09 marca 2020

We Włoszech zakazali nawet pogrzebów. Co tam się stało?

Bunty w więzieniach, domy opieki zamieniane w szpitale zakaźne, dramatyczne decyzje – kto dostanie respirator, kto łóżko na intensywnej terapii, jedna trzecia kraju pod kwarantanną. Dlaczego we Włoszech epidemia koronawirusa wybuchła z taką siłą? Być może winą są oszczędności i błędy, ale też i styl życia

Włochów już od tygodni witają rano coraz gorsze informacje na temat rozwoju choroby COVID-19 i ograniczeń wprowadzanych z tego powodu, jednak dzisiaj, 9 marca 2020, wiadomością dnia była śmierć sześciu więźniów w więzieniu w Modenie.

Wybuchły tam zamieszki spowodowane zarządzeniem o ograniczeniu wizyt rodziny i bliskich z powodu koronawirusa. Bunt rozniósł się jak pożar po całym Półwyspie Apenińskim, obejmując co najmniej 28 placówek – w Foggii 50 więźniów wykorzystało zamieszanie i zbiegło, w mediolańskim więzieniu San Vittore więźniowie wzniecili pożar w celach i przedostali się na dach budynku, krzycząc „Wolność!”.

Zgony wynikiem demografii czy oszczędności?

Włochy są krajem najbardziej w całej Europie dotkniętym epidemią – do tej pory zarejestrowano 7375 przypadków zakażenia, 366 osób zmarło. Jeśli nawet, jak tłumaczy wirusolożka Maria Rita Gismondo, duża liczba przypadków wynika z tego, że we Włoszech liczy się wszystkich, którzy mieli dodatni wynik testu na koronawirusa, a np. we Francji tylko chorych, trudno znaleźć wyjaśnienie dla tak dużej liczby zgonów (ok. 5 proc. w porównaniu z 3,4 proc. globalnie w szacunkach Światowej Organizacji Zdrowia).

Obserwatorzy zwracają przede wszystkim uwagę, że Włochy są jednym z „najstarszych” krajów Europy – mediana wieku wynosi tu 46,3 lata (w całej Unii Europejskiej 43,1), a średnia długość życia ponad 83 lata.

W zamożnych regionach północnych Włoch, jak Lombardia czy Veneto, ludzie żyją dłużej niż na biedniejszym Południu. A to właśnie na Północy rozpoczęła się epidemia. Średnia wieku zmarłych na COVID-19 to aż 81 lat, dwoje na troje z nich miało inne ciężkie schorzenia.

Innym czynnikiem może być dramatyczna sytuacja szpitalach na północy kraju: brakuje miejsc na intensywnej terapii, brakuje respiratorów. W sobotę Antonio Pesenti, który koordynuje akcję kryzysową w Lombardii, ostrzegał, że miejscowy system ochrony zdrowia, według niego jeden z najlepszych w Europie, jest na granicy upadku.

„Musimy prowadzić intensywną terapię na korytarzach, w salach operacyjnych i pooperacyjnych. Opróżniliśmy całe oddziały szpitali, żeby zrobić miejsce dla najciężej chorych” - mówił Pesenti dziennikowi „Il Corriere della Sera”.

Jego zdaniem ta sytuacja rodzi zagrożenie także dla innych potrzebujących natychmiastowej pomocy lekarskiej: „Do tej pory karetki w Lombardii przyjeżdżały do chorego w ciągu ośmiu minut, teraz może to być nawet godzina. W przypadku np. zawału – to wielkie niebezpieczeństwo”.

„Tu jest jak na wojnie”

Najbardziej dramatycznie zabrzmiała opowieść innego przepytanego przez „Il Corriere” lekarza, anestezjologa z Bergamo Christiana Salarolego. „Tu jest jak na wojnie. To nie ja to wymyśliłem, tak jest w instrukcjach, z których się uczymy. Brakuje miejsc na intensywnej terapii, wiec wybieramy pacjentów, którzy mają szansę na przeżycie. Codziennie wcześnie rano lekarz ogląda chorych z obustronnym zapaleniem płuc wywołanym przez koronawirusa i wybiera tych, których można jeszcze leczyć. Kryterium jest wiek i stan zdrowia. Jeśli ktoś ma 85-90 lat i ciężką niewydolność oddechową, ma nikłe szanse. Jeśli co najmniej trzy z jego organów są niewydolne, ma 100 proc. szans na śmierć” – mówił Salaroli. „W tej sytuacji nie możemy liczyć na medyczny cud”.

Władze Lombardii opracowały plan, jak znaleźć miejsce w placówkach leczniczych dla najbardziej chorych. Chorzy, których stan się polepszy, będą jak najszybciej przenoszeni z intensywnej terapii na normalny oddział, a ci w stanie stabilnym wypisywani ze szpitala. Dodatkowe miejsca dla chorych zostaną stworzone m.in. w domach opieki.

Lombardzki kryzys to m.in. wynik tego, że włoska służba zdrowia jest niedofinansowana i osłabiona cięciami finansowymi, które trwają już od dziesięcioleci.

Szacuje się, że w ciągu ostatniej dekady z powodu oszczędności ze szpitali „znikło” 70 tys. łóżek.

Średnia ilość łóżek na pacjenta to w Italii 3,2 na tysiąc mieszkańców, podczas gdy np. w Niemczech 8, a w Austrii 7,4. Jeśli odliczy się łóżka w klinikach rehabilitacyjnych czy domach opieki, dane są jeszcze gorsze – 2,3 na tysiąc mieszkańców (średnia UE to 2,6).

Popełniono też liczne błędy w pierwszej fazie walki z wirusem – niektóre szpitale, jak ten w Codogno i w Schiavonii, nie przestrzegały procedur i musiały zostać zamknięte.

Szkoła wenecka kontra szkoła lombardzka

Rzymski dziennik „La Repubblica” pisze z kolei, że w regionie Veneto wzrost zachorowań jest o wiele mniejszy niż np. w sąsiedniej Lombardii - tu trzykrotny, a tam siedmiokrotny.

Wirusolog Andrea Crisanti z Padwy tłumaczy to m.in. tym, że w Veneto od początku postanowiono poddać testom na wirusa jak największą liczbę osób. „Nie czekaliśmy, aż wirus do nas przyjdzie. Każdy, kto zgłosił się na pogotowie ze zwykłym przeziębieniem czy atakiem kaszlu, został poddany testom” - mówił Crisanti „La Repubblice”.

Każdy pacjent, który miał wynik pozytywny, trafiał do kwarantanny, podobnie jak osoby, z którymi się kontaktował. W ten sposób udało się choć trochę powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa. Tymczasem w Lombardii, zdaniem naukowca, zbyt późno i zbyt selektywnie zabrano się do izolowania chorych i zarażonych.

„Powiedziano ludziom, żeby szli do szpitala dopiero wtedy, gdy mają poważne trudności z oddychaniem” – tłumaczy Crisanti.

Veneto przyjęło więc strategię podobną jak Korea Południowa, gdzie przeprowadzono już ponad 140 tys. testów. Zgony to poniżej jednego procenta pacjentów, u których wykryto koronawirusa.

Strategia Lombardii przypomina bardziej tą przyjętą w Polsce, gdzie osoby z lekkimi objawami grypopodobnymi prosi się o pozostawanie w domu, a dopiero te, których objawy wyraźnie wskazują na zarażenie koronawirusem mają się kontaktować z lokalną stacją Sanepidu.

Kordon sanitarny trochę na niby

W konsekwencji Lombardia i 18 innych prowincji północnych i środkowych Włoch od soboty 7 marca wieczorem na mocy specjalnego rządowego dekretu jest odcięta od świata.

Żeby do tej strefy wjechać lub z niej wyjechać trzeba mieć specjalne zezwolenie – np. z powodu konieczności wykonywania pracy, wizyty u lekarza, itp.

Zamknięte są żłobki, przedszkola, szkoły i uczelnie, baseny, czy siłownie. W miejscach publicznych, jak sklepy, restauracje czy bary wprowadzono zasadę odległości 1 metr klienta od klienta. (Korespondentowi brytyjskiego dziennika „The Guardian” udało się sfotografować parę, która tę zasadę wprowadziła w życie aż z nawiązką).

View post on Twitter

Bary i restauracje są również czynne tylko do 18:00, co drastycznie zmienia włoski sposób życia – skończą się wieczorne i nocne spotkania z przyjaciółmi przy dobrym posiłku i winie.

Luigi Geninazzi, emerytowany dziennikarz mieszkający pod Mediolanem, tłumaczy jednak, że we Włoszech nie da się wprowadzić środków bezpieczeństwa takich jak w Chinach czy w Korei.

„Musiałem dzisiaj wyjść z domu, pojechać do dentysty. Na autostradzie widziałem bardzo dużo samochodów, zwłaszcza ciężarówek i busików. Rzemieślnicy i dostawcy nadal pracują. A zakaz wjazdu i wyjazdu z Lombardii? Co z tego, że na autostradach są wojskowe posterunki? Każdy, kto zna okolicę, zjedzie wcześniejszym zjazdem w Piemoncie i przedostanie się do Mediolanu lokalnymi drogami. To wszystko miałoby sens, gdyby wprowadzić drastyczne środki, jak w Chinach. Ale takie środki może wprowadzić tylko dyktatura, a my dyktaturą nie jesteśmy. Na szczęście".

Kiedy pytam, jak towarzyscy Włosi dają sobie radę z powstrzymywaniem się od takich gestów jak obejmowanie się czy siarczyste całowanie w oba policzki, Luigi Geninazzi tylko się śmieje. Mówi, że zwłaszcza młodzi ludzie niewiele sobie robią z obostrzeń, jakby nie mieli do końca świadomości, że najbardziej ucierpią w przypadku dalszego rozwoju epidemii ich dziadkowie, tacy jak on sam.

– Jak zwykle we Włoszech, sytuacja jest ciężka, ale nie poważna – mówi Geninazzi. Po włosku słowo „poważny” ma dwa znaczenia, takie same jak po polsku.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne