0:00
Prawa autorskie: Tomasz ChmielewskiTomasz Chmielewski
03 marca 2020

W mazowieckim chcą zabić bez sensu 1500 bobrów. Ale nie ma chętnych do polowania na nie

Prawie 1500 bobrów ma zginąć w wyniku decyzji Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Warszawie. Powód? Ograniczenie szkód. "Odstrzał bobrów ma sens w bardzo nielicznych przypadkach. Jako ogólna strategia ograniczania konfliktów z tymi zwierzętami sensu nie ma" - mówi OKO.press dr Andrzej Czech, specjalista od ograniczania szkód od bobrów

Wydrukuj

1465 osobników w ciągu 3 lat - tyle bobrów mogą zabić myśliwi w województwie mazowieckim. Decyzja Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (RDOŚ) w Warszawie weszła w życie 6 stycznia 2020 roku. "Jest to liczba znacznie niższa niż średni roczny przyrost naturalny populacji bobra" - poinformowała OKO.press Agata Antonowicz, rzeczniczka instytucji. Przekonuje, że taka wysokość odstrzału nie zagrozi bobrom w Polsce jako gatunkowi.

Według danych GUS, w samym mazowieckim żyje ich ok. 16,6 tys. Zdaniem RDOŚ, "w wielu rejonach" województwa doszło do "przegęszczenia populacji", w efekcie "często dochodzi do podtapiania gruntów, niszczenia płodów i upraw rolnych, sadów, grobli stawowych, ale także urządzeń hydrotechnicznych, obwałowań, dróg i nasypów kolejowych oraz mostów, co stwarza zagrożenie".

Rzeczniczka dodała, że sumaryczna wielkość odszkodowań za szkody od mazowieckich bobrów wypłaconych przez w latach 2008-2019 przez RDOŚ w Warszawie wyniosła ponad 48 mln zł. Odstrzał jest więc konieczny, by te szkody ograniczyć.

"Ta decyzja jest bezsensowna, ponieważ odstrzał bobrów na masową skalę jest nieskuteczny jako narzędzie ograniczania konfliktów z tym gatunkiem"

- mówi OKO.press dr Andrzej Czech, specjalista od ograniczania szkód od bobrów, autor licznych publikacji o tym gatunku i strategii jego ochrony.

Odstrzał to nie rozwiązanie

"Odstrzał bobrów ma sens w bardzo nielicznych przypadkach, np. gdy bobrza rodzina zasiedliła jakieś izolowane miejsce, np. oczyszczalnię ścieków albo otoczony opieką konserwatorską zabytkowy park" - wyjaśnia dr Czech. Jeśli zwierząt nie można odłowić i przesiedlić w inne miejsce, wtedy można zdecydować się na ich zabicie.

"Trzeba jednak pamiętać, że to jest półśrodek - bo skoro bobry, a są to zwierzęta terytorialne, raz zasiedliły jakieś miejsce, to inne najpewniej w niedługim czasie zrobią to po raz kolejny" - mówi OKO.press ekspert.

Natomiast odstrzał nie ma żadnego sensu jako ogólna strategia ograniczania konfliktów z tymi zwierzętami.

"Musielibyśmy odstrzelić 80-90 proc. populacji tego gatunku w Polsce, by to zadziałało" - mówi dr Czech. A to niewskazane z punktu widzenia ochrony gatunku, bo zubożyłoby ich pulę genetyczną. I niemożliwe z czysto technicznego punktu widzenia.

"Żeby osiągnąć efekt w postaci znaczącego ograniczenia szkód w danym miejscu, trzeba by zabić całą rodzinę bobrów, a to zwykle się nie udaje. I nawet jeśli uśmierci się wszystkie zwierzęta w danym miejscu, to i tak - jak już mówiłem - najpóźniej za rok pojawią się w tym samym miejscu kolejne i problem pojawi się znowu" - wyjaśnia ekspert.

Amatorów strzelania jest niewielu

Myśliwi nie bardzo garną się do zabijania bobrów. "Część z nich po prostu jest przeciwna strzelaniu do bobrów" - mówi dr Czech.

O trudnościach łowów na bobry mówił w wywiadzie dla "Portalu Spożywczego" myśliwy Hubert Miszczuk, którego firma Bobry.eu specjalizuje się w profesjonalnym odstrzale tych zwierząt. Podkreślał, że wymagają one specyficznych umiejętności: "trwania w bezruchu często przez kilka, kilkanaście godzin, często w wodzie, na bagnach czy rozlewiskach w czasie zimowych nocy".

A na dodatek wiążą się ze sporymi nakładami finansowymi, bo koszt wyposażenia dwuosobowego zespołu łowców w odpowiedni sprzęt to nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Wydaje się, że entuzjazmu myśliwych nie obudziłoby nawet wprowadzenie bobrów na listę zwierząt łownych (obecnie są częściowo chronione - stąd potrzeba zgody RDOŚ na ich zabijanie).

"Problemem [...] jest brak umiejętności i tradycji polowania na te zwierzęta wśród polskich myśliwych. Kolejną przeszkodą jest mała atrakcyjność bobra jako zwierzyny łownej oraz brak popytu na futra bobrowe. Bobrzyna nie cieszy się popularnością jako mięso w kuchni myśliwskiej" - mówił "Światowi Rolnika" Piotr Szalaty, rzecznik prasowy Polskiego Związku Łowieckiego.

Na to, że myśliwi nie palą się do odstrzału bobrów skarżył się w czerwcu 2019 roku minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski.

Pół-żartem spekulował, że mogłoby ich do tego zachęcić powtórne odkrycie tego, że "płetwa bobra" ma właściwości afrodyzjaku. Tyle że bóbr nie ma płetwy tylko ogon, a wzmocnienie potencji, jakie rzekomo gwarantują wydzieliny jego gruczołów podogonowych (tzw. kastoreum), to mit.

W tym kontekście warto wspomnieć, że obecna zgoda na odstrzał bobrów - jak poinformowała nas warszawska RDOŚ - jest kontynuacją zarządzeń z 26 października 2016 roku. Te zezwalały na odstrzał 2141 osobników, również przez okres trzech lat.

Z tej liczby faktycznie uśmiercono 274 zwierzęta, a więc niecałe 13 proc.

Jeśli nie odstrzał, to co?

OKO.press zapytało RDOŚ, czy rozważano jakieś inne rozwiązanie niż odstrzał. Dowiedzieliśmy się, że w latach 2013-2018 w woj. mazowieckim ogrodzono przed bobrami 45 gospodarstw, w których odnotowano szkody. W tamy bobrowe wstawiano też rury, by ograniczyć zalewanie łąk i upraw. Za zgodą RDOŚ niszczono również tamy, chwytano bobry i przenoszono je w inne miejsca.

"Jednak te wszystkie działania nie zatrzymały tendencji wzrostu populacji bobra w naszym województwie, a w rezultacie doszło do przegęszczenia populacji, wzrostu liczby szkód" - napisała rzeczniczka prasowa.

Zdaniem dr. Czecha odłowy bobrów to metoda nieskuteczna w podobnym sensie, jak odstrzał. "Nawet jeśli uda nam się odłowić całą rodzinę - co zwykle się nie udaje - to i tak za jakiś czas pojawią się nowe zwierzęta" - mówi dr Czech.

Jeśli chodzi o niszczenie tam, to również jest to długofalowo przeciwskuteczne, bo bobry szybko je odbudowują, nawet w tym samym miejscu. Jest to również kosztowne.

"Radzenie sobie z bobrami wymaga bardzo kompleksowego działania" - mówi dr Czech. Kluczowe jest ustalenie zasadności i uciążliwości konkretnych zgłoszeń o szkodach podczas wizji terenowej. Jeśli problem jest rzeczywisty i nieakceptowalny dla właściciela danego terenu, to - w zależności od rodzaju szkody - należałoby zabezpieczyć obszar przed przekształceniem przez bobry, np. ogrodzić sad czy drzewa siatką, wkopać siatkę w groblę przeciwpowodziową.

"Trzeba pamiętać, że każdy tego rodzaju przypadek jest indywidualny, dlatego odgórne ustalenie limitu odstrzału 1500 osobników długofalowo nie rozwiązuje problemu" - przekonuje ekspert.

Niedoceniane pożytki z bobrów

Zdaniem dr. Czecha byłoby idealnie, gdyby udało się wprowadzić rozwiązanie polegające na wypłacaniu gratyfikacji dla tych, którzy nie zdecydują się na likwidację "bobrzego problemu", ale zgodzą się na bytność tych zwierząt na swoim terenie.

"Takie finansowe narzędzie z pewnością osłabiałoby temperaturę konfliktów, ale też sprzyjało retencjonowaniu wody w środowisku, co z kolei długofalowo przeciwdziałałoby suszy, z którą Polska ma coraz większy problem" - mówi dr Czech.

Byłoby to również korzystne z punktu widzenia tzw. usług ekosystemowych, które zapewniają bobry, np. wiązania dwutlenku węgla czy zwiększania różnorodności gatunkowej. "Ale to już - zaznacza ekspert - wymagałoby stworzenia systemowych rozwiązań prawnych".

Na to, że administracja państwowa jest bardziej zainteresowana sprawą strat niż korzyści z obecności bobrów zwracał niedawno uwagę publicysta przyrodniczy Adam Wajrak. "Najważniejsze i co bardzo oczywiste: budując tamy zatrzymują wodę. Nigdy żadne państwowe służby nie próbowały ocenić jak to wygląda w skali kraju. [...]

Bobry wykonują pracę, za którą musielibyśmy płacić olbrzymie sumy, gdyby mieli to zrobić ludzie i śmiem twierdzić, że na przykład mała retencja w ich wykonaniu działa lepiej, niż ta zrobiona przez ludzi" - pisał.

Tak jak dr Czech zaproponował, że może warto płacić tym, którzy mają szkody od bobrów, by utrzymywali ich siedliska na swoim terenie. "Jestem pewien, że takie podejście natychmiast zmieniłoby obraz tego gatunku i skorzystalibyśmy na nim wszyscy, i ludzie, i bobry" - dodał.

Zieloni i "Nasz Bóbr" protestują

Decyzja RDOŚ wywołała sprzeciw części mieszkańców regionu. Petycję o anulowanie decyzji o ostrzale do szefa warszawskiej regionalnej dyrekcji Arkadiusza Siembidy wystosowało Stowarzyszenie "Nasz Bóbr". Do chwili obecnej podpisało ją ponad 18 tys. osób (jest dostępna tutaj).

W sprawie odstrzału bobrów z dyrektorem Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (GDOŚ) Andrzejem Szwedą-Lewandowskim spotkali się 31 stycznia 2020 przedstawiciele Zielonych. Partia również przygotowała swoją petycję.

"Dyrektor przyznał, że należy szukać innych rozwiązań. Poparł pomysł, żeby testowo na terenie jednej z Regionalnych Dyrekcji Ochrony Środowiska sprawdzić inne metody. Jeżeli okażą się skuteczne, być może to one będą stosowane zamiast odstrzału" - mówiła warszawskiej "Wyborczej" posłanka Urszula Zielińska.

Wygląda na to, że GDOŚ zmodyfikował swoją propozycję.

"Według naszych informacji, bo oficjalne pismo jeszcze do nas nie dotarło, dyrektor Andrzej Szweda-Lewandowski zarekomenduje regionalnym dyrekcjom ochrony środowiska, by testowały takie metody ograniczania szkód od bobrów, które nie zakładają zabijania tych zwierząt" - mówi OKO.press Zielińska.

"Będę mogła podać więcej szczegółów, gdy otrzymamy już urzędową korespondencję" - dodaje polityczka.

Udostępnij:

Robert Jurszo

Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne