0:00
17 kwietnia 2020

Resort zdrowia odpowiada OKO.press: Podajemy liczbę próbek, a nie osób. To wiele zmienia

Ministerstwo informuje o diagnozowaniu koronawirusa podając liczbę wykonanych testów, a nie testowanych osób. Dzięki temu diagnozowanie wydaje się szersze niż jest naprawdę, bo testy się powtarza tej samej osobie. Co więcej, odsetek zakażonych wydaje się mniejszy niż jest. Prześledziliśmy, jak to jest z testami. Krok po kroku

Wydrukuj

OKO.press poprosiło ministerstwo zdrowia o wyjaśnienie niejasności: czego dotyczy codzienna informacja o "diagnostyce pod kątem koronawirusa". Czy podawana jest liczba sprawdzonych osób czy też liczba zrobionych próbek. Ta druga jest oczywiście większa, bo jednej osobie wykonuje się czasem kilka testów w ciągu kilku dni lub tygodni.

Rozróżnienie jest o tyle istotne, że podawana codziennie liczba (16 kwietnia to było 169 tys.) ma wskazywać na intensywności diagnostyki w Polsce (dużo testów czy mało), daje porównanie z innymi krajami, i służy do oceny liczby zakażeń wśród testowanych, co można uznać za wskaźnik rozpowszechnienia wirusa.

Dlatego OKO.press kilkakrotnie wracało do tej kwestii. Także BIQ-Data "Wyborczej" skarżył się, że "ministerstwo nie podaje, czy liczba przebadanych próbek jest równa liczbie przebadanych osób, czy uwzględnia sytuacje, kiedy dla jednego pacjenta robi się kilka testów".

Wcześniej pytał o to "Konkret24" TVN24: "Czy liczba przebadanych próbek oznacza wszystkie wykonane testy czy liczbę przebadanych osób? Przedstawiciel biura komunikacji resortu zapewnił, że liczba ta podaje, u ilu osób przeprowadzono test".

Chcieliśmy ustalić nie tylko, czy to w końcu próbki czy osoby, ale zrozumieć, jak ministerstwo zbiera te dane.

Zapytaliśmy 7 kwietnia:

"Jak liczba próbek ma się do liczby przebadanych osób? Brytyjskie ministerstwo zdrowia podaje liczbę próbek (np. 6 kwietnia = 252 958), ale dodaje, że "niektóre osoby są testowane więcej niż raz ze względów klinicznych" i podaje także liczbę testowanych osób = 208 837. Liczba próbek jest o 18 proc. większa niż liczba osób. Jaka jest ta różnica w Polsce? Jak przebiega rejestracja liczby próbek/osób badanych? Dlaczego nie są podawane odrębnie te dwie liczby?".

Odpowiedź nadeszła 15 kwietnia:

"Od samego początku epidemii Ministerstwo Zdrowia podaje liczbę przebadanych próbek. Podajemy zarówno liczbę przeprowadzonych testów, jak i liczbę wyników pozytywnych, czyli osób zakażonych. W tej chwili diagnostykę w kierunku koronawirusa przeprowadza w Polsce już 60 laboratoriów. Dziennie możemy wykonywać w granicach 20 tys. testów".

Odpowiedź potwierdza przypuszczenia (obawy) OKO.press, że podawana codziennie liczba "przebadanych próbek" dotyczy nie osób lecz wykonanych testów. Co oznacza, że informacje, jakie uzyskał "Konkret24" nie były prawdziwe, a skala diagnozy rozprzestrzeniania się COVID-19 jest mniejsza, niż się wszystkim wydawało.

Ale opowiedzmy po kolei.

Jak zbierane są informacje o zakażeniach?

W Polsce prowadzone są tzw. testy genetyczne, które służą do wykrywaniu wirusa SARS-CoV-2 w organizmie człowieka i dają odpowiedź zero-jedynkową – albo RNA wirusa w organizmie badanej osoby jest, albo nie. Są przeprowadzane w ok. 60 laboratoriach. OKO.press uzyskało informacje z dwóch laboratoriów.

System działa tak. Testy w laboratoriach zamawiają placówki medyczne, DPS i inne ośrodki opiekuńcze oraz Sanepid (ten ostatni głównie dla osób pozostających w kwarantannie, których wg informacji z 17 kwietnia jest 138 tys.).

Laboratoria "raportują" wyniki analiz:

  • do Sanepidu wysyłając imienną listę (z nr PESEL) przebadanych i "pozytywnych" (zakażonych) osób;
  • do ministerstwa zdrowia przekazując elektronicznie dwie informacje dziennie przy pomocy formatki/tabeli.

Tabela trochę zagadkowa

Ta formatka (tabelka) wygląda tak:

Nasi rozmówcy podkreślają, że nie dostali szczegółowej instrukcji i działają trochę po omacku domyślając się, jakie dane wpisywać. Rząd górny jest jasny, gorzej z dolnym.

  • Liczba testów - posiadanych i zamówionych - to rzecz prosta. Tyle że tutaj "testy" to odczynniki "na stanie" i zamówione. Dzięki temu ministerstwo może oszacować, jakie możliwości ma dane laboratorium.

Kluczowy jest rząd dolny:

  • kratka lewa. "Liczba wykonanych testów od pacjentów w ostatnich 12 godzinach" - to informacja, ile łącznie zbadano próbek. Przez 12 godzin, bo raport składa się dwa razy na dobę;
  • kratka środkowa. "Liczba przebadanych pacjentów w ostatnich 12 godzinach" - w obu placówkach jest to interpretowane jako liczba nowych pacjentów (inaczej byłaby to taka sama liczba jak w kratce lewej). Tyle, że jeden z ośrodków rozumie to dosłownie (osoba, która jest sprawdzana pierwszy raz), a drugi wmyśla się w intencje ministerstwa głębiej i liczy tutaj osoby, które nie miały jeszcze pozytywnego wyniku (nawet jeśli były badane);
  • kratka prawa. Liczba wyników dodatnich u nowych pacjentów - to liczba zakażeń wykrytych wśród tych nowych pacjentów (ze środkowej kratki).

Jak widać, klarowność nie jest silną stroną analityków ministerstwa zdrowia. Niedookreślenie środkowej kratki sprawia, że jak mówi jeden z analityków, "mogą nam ze statystyk uciekać osoby, które miały wcześniej wynik negatywny, ale w kolejnym badaniu pozytywny. Nie raportujemy ich, bo nie są nowymi osobami".

To by znaczyło, że liczba osób dodatnich może być zaniżona.

Dlaczego testów jest więcej niż osób?

Skąd bierze się różnica między kratką lewą i środkową, czyli liczbą testów i liczbą osób? Dlaczego testów jest więcej niż osób? Rozmówcy OKO.press wskazują na trzy powody.

Osoby zakażone są badane kilka razy

Jeśli osoba testowana po raz pierwszy (a więc nowa) uzyska wynik dodatni, to test powtarza się dwa razy (po tygodniu i dwóch). Po wyleczeniu taka osoba powinna być testowana jeszcze co najmniej dwa razy, by sprawdzić, że wirusa nie ma.

Oznacza to, że każdy zakażony "generuje" 3-5 testów.

Trudno oszacować, ile razy testowani byli obecnie zakażeni; 16 kwietnia wieczorem było ich 7 918. Większość z nich choruje krótko, np. dwa tygodnie wcześniej (2 kwietnia) zakażonych było tylko 3 tys. Takich "ekstra" testów ponad liczbę osób może być zatem kilka, maksymalnie kilkanaście tysięcy.

Osoby narażone są badane kilka razy, nawet gdy mają wynik ujemny

Jak podkreśla pracownik jednego z laboratoriów, gdy ich placówka diagnozuje zakażenie np. w Domu Pomocy Społecznej, to kilkakrotnie powtarza badanie wszystkich zagrożonych osób z personelu i pensjonariuszy.

"Ratunkiem jest tu rozdzielenie zakażonych od zdrowych. DPS-y tworzą u siebie sale brudne i czyste, kolejne badania mają przesiewać te osoby, żeby zatrzymać zakażanie".

Podobnie dzieje się w przypadku personelu medycznego, a także pacjentów zagrożonych/zarażonych oddziałów szpitalnych. Testowanie powtarza się kilkakrotnie badając wszystkich zagrożonych.

To oznacza, że ta sama osoba może być sprawdzana parę razy, nawet jeśli ma wynik negatywny. Ideałem byłoby regularne badanie po prostu całego personelu medycznego narażonego na zakażenie, ale to wymagałoby dodatkowych kilkudziesięciu tysięcy testów dziennie (16 kwietnia wykonano ich rekordowo dużo, ale wciąż tylko 12,5 tys.).

Trudno powiedzieć, ile takich osób z grup wysokiego ryzyka badanych po kilka razy nabija statystyki "przebadanych próbek". Wiadomo, że zakażeni pracownicy ochrony zdrowia stanowią 17 proc. wszystkich, czyli jest ich ok. 1300-1400.

Musi to oznaczać, że narażonych na zakażenie jest w placówkach medycznych kilkakrotnie więcej osób i pewnie część z nich jest sprawdzana mniej lub bardziej regularnie. Do tego dochodzą zagrożone kilkaset DPS-ów i tego typu miejsc. To w takich właśnie placówkach - także w innych krajach - epidemia jest szczególnie niebezpieczna (w Hiszpanii - połowa zgonów/zakażeń).

Można zatem przypuszczać, że w grę wchodzi tu kolejne kilka tysięcy testów powtarzanych w grupach wysokiego ryzyka.

Osoby, które zachorowały po teście negatywnym

Osoby z negatywnym wynikiem, np. przebywające na kwarantannie, mogą zachorować po pierwszym badaniu, kiedy wirus niedostatecznie się namnożył, by dać pozytywny wynik. Gdy wystąpią objawy typowe dla COVID-19 będą badane powtórnie.

Ministerstwo bierze sumę próbek i sumę nowych pacjentów

Jak wynika z informacji ministerstwa, podlicza ono liczbę wykonanych próbek we wszystkich laboratoriach, nie rejestrując, które wykonywane są drugi czy trzeci raz u tej samej osoby.

Oznacza to, że liczba przebadanych próbek jest większa niż przebadanych osób.

Nie wiadomo, o ile większa i ministerstwo - rejestrując dane tak, jak to robi - też tego nie wie. W Wielkiej Brytanii (patrz wyżej) próbek było o jedną piątą więcej niż osób.

Strona Our World in Data (prowadzona przez naukowców z Uniwersytetu Oksfordzkiego) zestawiając liczbę testów wykonaną przez różne kraje zwraca uwagę, że nie ma tu jednego standardu.

Włochy - jak Polska - podają liczbę testów (tests performed), a Korea liczbę przebadanych osób (cases tested). Jeszcze inne kraje... nie podają, jak liczą skalę diagnozowania SARS-CoV-2 (units unclear) lub jak USA stosują różne miary (inconsistent units).

Co to oznacza? Skala testowania jest jeszcze mniejsza

Diagnostyka COVID-19 jest zatem prowadzona na jeszcze mniejszą skalę niż wydawałoby się sądząc po liczbie "przebadanych próbek", jakie codziennie podaje ministerstwo.

Na przykład 16 kwietnia wieczorem ktoś mógłby pomyśleć, że odsetek zakażonych wśród przebadanych wynosi: 7918 (liczba wykrytych przypadków) / 169071 (liczba próbek), czyli 4,7 proc. I dalej wyciągać wniosek, że tylko jedna na 21 osób w grupie wysokiego ryzyka (bo takie poddaje się testom) jest zakażona SARS-CoV-2. A to nie jest prawda.

Gdyby skorygować te dane i uznać, że 169 tys. próbek zrobiono np. 130 tys. osób (szacunek przykładowy, patrz wyżej), to odsetek wśród przebadanych osób rośnie do 6,1 proc.

Wielka szkoda, że ministerstwo nie podaje danych o realnym odsetku zakażonych wśród testowanych osób. Co gorsza, sam minister zdrowia używa statystyk zakażenia wśród próbek w swej argumentacji twierdząc (w wywiadzie dla gazeta.pl), że niewykrytych przypadków zakażenia jest w Polsce relatywnie mało.

Podał dwa argumenty: względnie mała liczba ofiar śmiertelnych i - właśnie - duża liczba testów, które trzeba wykonać, by wykryć jeden przypadek.

Podobnie OKO.press analizowało intensywność epidemii w Polsce badając, ile trzeba wykonać testów, by wykryć jeden przypadek zakażenia (1 kwietnia było nieco więcej niż dziś - 22,3 testy) i porównując z innymi krajami. W najmocniej dotkniętych, jak Hiszpania, wystarczały 2 testy (!), we Włoszech – 4,4. "Może to oznaczać, że intensywność epidemii w Polsce jest faktycznie stosunkowo mała, bo trudno wykryć zakażone osoby" - pisaliśmy.

Takie wnioski byłyby bardziej uprawnione, gdybyśmy dysponowali precyzyjną informacją o liczbie zbadanych osób (a nie wykonanych próbek).

Precyzja przydałaby się szczególnie dlatego, że sprawa zasięgu diagnozowania koronawirusa ma kluczowe znaczenie dla dalszych sukcesów w walce z epidemią, zwłaszcza kiedy Polska będzie rezygnowała stopniowo z rygorów dystansowania społecznego.

Bez skutecznego wychwycenia osób zakażonych, nie tylko w systemie opieki zdrowotnej, może to nasilić epidemię. A mimo wzrostu liczby testów, jesteśmy wciąż znacznie poniżej przyzwoitego dla Unii Europejskiej poziomu.

W liczbie testów/próbek na milion mieszkańców Polska wyprzedza tylko (minimalnie Węgry i Rumunię) oraz wyraźniej Bułgarię. Daleko przed nami są kraje z naszej części Europy, które lepiej przygotowały się na epidemię, która zaczęła się u nich równie późno (Portugalia, Czechy) lub później niż u nas (Litwa, Lotwa, Estonia).

Co to oznacza? Zakażonych jest więcej

W wyniku niejasności w omawianej wyżej tabeli laboratoria mogą nie wskazać jako zakażonych osób, które są badane powtórnie czy trzeci raz, a poprzednie ich testy były ujemne. To oznaczałoby zaniżenie liczby osób zakażonych nawet wśród tych, których testujemy.

Także testy genetyczne, choć są bardzo czułe, nie wychwytują wszystkich przypadków zakażeń, zwłaszcza osób, które zaraziły się "przed chwilą".

Ogromna większość laboratoriów nie dysponuje np. robotami do izolacji RNA (pierwsza faza badania) i robi to ręcznie, co jest wolne i mniej skuteczne. Podobnie w drugiej fazie - oceny ekspresji wirusowych genów - niewiele laboratoriów dysponuje maszyną wysokoprzepustową.

Kolejny problem to transportowanie wymazówek (patyczków z wacikiem do pobierania próbki z gardła lub nosa). Niektóre laboratoria stosują tu zasadę zanurzania wymazówek w cieczy (żeby wirus nie wysechł), co jednak sprawia, że staje się on znacznie trudniejszy do wykrycia ("jak mam jakieś nędzne 10 tys. kopii wirusa i zaleję to 5 mililitrami płynu, to szukaj igły w stogu siana" - powiedział nam jeden z laborantów).

Fałszywie negatywne wyniki to wciąż mniejszy problem, niż nieprzeprowadzanie testów nawet w grupach narażonych na zakażenie. Ciemna liczba osób realnie zakażonych wirusem (który do Polski dotarł zapewne już w styczniu), w tym bezobjawowo, jest wielokrotnie większa niż błędy pomiaru, o których była mowa.

Nie wiadomo np., bo brakuje statystyk, jaki odsetek osób przebywających na kwarantannie miał robiony test (31 marca było to 270 314 osób, potem liczba spadła w niewyjaśnionych okolicznościach o połowę).

Mnożą się informacje o nieujawnianiu przez władze ofiar śmiertelnych wirusa, także lekarze twierdzą, że chorych i zmarłych na COVID-19 może być znacznie więcej.

OKO.press zadało ministerstwu zdrowia także inne pytania, razem dziewięć. O kolejnych napiszemy osobno.

1. Informacje podawane na Twitterze ministerstwa zdrowia dotyczą "liczby przebadanych próbek". Jak liczba próbek ma się do liczby przebadanych osób? Brytyjskie ministerstwo zdrowia i opieki społecznej podaje liczbę próbek (np. 6 kwietnia 252 958) ale dodaje, "niektóre osoby są testowane więcej niż raz ze względów klinicznych" i podaje liczbę testowanych osób = 208 837 z tego 51 608 z wynikiem pozytywnym. Liczba próbek jest o 18 proc. większa niż liczba osób. Jaka jest różnica w Polsce? Jak przebiega rejestracja liczby próbek/osób badanych? Dlaczego nie są podawane odrębnie te dwie liczby?

Od samego początku epidemii Ministerstwo Zdrowia podaje liczbę przebadanych próbek. Podajemy zarówno liczbę przeprowadzonych testów, jak i liczbę wyników pozytywnych, czyli osób zakażonych.W tej chwili diagnostykę w kierunku koronawirusa przeprowadza w Polsce już 60 laboratoriów. Dziennie możemy wykonywać w granicach 20 tys. testów.

2. Kto odpowiada - funkcja, osoba - za prowadzenie Twittera ministerstwa zdrowia? Czy istnieje jakiś zespół merytoryczny, redakcyjny? Jak pracuje? Kto nadzoruje jego pracę?

Informacje umieszczane w mediach społecznościowych nadzoruje Rzecznik Prasowy Ministerstwa Zdrowia, a tworzą je pracownicy Biura Komunikacji MZ.

3. Użytkownik Twittera jest często zaskakiwany. Dlaczego 4 kwietnia zmieniono system podawania informacji z trzy razy dziennie na dwa razy dziennie? Dlaczego nie poinformowano o tej zmianie z wyprzedzeniem? Dopiero 5 kwietnia pojawiło się wyjaśnienie w odpowiedzi na krytykę m.in. w OKO.press.

Dziennikarze otrzymali informacje z wyjaśnieniem zmiany częstotliwości podawania informacji o liczbie nowych zakażonych.

4. 1 kwietnia nie podano liczby osób poddanych kwarantannie, hospitalizowanych i objętych nadzorem epidemiologicznym. Dlaczego? Czy takich danych nie było, czy ktoś zapomniał je opublikować?

Brak odpowiedzi

5. 31 marca nastąpiła zaskakująca zmiana liczby osób poddanych kwarantannie. Tego dnia ministerstwo podało dwukrotnie dane. W pierwszym tweecie było 163 789 osób zgłoszonych do kwarantanny po powrocie do kraju oraz 106 525 osób objętych kwarantanną. Razem: 270 314 osób.

W kolejnym tweecie pojawiła się już tylko jedna kategoria: "liczba objętych kwarantanną" = 171 994.

Ubyło 98 tys. 320 osób. Z czego wynika ta zmiana? Nie mogła być wynikiem zakończenia kwarantanny przez tak ogromną liczbę osób, bo pierwsza porcja 22 979 osób wracających do kraju została skierowana na kwarantannę 17 marca, czyli kończyła ją 1 kwietnia. Czy zatem zmieniono kryteria? Skrócono kwarantannę? Skorygowano mylne obliczenia? Dlaczego tak zasadnicza zmiana nie została objaśniona?

Zmiana sposobu raportowania osób z kwarantanny jest powodowana zmianami w systemie wewnętrznych raportów przekazywanych do MZ. Obecnie dane raportowane są do jednego systemu.

6. Poza informacjami o stanie epidemii i zakazach/nakazach dla obywateli pochodzącym z kancelarii premiera i innych ministerstw pojawiają się sugestie "Kogo obserwować?". Znalazło się w nich także miejsce dla OKO.press. Kto wybiera polecane strony i według jakich kryteriów? Ostatnie dziewięć to: Piotr Müller, Onet Wiadomości, GIS, Nettflix.PL, Timeless Model Management, Jacek Sasin, Zbigniew Boniek, GIS i Andrzej Duda.

Pan zapewne pyta o to, co u Pana się pojawia na ekranie, a nie u nas. I to zapewne pytanie o Pana aktywność i algorytmy TT, które proponują Panu osoby do obserwowania.

7. Na twitterze ministerstwa pojawiają się wyłącznie ostrzeżenia, informacje o zakazach, nakazach, grzywnach, a także instrukcje np. mycia rąk. Czasem pojawia się apel kogoś spoza władz, ale zauważyliśmy wyłącznie ludzi sportu: Zbigniewa Bońka i trzech piłkarzy Legii Warszawa. Czy kogoś przeoczyliśmy? Czy taki dobór osób spoza polityki jest wyrazem upodobań osoby prowadzącej twittera czy polityki informacyjnej ministerstwa?

Czekamy na sugestie z Pana strony, kogo mielibyśmy jeszcze cytować.

8. Dzisiaj (7 kwietnia) pojawiły się życzenia i podziękowania ministra Szumowskiego dla pracowników służby zdrowia. Są to chyba pierwsze ciepłe na Twitterze słowa władz dla personelu medycznego czy dla obywateli przestrzegających reguł rozporządzeń rządowych, co kontrastuje ze stronami rządowymi innych krajów. Jeśli coś przeoczyliśmy proszę wskazać błąd. Czy taka jest polityka informacyjna ministerstwa? Dotyczy to zresztą także innych stron rządowych.

Prosimy o sugestie, jakich informacji Panu brakuje.

9. Na twitterze ministerstwa zdrowia nie zostały wyjaśnione sprzeczności w zaleceniach i zakazach, dotyczących np. uprawiania sportu i rekreacji (rower, bieganie, jogging, zwykły spacer). Rozporządzenie sprawy nie precyzuje stwierdzając, że dopuszczalne jest przemieszczanie się dla "zaspokajania niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego". W wypowiedziach min. Łukasza Szumowskiego pojawiają się zalecenia, by „Trening i aktywność sportową uprawiajmy wyłącznie w domu. To nie jest czas na szlifowanie formy”, ale na rządowej stronie "Serwisu Rzeczpospolitej Polskiej" w rubryce "Pytania i odpowiedzi" czytamy, że dopuszczalne jest "jednorazowe wyjście w celach sportowych", bo "można je zaliczyć do kategorii "realizacji niezbędnych codziennych potrzeb".

Nawiasem mówiąc na brytyjskich stronach rządowych wisi jednoznaczne zalecenie, że wychodzić z domu można wyłącznie aby 1. kupić jedzenie, 2. do pracy i 3. w celach zdrowotnych (za zachowaniem 2 metrów odległości od innych osób).

Zalecenia dotyczące aktywności fizyczne ukazały się na stronie GIS. Podaję link

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne