18 kwietnia 2020

Walka o testy dla medyków i diabelska alternatywa ogłoszona przez rząd: „Albo pacjenci, albo personel"

Sejm odrzucił poprawkę Senatu, by raz na tydzień testować na SARS-CoV-2 cały personel opieki zdrowotnej. Zdaniem ekspertów, z którymi rozmawiamy, pomysł był nierealny, ale tłumaczenie Ministerstwa Zdrowia, że w ten sposób zabrałoby się testy innym potrzebującym jest demagogiczne. Zadaniem resortu jest sprawić, by służby medyczne przestały się zarażać

Podczas głosowania nad tzw. tarczą 2.0 w nocy z czwartku na piątek (z 16 na 17 kwietnia 2020) Sejm odrzucił poprawkę Senatu, by testować profilaktycznie co tydzień cały personel ochrony zdrowia. Opozycja jest oburzona, podobnie jak przeciwnicy PiS w mediach społecznościowych. Według ostatnich danych Głównego Inspektora Sanitarnego aż 17 proc. zakażonych to pracownicy służby zdrowia. Dla porównania – w Niemczech, które mają 16 razy więcej przypadków SARS-CoV-2, zakażony personel stanowi zaledwie 6 proc. wszystkich przypadków.

To wynik zaniedbań z pierwszych tygodni walki z koronawirusem. Brakowało odzieży ochronnej, a także procedur, żeby uchronić od zakażenia pracowników szpitali innych niż zakaźne: podziału szpitala na strefę „czystą" i „brudną" oraz izolatoriów dla pacjentów z podejrzeniem COVID-19. To także wynik niedostatecznych wskazań do testowania personelu medycznego.

Ministerstwo: raz w tygodniu to za dużo

„Odrzucono coś symbolicznego: testy dla wszystkich pracowników służby zdrowia. Odrzucono głosami PiS i to był prawdziwy test na to, czy ktoś chce walczyć z koronawirusem, chce odmrozić polską gospodarkę, chce dbać o bezpieczeństwo tych, którzy na co dzień są na pierwszej linii" - mówił szef Platformy Obywatelskiej Borys Budka.

Według poprawki Senatu personel podmiotów leczniczych, stacji sanitarno-epidemiologicznych, aptek i ratownicy medyczni byliby obowiązkowo poddawani badaniu na obecność koronawirusa raz w tygodniu. Badania miały być finansowane z budżetu państwa. Już drugi raz opozycja próbowała przegłosować masowe testy dla personelu – 31 marca Sejm odrzucił taką poprawkę Senatu do ustaw zdrowotnych.

Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia, w „Poranku" TOK FM tak tłumaczył decyzję sejmowej większości: „Jeżeli nagle zaczniemy teraz wykonywać 500 tys. testów, to 98 proc. z nich będzie negatywnych. Jeśli chodzi o pracowników ochrony zdrowia, działamy zgodnie z wytycznymi WHO, badamy ich.

Nie możemy nagle zacząć badać ich raz w tygodniu. Ograniczamy wtedy dostęp do testów dla osób z objawami".

Według statystyk Naczelnej Izby Lekarskiej, w Polsce w sierpniu 2019 było 140 344 osób posiadających uprawnienia do wykonywania zawodu lekarza oraz 37 922 osób z uprawnieniami do wykonywania zawodu lekarza dentysty - łącznie ponad 178 tysięcy lekarzy. Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych informowała, że w 2019 roku czynnych pielęgniarek i położnych było 260 tys. Razem to 438 tys. Jeśli dodamy do tego ratowników, aptekarzy i pracowników Sanepidu, liczba osób, które trzeba by było testować co tydzień, wyniosłaby nawet powyżej 500 tys.

Opozycja zrobiła więc wrzutkę, o której wiedziała, że nie zostanie przegłosowana. Z drugiej strony wypowiedź rzecznika Andrusiewicza jest formalnie zgodna z prawdą, ale jednak zaskakująca w tym sensie, że przedstawiciel rządu przeciwstawia personel medyczny pacjentom.

Władze powinny zrobić wszystko, żeby testów starczyło i dla jednych, i dla drugich. I tłumaczyć się z tego, że niedostatecznie sprawdzają zakażenia służb medycznych oraz szukać sposobu, by to poprawić, szczególnie tam, gdzie ryzyko zakażenia jest szczególnie duże.

Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że obecnie przepustowość polskich laboratoriów to 20 tys. testów dziennie, czyli 140 tys. testów tygodniowo, a i tak nie wyrabiają tego limitu: w sobotę 18 kwietnia poinformowano o rekordowym wyniku - ale to wciąż tylko 13,3 tys. wykonanych testów. Jesteśmy w ogonie Unii Europejskiej – robimy 5 098 testów na milion mieszkańców, mniej wykonują tylko Bułgaria, Węgry i Rumunia. Ilustruje to wykres z danymi z piątku 17 kwietnia.

Eksperci: system by tego nie wytrzymał, ale można zawęzić kryteria

Wśród ekspertów opinie na temat profilaktycznego testowania są podzielone.

Prof. Krystian Jażdżewski z laboratorium Warsaw Genomics, które na wielka skalę wykonuje testy na koronawirusa, mówi OKO.press, że zadania regularnego testowania całego personelu służby zdrowia „nie udźwignie ani Polska, ani Niemcy, czy Stany Zjednoczone".

Dr Paweł Grzesiowski, immunolog i ekspert w dziedzinie profilaktyki zakażeń, w ogóle nie widzi sensu w badaniach przesiewowych: „Ci ludzie będą testowani raz na tydzień, a potem kilka dni oczekiwania na wynik, i potem kolejny test - a między tymi badaniami nie mogą się zakazić? To nie jest tak, że zakażamy się raz na tydzień, okres wylęgania wynosi średnio 5 dni, a zaraża się dobę przed wystąpieniem objawów, a więc można się zakazić 10 minut po pobraniu testu i zacząć zarażać przed wykonaniem następnego testu. Mimo ujemnego wyniku człowiek będzie żył w przekonaniu, że jest zdrowy, a zaraża".

Wcześniej prof. Krzysztof Łukaszuk z firmy INVICTA i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego nie wykluczył w wywiadzie dla OKO.press możliwości badań przesiewowych, mimo że też uważa, iż obecnie polski system testowania nie jest na to gotowy.

Rafał Halik, epidemiolog i specjalista od zdrowia publicznego z Państwowego Zakładu Higieny jest z kolei zdania, że taki system należałoby wprowadzić, ale w ograniczonym zakresie – tam, gdzie jest największe zagrożenie zakażeniem, czyli np. w szpitalach jednoimiennych, które leczą wyłącznie pacjentów z COVID-19, a także na oddziałach zakaźnych oraz na OIOM-ach.

Problemem jest chaos i brak procedur

Rozmówcy OKO.press zwracają uwagę, że na początek trzeba usprawnić polski system testowania, który wciąż kuleje.

„Inwestycja w diagnostykę szwankuje od początku pandemii. Faza przygotowań została przegapiona. Zaczynaliśmy od jednego laboratorium w PZH, potem zostało uruchomione drugie w szpitalu zakaźnym na Wolskiej, przywożono tam testy z całej Polski.

A już na początku lutego pisaliśmy, że trzeba zapewnić dużą bazę laboratoryjną w całym kraju i są firmy, które mogą to szybko zrobić. Wciąż istnieje konieczność rozbudowy bazy tak, by w każdym dużym mieście była dostępna diagnostyka" - mówi dr Grzesiowski.

OKO.press zwracało uwagę na nieprzygotowanie laboratoriów już przy pierwszym przypadku zakażenia 4 marca 2020.

Zdaniem Grzesiowskiego najważniejsze jest, żeby testy były dostępne bez oczekiwania: „Co z tego, że wykonano 8 tys. testów w ciągu doby, jak były pobrane 2-3 dni wcześniej? Wiele osób czeka w kolejce, a to paraliżuje organizację opieki nad pacjentami i zmusza do kwarantanny. To się nie zmieniło.

W kwarantannie ludzie oczekują na pobranie próbek przez wiele dni, a często się nie doczekują. Wczoraj dzwonił do mnie kolega, który właśnie kończy kwarantannę, a nie miał badania. Sanepid potwierdził, że przyjadą do domu i pobiorą, ale firma pobierająca badania nie przyjechała bo ma za dużo zleceń. A potem w pracy jego kierownik nie chce go bez badania przyjąć z kwarantanny.

Test, na który się długo czeka, jest testem bezwartościowym".

Pracownik jednego z powiatowych Sanepidów na Mazowszu mówi OKO.press, że problemy zaczynają się już na etapie pobierania próbek: „Mieliśmy przypadek pacjenta z domu opieki, który miał negatywny wynik testu, a potem okazało się, że jest chory. Dlaczego? Bo próbka była źle pobrana".

O problemach przy pobieraniu, zabezpieczaniu i obrabianiu próbek, a także o karkołomnym sposobie ich raportowania przez laboratoria wymyślonym przez ministerstwo pisał w OKO.press Piotr Pacewicz:

Standaryzacja procesu testowania dopiero się rodzi. Jak informowała na Twitterze Justyna Marynowska, wiceprezes Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych, 8 kwietnia został wdrożony program kontroli międzylaboratoryjnej próbek pod agendą Państwowego Zakładu Higieny. „Standaryzujemy jako Zespół ds. Sieci Laboratoriów COVID poszczególne etapy procesu" - napisała Martynowska.

Rafał Halik uważa, że powinien powstać centralny ośrodek koordynujący przepływ próbek pomiędzy laboratoriami: „Jak w Warszawie nie ma mocy przerobowych, to niech próbki jadą do Kielc" – proponuje. Wykonanie testu RT-PCR, którym wykrywa się obecność wirusa w organizmie, trwa w typowym laboratorium, bez wysokiej klasy robotów, ponad 4 godziny, jednocześnie można przebadać ok. 100 próbek.

Wydawałoby się, że nie da się działać bez "szybkiej ścieżki". Ale czy ona działa?

Na razie rząd obiecał szybką ścieżkę testowania dla personelu medycznego i wziął na siebie koszty przeprowadzania tych badań. „Dążymy do tego, aby cały personel służby zdrowia miał wykonywane badania wtedy, kiedy jest nieodzowna konieczność" - mówił już 4 kwietnia wiceminister zdrowia Waldemar Kraska. Jego szef Łukasz Szumowski zapewniał:

„Personel krytycznych obszarów, m.in. medycy, policjanci czy inne służby mundurowe mają prawo po tygodniu kwarantanny wykonać szybki test i wrócić do pracy, jeśli wynik jest ujemny".

Od 4 kwietnia Narodowy Fundusz Zdrowia finansuje testy na obecność wirusa SARS-CoV-2 u pacjentów i personelu medycznego wszystkich szpitali. Nadal jednak obowiązuje kryterium, że testowany był w kontakcie z zakażonym lub ma symptomy COVID-19.

Tymczasem testowanie jak najszerzej zagrożonych wirusem SARS-CoV-2 medyków wydawałoby się najbardziej oczywistą formą obrony przed epidemią.

Czy ta szybka ścieżka działa? W powiatowym Sanepidzie na Mazowszu na wyniki testu PCR w kwarantannie „cywile" czekają nawet tydzień, osoby wykonujące zawody związane z opieką nad pacjentem od 1-3 dni. Laboratorium Warsaw Genomics, które obsługuje część Mazowsza, w tym także personel medyczny, za punkt honoru postawiło sobie, żeby wyniki były gotowe w ciągu 24 godziny, niezależnie od pochodzenia próbki.

Lekarka z jednego ze szpitali jednoimiennych na zachodzie Polski mówi OKO.press, że w jej szpitalu na wyniki testów czeka się zaledwie kilka godzin.

Szpitale same testują przesiewowo

Nie czekając na rząd, poszczególne szpitale same wrażają profilaktyczne testy. Według słów lekarki ze szpitala jednoimiennego, na jej oddziale zakaźnym zarządzono testy przesiewowe, ale serologiczne – te, które wykrywają przeciwciała. Jeśli ktoś ma pozytywny wynik testu serologicznego, zostaje skierowany na badanie PCR. W ten sposób spełnia się ministerialne zalecenia, że testowani są ci, którzy mogli mieć kontakt z wirusem.

Co trzy tygodnie na oddziale powtarzane jest badanie serologiczne. Pozwoli to wyłonić także te osoby spośród personelu, które są już odporne na koronawirusa.

Jak na razie jednak w szpitalu nikt się nie zakaził – ale to placówka, której lekarze najlepiej wiedzą, jak prawidłowo stosować środki ochronne i gdzie istnieje rygorystyczny podział na strefy „brudną" i „czystą". Podobne podziały wprowadza się teraz – z opóźnieniem – także w zwykłych szpitalach i domach opieki społecznej. Powinno to zmniejszyć liczbę zakażeń wśród personelu.

11 kwietnia testy przesiewowe wykonano w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 4 w Bytomiu. Od personelu, także technicznego, pobrano 720 próbek, a po Wielkanocy przebadano także personel administracyjny. Ponieważ takie badanie wykracza poza rekomendacje ministerstwa, próbki pobrali pracownicy izby przyjęć, i zostały one przetransportowane do laboratorium Warsaw Genomics dzięki pomocy władz Bytomia. Tam testy zostały przeprowadzone za darmo, za środki od sponsorów laboratorium.

Okazało się, że na 720 osób 33 miały wyniki dodatnie – bez zaskoczenia, bo wcześniej wykryto tam przypadki koronawirusa i dlatego dyrektor Jerzy Pieniążek podjął decyzję o badaniu.

Również w bytomskim Szpitalu Specjalistycznym numer 1 zdecydowano się na testy przesiewowe dla personelu oddziału obserwacyjno-zakaźnego.

Pomagają samorządy i laboratoria. Oddolne inicjatywy

W tej trudnej sytuacji personelowi medycznemu pomagają również inne samorządy oraz prywatne laboratoria: zarząd województwa mazowieckiego wykupił ok. 7 tys. testów na obecność SARS-CoV-2. Przeznaczył na to 3 mln zł z projektu unijnego, z założeniem, że badania będą dostępne przede wszystkim dla członków personelu medycznego. Samorząd województwa podpisał umowę z ALAB laboratoria sp. z o.o., które ma wykonywać testy dla 62 podmiotów leczniczych, na które wojewoda mazowiecki nałożył obowiązek podwyższonej gotowości. ALAB zapewnia, że czas oczekiwania na wyniki ma wynosić maksymalnie 14 h.

100 tys. na zakup testów dla pracowników szpitali przeznaczyło również miasto Szczecin.

Z kolei laboratoria medyczne Grupy Diagnostyka rozpoczęły akcję „badamy-wspieramy”, czyli bezpłatne testy na obecność koronawirusa SARS-CoV-2 dla personelu medycznego. Pobiera próbki w mobilnych punktach pobrań w Warszawie, Łodzi i Poznaniu. Testy finansowane są przez Grupę oraz partnerów projektu.

Warsaw Genomics właśnie skończyły się pieniądze od prywatnych sponsorów na program 38 tys. testów, ale wykonuje dalej testy dla pracowników szpitali finansowane przez ministerstwo zdrowia. Luką w systemie są testy dla personelu medycznego spoza szpitali, np. z przychodni, gdzie wciąż działają np. punkty pobrania krwi i gabinety zabiegowe, a od przyszłego tygodnia powrócą obowiązkowe szczepienia. Im refundacja nie przysługuje.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne