0:00
0:00

0:00

W sobotnie południe zaplanowano w Cieszynie na polsko-czeskiej granicy spacer w proteście przeciwko decyzji rządu, która uniemożliwia pracownikom transgranicznym chodzenie do pracy. Spacer zamienił się w normalny protest. Po polskiej stronie, w szczytowym momencie, wzięło w nim udział nawet tysiąc osób. Po czeskiej stronie, na drugim brzegu rzeki Olzy, protestowało dodatkowych kilkadziesiąt osób.

Tłum zgromadzony przed Mostem Przyjaźni przeszedł wzdłuż rzeki do Mostu Wolności. Protestujący mieli ze sobą czerwone kartki, które pokazywali rządowi PiS.

Nieśli ze sobą transparenty „Chcemy do pracy” i „Pozwólcie nam jechać do pracy i wrócić do domu”. Wznoszono okrzyki: „precz z Kaczorem dyktatorem”, „precz z dyktaturą”, chcemy pracować, nie głodować”, a także „jeden Cieszyn, nie ma granic”.

Na czele protestu jechał samochód, na którym napisano „Odblokować granicę”. Organizatorzy protestu (nieoficjalni, bowiem wydarzenia nie zgłoszono) przez megafon instruowali protestujących. Wszyscy uczestnicy „spaceru” mieli maseczki, ale zachowanie zasady dwumetrowej odległości w takiej grupie w wielu przypadkach było fikcją.

Tłum szedł ulicą, poważnie utrudniając ruch samochodów, w tym policyjnego. Policjanci jednak nie reagowali. Ograniczyli się jedynie do apeli o rozejście się, które były nadawane przez głośniki.

Zostali pozbawieni środków do życia

To był jeden z największych protestów, które w piątek i w sobotę odbyły się na polsko-niemieckiej i polsko-czeskiej granicy. Pracownicy transgraniczni żądają od rządu zniesienia kwarantanny, umożliwienia przekazywania towarów przez granicę bez jej przekroczenia i wskazania konkretnej daty planowanego otwarcia granicy. Szacuje się, że w Polsce jest 170 tys. pracowników transgranicznych.

Najpierw Polacy zdecydowali o zamknięciu granicy, ale pracownicy transgraniczni, czyli osoby, które mieszkają w Polsce, a pracują np. w Czechach czy w Niemczech na podstawie odpowiednich dokumentów mogli regularnie przekraczać granicę w drodze do i ze swojej pracy. Jednak od 27 marca takie rozwiązanie jest niemożliwe, bowiem każdy powrót do Polski, nawet pracownika transgranicznego, zmusza go do poddania się 14-dniowej kwarantannie. W ten sposób rząd całkowicie uniemożliwił wielu mieszkańcom terenów przygranicznych pracę za granicą.

Przeczytaj także:

Część polskich pracowników zdecydowała się zostać w Czechach, gdzie często muszą ponosić dodatkowe koszty wynajmu, bowiem ich rodzinne domy mieszczą się kilkanaście kilometrów od granicy po polskiej stronie. Niektórzy skorzystali z urlopów wypoczynkowych, ale te kiedyś się skończą. Zdarzają się przypadki, że polscy pracownicy, którzy nie mogli normalnie udać się do pracy, zostali zwolnieni. Niektóre czeskie agencje pracy wykorzystały to jako pretekst do zmniejszenia zatrudnienia.

Jest też grupa Polaków – co krytykują np. czeskie media – którzy wzięli fikcyjne zwolnienia lekarskie. Na początku kwietnia Polacy pracujący w Czechach napisali petycję do Mateusza Morawieckiego, w której domagają się otwarcia dla nich granicy. Zaznaczają, że decyzją premiera zostali pozbawieni środków do życia, a po tym jak nie stawili się w pracy, czescy pracodawcy wypowiedzieli im umowy. Petycję do dziś podpisało ponad 7 tys. osób.

Morawiecki: Trzymamy się przepisów

Rząd przez prawie trzy tygodnie ignorował protest pracowników transgranicznych. Dopiero w tym tygodniu premier Mateusz Morawiecki odniósł się do niego, odpowiadając na pytania Polaków na Facebooku.

„Są setki tysięcy mieszkańców powiatów przygranicznych, którzy bardzo obawiają się tych osób jeżdżących do Niemiec czy Republiki Czeskiej. Tam poziom zakażeń na 100 tysięcy mieszkańców jest znacząco wyższy niż w Polsce. W Czechach jest to 2,5 raza więcej, w Niemczech jest to 6-7 razy więcej. Chcemy uniknąć podnoszenia ryzyka zakażeń. Stąd wniesiony przepis, by odbywać kwarantannę. (…) Tego przepisu się trzymamy” - powiedział.

Obiecał przyjrzeć się temu problemowi, ale nie podał żadnych szczegółów. To rozsierdziło pracowników transgranicznych, którzy postanowili wyjść na ulicę. Premier Morawiecki przekonywał także, że o wprowadzenie zakazu pracy za granicą apelowali do niego samorządowcy. Ciężko zidentyfikować jacy. Z pewnością nie są to samorządowcy z Cieszyna. Starosta cieszyński Mieczysław Szczurek apelował do władz w Warszawie oraz do wojewody śląskiego o jak najszybsze otwarcie granic dla pracowników transgranicznych.

"Gorąco proszę i apeluję do władz w Warszawie, żeby zrozumiały trudną sytuację pracowników transgranicznych zamieszkujących na terenie naszego powiatu.

Ważne jest, aby zdać sobie sprawę z tego, że licząc wraz z rodzinami, około 30 proc. mieszkańców naszego powiatu jest w znacznym stopniu uzależnionych ekonomicznie od źródła zarobkowania w Republice Czeskiej" – mówi Mieczysław Szczurek.

W podobnym duchu wypowiada się burmistrzyni Cieszyna Gabriela Staszkiewicz, która była obecna na sobotnim proteście. „Dla nas nad Olzą kwestia otwarcia granicy dla ruchu pracowniczego jest priorytetowa. To prawo naszych mieszkańców do pracy zawodowej, namiastka stabilności w tym trudnym czasie dla tysięcy rodzin” – uważa Staszkiewicz.

Problem pracowników transgranicznych stał się przedmiotem kampanii wyborczej. W swoim wystąpieniu na Facebooku odniósł się do niego Szymon Hołownia. „Nie wiem, kiedy Wam otworzą te granice, to jest podstawowe pytanie, jakie powinno paść: w jakim horyzoncie planujemy otwarcie granic i wtedy będziemy spokojnie na to czekać. (…) Wtedy pracodawca wie i pracownik wie” – powiedział.

I skrytykował rząd PiS jako ludzi bez wyobraźni, odklejonych od rzeczywistości:

„Nie zdają sobie sprawy, co dziś znaczy cierpienie człowieka, który wstaje rano i nie wie, co będzie dzisiaj, jutro, pojutrze, jak mu się ułoży jego życie. Kiedy on naprawdę nie wie, na czym stoi. Oni zamiast rozwiązywać ten problem czytelną mapą drogową, pogłębiają go swoją indolencją, chaosem i łataniną”.

Inny kandydat na prezydenta Krzysztof Bosak w tym tygodniu osobiście pojawił się w Cieszynie i zorganizował konferencję prasową. Stwierdził, że jako osobie, która pochodzi z Zielonej Góry, czyli z pogranicza polsko-niemieckiego, sprawa pracowników transgranicznych szczególnie leży mu na sercu. „Od samego początku wskazywaliśmy, że obostrzenia związane z epidemią są przygotowane chaotycznie i wprowadzane w sposób nieprzemyślany. Konsekwencje gospodarcze i społeczne mogą niestety być poważniejsze niż te konsekwencje, które dziś mamy związane z samą epidemią” – przekonywał.

Polscy pracownicy na cenzurowanym

Problem polskich pracowników transgranicznych odbija się także na wizerunku Polaków w czeskich mediach. Polacy nie są już wyłącznie szalonymi kierowcami, którzy niosą śmierć na czeskich drogach, producentami żywności niskiej jakości, ewentualnie krajem umierającej demokracji, ale także narodem kombinatorów wykorzystujących koronawirusa do oszukiwania swoich czeskich pracodawców.

Portal Novinky.cz opublikował tekst zatytułowany „Polscy pracownicy transgraniczni chorują w domu za czeskie pieniądze”. Autor zauważa, że większość polskich pracowników pracujących w Czechach, którzy uciekli do Polski przed kwarantanną, przebywa obecnie na zwolnieniach lekarskich. Te przez pierwsze 14 dni opłacają zatrudniające ich firmy, a po tym czasie – ČSSZ, czyli czeski ZUS. A w warunkach zamkniętych granic czescy urzędnicy nie mają możliwości sprawdzenia, czy warunki zwolnienia lekarskiego są przestrzegane.

Czeskie media zwracają uwagę, że Polacy mieli do wyboru drugą opcję – usprawiedliwioną nieobecność w pracy z winy pracodawcy, kiedy to przysługuje im co najmniej 60 proc. wypłaty brutto. Czyli tyle samo, co na zwolnieniu lekarskim. Zwolnienie uznali jednak za pewniejsze rozwiązanie, w tym wypadku bowiem – jak twierdzą czescy pracodawcy – nieobecność nie następuje z winy pracodawcy. A kwarantanna ogłoszona przez polską stronę przez wiele czeskich firm została uznana za niewystarczający powód, by płacić zatrudnionym Polakom.

„Powiedzieliśmy im, jak sprawy wyglądają, a oni wybrali zwolnienia lekarskie. Przerwa w pracy nie nastąpiła więc z winy pracodawcy, lecz z winy Polski. Zaproponowaliśmy im pracę, a oni odmówili”

– komentuje dla Novinky.cz Jiří Hlavatý, dyrektor i właściciel firmy JUTA zajmującej się produkcją materiałów tekstylnych.

Odejście z pracy polskich pracowników, jak podkreśla czeski portal, oznacza ogromne obciążenie dla pracodawców. W firmie JUTA, która gwarantowała pracownikom bezpłatne zakwaterowanie, z dnia na dzień produkcja spadła o 70 proc. Równocześnie, wybierając natychmiastowy wyjazd i zwolnienie lekarskie, Polacy uniemożliwili swoim pracodawcom ubieganie się o zasiłek od państwa.

„Gdyby wrócili do Polski w czasie, gdy obowiązywała ich już kwarantanna, JUTA dotowałaby ich pobyt na kwarantannie w Polsce i mogłaby dostać na to wsparcie od państwa” – dodaje kierowniczka działu kadr, Soňa Darvašová. W sprawie czeskich publikacji do premiera Mateusza Morawieckiego list napisała pracująca w Czechach Ksenia Raszka:

„Proszę w imieniu swoim jak i innych obywateli Polski pracujących za granicami naszego Państwa o zniesienie kwarantanny dla pracowników transgranicznych oraz uczniów uczących się za granicami, w celu normalnego, codziennego funkcjonowania. Przecież nie mają obowiązku kwarantanny: kierowcy tirów, busów, służby zdrowia, policji, straży pożarnej, a przecież oni mają styczność z ogromem ludzi” – pisze w Raszka.

Zwraca też uwagę, że „w czeskiej prasie hejtują pracowników z Polski, że jesteśmy leniami, nie chce się nam pracować pomimo iż zapewniają nam tymczasowe lokum”. „Wiem, że w Czechach (bo tam jestem zatrudniona) ilość dobowych zarażeń jest coraz mniejsza. Restrykcje dotyczące noszenia maseczek i ciągłego mierzenia temperatury były zainicjowane dużo wcześniej, niż w naszym kraju. Pozwólcie nam (pracownikom transgranicznym) normalnie funkcjonować! Chcemy normalnie żyć!” – apeluje Ksenia Raszka.

;
Łukasz Grzesiczak

Dziennikarz, publicysta. Nakładem Wydawnictwa Poznańskiego ukazała się jego książka „Słowacja. Apacze, kosmos i haluszki”

Komentarze