tysięcy podpisów „przeciwko”

Aktywiści sprzeciwiający się wydobyciu węgla brunatnego w Bogatyni wyliczają, że aż 30 tys. mieszkańców przygranicznego Kraju Libereckiego mogłoby stracić dostęp do wody przez działalność i powiększanie odkrywki.

Mieszkańcy narzekają również na hałas z maszyn pracujących w „Turowie”. Fundacja „Rozwój Tak-Odkrywki Nie” (RT-ON) wylicza, że elektrownia z Bogatyni w 2017 roku przyczyniła się do 120 przedwczesnych zgonów. 80 z nich miało miejsce w Czechach i Niemczech.

Przeciwko przedłużeniu koncesji opowiedziało się aż 13 tysięcy osób, które podpisały się pod petycją do Parlamentu Europejskiego. Apel do władz Unii Europejskiej został wysłany na początku marca, czyli zaledwie dwa tygodnie przed zatwierdzeniem sześcioletniej koncesji przez ministra Michała Kurtykę.

„Obecnie toczy się także przeciw Polsce postępowanie UE Pilot (Postępowanie w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego), zaś grupa wpływowych europarlamentarzystów jeszcze w połowie lutego wysłała do Komisarza UE ds. środowiska list wyrażający zaniepokojenie zachowaniem polskich władz” – informują „RT-ON” i EKO-UNIA.

Krótsza koncesja i miliardowe straty

Podpis szefa resortu był ostatnią rzeczą, jakiej PGE potrzebowało, żeby dalej móc prowadzić prace w „Turowie”. Choć koncesja będzie obowiązywać o 18 lat krócej niż w pierwotnym planie, spółka już zapowiada dalsze starania o pozwolenie na wydobycie węgla.

„PGE GiEK równolegle prowadzi działania zmierzające do uzyskania koncesji pozwalającej zapewnić dostawy surowca do produkcji energii elektrycznej w Elektrowni Turów na kolejne 25 lat, czyli do momentu wyczerpania złoża i zakończenia eksploatacji turoszowskiej elektrowni” – czytamy w oficjalnym oświadczeniu z 24 marca.

Spółka w swoim komunikacie podkreśla, że „kontynuacja wydobycia oznacza w praktyce zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego” i że eksploatacja złóż na tym terenie ma ponad stuletnią tradycję. Zdaniem przedstawicieli PGE „konsultacje ze społeczeństwem czeskim i niemieckim przeprowadzono z pełną transparentnością”.

Nieco ponad tydzień później, 31 marca, spółka wydała inne oświadczenie. Czytamy w nim, że „wynik netto [za 2019 rok – od aut.] Grupy Kapitałowej z uwzględnieniem odpisów wyniósł -3,9 mld zł”. Odpisy dotyczyły głównie tracących na wartości kompleksów węglowych w Bełchatowie i Turowie i obniżyły wynik netto spółki o 5,8 mld zł.

Co więcej, PGE przyznaje, że produkcja energii elektrycznej spadła w 2019 w sumie o 12 procent. O 17 proc. zmniejszyła się produkcja elektryczności z węgla brunatnego. Z kamiennego – o 11 procent. Jako powody podano większy import energii i działanie farm wiatrowych. W swoim sprawozdaniu PGE nie ujęła planowanej odkrywki Gubin (woj. lubuskie), co jest ostatecznym dowodem na upadek tego projektu.

„Coraz mniejsza opłacalność węgla skazała na zagładę Gubin. To dla PGE dzwonek alarmowy” – komentuje Kuba Gogolewski z RT-ON. „Powinna przestać kurczowo trzymać się marzeń o eksploatacji odkrywek w Złoczewie i Turowie. W ubiegłym roku PGE wytworzyła ponad 50 TWh energii elektrycznej, spalając nieekonomiczny węgiel, a jedynie 2,29 TWh ze źródeł odnawialnych, które są obarczone mniejszym ryzykiem i zapewniają wyższą rentowność. Jeśli PGE się nie obudzi, to polscy pracownicy i podatnicy zapłacą wysoką cenę za ich porażkę” - zaznacza.

Turów będzie, ale na mniejszym terenie

Przynajmniej na razie „Turów” nie będzie działał na tak dużym terenie, o jaki wnioskowała spółka. Kopalnia finalnie miała zajmować teren o wielkości 3400 hektarów i kończyć się zaledwie 100 metrów od czeskiej granicy.

Rzeczniczka Sandra Apanasionek tłumaczyła na początku 2020 roku w przesłanym do OKO.press oświadczeniu, że plany powiększenia odkrywki powstały już 25 lat temu.

„Strona czeska od 1994 roku ma wiedzę, że na terenie przygranicznym będą prowadzone prace górnicze” – twierdziła przedstawicielka spółki. Władze Kraju Libereckiego w rozmowach z mediami odpierały, że o takich planach nie wiedziały – aż do momentu, kiedy PGE zaczęło się starać o przedłużenie koncesji.

W najnowszym oświadczeniu Sandra Apanasionek informuje jednak, że „kopalnia w Turowie będzie prowadziła swoją działalność górniczą na zmniejszonym o ponad połowę obszarze górniczym w stosunku do obszaru określonego w koncesji z 27 kwietnia 1994 r.”.

Pozew do Trybunału Sprawiedliwości

„Całkowicie niedopuszczalne jest, aby zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego Polski uprawniało polskie władze do bezprecedensowego ignorowania interesów obywateli Republiki Czeskiej, naruszania ustawodawstwa krajowego i ogólnoeuropejskiego oraz do deptania dobrych relacji, które PGE wielokrotnie i publicznie podkreślało jako jeden z ich najważniejszych priorytetów” – komentuje Michael Martin, mieszkaniec przygranicznej wsi Vaclavice.

Z kolei działacze czeskiego Greenpeace’u nazywają sprawę „skandalem” i podkreślają, że polska strona w pewnym momencie zaczęła ignorować zdanie sąsiadów. Zapowiadają, że będą starać się, aby czeski rząd pozwał Polskę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

„Działanie Ministerstwa Klimatu jest w naszej opinii egoistyczne i krótkowzroczne”

- komentuje Paweł Pomian z EKO-UNII.

„Dla interesu jednej spółki i kopalni ryzykuje dobre dotąd stosunki z sąsiadami w czasach, w których solidarność jest szczególnie potrzebna. Świadczy to albo o błędnej i niczym nieuzasadnionej kalkulacji politycznej, albo całkowitym braku świadomości długoterminowych konsekwencji tej decyzji” – dodaje.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne