Po schwytaniu Nicolása Maduro Wenezuelczycy nie wyszli na ulice w obronie prezydenta, a stanęli w kolejkach po zakupy. Bo miastami wciąż rządzą uzbrojone bojówki chavistowskie
Niedziela po schwytaniu prezydenta Nicolasa Maduro była spokojna. Jak donoszą lokalne media, w wenezuelskich miastach przez cały ranek ciągnęły się kolejki przed supermarketami i stacjami benzynowymi. W niektórych dzielnicach ludzie gromadzili się przy prowizorycznych stacjach z agregatorami prądotwórczymi, by naładować telefony komórkowe.
– To niezwykle symboliczne obrazy, które podsumowują dwanaście lat reżimu Maduro – mówi OKO.press mieszkaniec Caracas, nazwijmy go Jose, bo pragnie zachować anonimowość. Dodaje też, że spokój na ulicach jest pozorny. – W Wenezueli ściany mają oczy. A chaviści dbają o to, żebyśmy nie okazywali „niepotrzebnej radości”.
– Na całym świecie Wenezuelczycy świętują, prawda? Z wyjątkiem Wenezueli. Ostatnie dni były przepełnione niepokojem, ludzie siedzieli w domach, wychodzili tylko po to, by znaleźć jedzenie. A dlaczego? Bo nikt nie wyjdzie świętować, gdy władza wciąż jest w rękach chavistów – mówi z wenezuelski ekonomista Oscar José Torrealba, dyrektor ds. badań w Instytucie Nauk Politycznych im. Hernána Echavarríi Olózagi w Kolumbii.
Jakby na potwierdzenie, od kolejnego rozmówcy dostaję krótki film z ulic innego wenezuelskiego miasta, na którym widać mężczyzn na motocyklach z karabinami w ręku. To tak zwane kolektywy chavistowskie, czyli cywile uzbrojeni przez reżim, którzy zastraszają ludność cywilną, by nie wychodziła na ulice ani nie protestowała.
– Kto rządzi? Nikt nic nie wie – rozkłada ręce Jose. – Może „chaviści”? A może Trump? Nikt, tak naprawdę żaden z moich bliskich jeszcze nie myśli o dalszej perspektywie. Nauczyliśmy się patrzeć najwyżej tydzień do przodu, siedzieć w domu i nie ufać nawet najbliższym sąsiadom.
Przez ostatnie dwanaście lat Maduro wychodził z założenia, że dyktatury żywią swoich obywateli nie tylko chlebem, ale i polaryzacją narodu. Przez lata budował władzę na strachu przed „imperialistycznym zachodem”. Swoją władzę skonsolidował poprzez budowanie sieci lojalistów w wojsku, służbach wywiadowczych i grupach społecznych. Na porządku dziennym były aresztowania i wygnania opozycjonistów, którym towarzyszył postępujący demontaż instytucji demokratycznych.
A że Maduro był na bakier z ekonomią, to w efekcie jego rządów gospodarka Wenezueli skurczyła się o 80 proc. w ciągu ostatniej dekady. W czasie postępującej hiperinflacji Maduro imał się różnych pomysłów. Ogłosił na przykład narodowy „Plan Conejo” (Plan Królika), który miał zachęcić obywateli do hodowania i jedzenia królików, „doskonałego źródła białka”. A żeby walczyć z przerwami w dostawach prądu, prosił państwowych urzędników, by nie przychodzili do pracy. Obywatelom nakazywał natomiast zaprzestanie używania suszarek do włosów.
– Z perspektywy przeciętnego zjadacza chleba, żadne z działań dyktatora nie wpłynęło na losy ludu tak, jak wszechobecny głód – ciągnie mieszkaniec Caracas. – A teraz tym bardziej nie wiadomo, co się może jeszcze wydarzyć. Dlatego pytam samego siebie: czy „dieta Maduro” nie wróci już bez samego Maduro?
W dużym uproszczeniu „dietę Maduro” można opisać tak:
Rok 2014: W cenie puszki coca-coli można kupić ponad 200 litrów paliwa.
2015: Na Twitterze furorę robi hashtag: #PustepółkiwWenezueli. Na rodzinę przypada rolka papieru toaletowego miesięcznie. Maduro wrzuca na Twittera historię z Japonii, gdzie w jednym z zestawów McDonalds znaleziono ząb. Oskarża w ten sposób sieć, która „dołączyła do wojny gospodarczej przeciwko Wenezueli”. Zrezygnowała bowiem ze sprzedaży frytek ziemniaczanych, które stały się za drogie dla obywateli.
(W międzyczasie Maduro wprowadza podatek od dużych transakcji finansowych, by uderzyć w najbogatszych. Grudniowe wybory 2015 roku wygrywa demokratyczna opozycja, już w styczniu 2016 reżim przejmuje siłą kontrolę nad Zgromadzeniem Narodowym).
2016: Na ulice wyjeżdżają państwowe ciężarówki z pudełkami z dotowaną żywnością, często przeterminowaną. Nazywane są CLAP – od hiszpańskiego akronimu Lokalnych Komitetów Zaopatrzenia i Produkcji. Po serii napadów głodnych obywateli Maduro wydaje dekret, zgodnie z którym uzbrojona Gwardia Narodowa musi towarzyszyć rządowym ciężarówkom.
2017: Trzech na czterech Wenezuelczyków straciło na wadze – średnio 9 kilogramów. Z jednego z zoo giną zwierzęta, np. pekari i bawoły porywane przez głodnych obywateli. Kwitnie czarny rynek żywności. Tak zwani buhoneros handlują na ulicach jedzeniem po niższych stawkach niż te ustalone przez reżim. Prawnicy i lekarze zostają przemytnikami paliwa i makaronu, bo to lepiej płatne zajęcie niż ich wyuczony fach.
2018: Hiperinflacja wynosi 1,35 miliona procent. Ośmiu na dziesięciu wyborców popierających Maduro twierdzi, że pudełka prezydenta są głównym źródłem ich pożywienia. Gwardia Narodowa rozpoczyna przeszukiwanie domów z nielegalnym jedzeniem lub papierem toaletowym. Za zapasy grozi areszt. Wenezuelczycy ukrywają więc zapasy w grobowcach na cmentarzach. Wskaźnik zapadalności na gruźlicę osiąga najwyższy wynik od 40 lat. Liczba samobójstw nastolatków rośnie o 18 proc. Najbiedniejsi mielą liście guawy z sodą oczyszczoną, aby stworzyć dezodorant. Gotowany popiół z ognia służy za mydło.
2019: Maduro odmawia pomocy humanitarnej o wartości około 60 milionów dolarów na walkę z niedoborami żywności i problemami zdrowotnymi, ponieważ Wenezuelczycy nie są „żebrakami”.
Po pandemicznym 2020 roku dyktator złagodził politykę kontroli cen i waluty wprowadzoną przez Cháveza, a tzw. dolaryzacja, nazywana przez niego „wentylem bezpieczeństwa” doprowadziła do odbicia się kraju po kryzysie gospodarczym. Dzięki temu Maduro udało się przetrwać przez jeszcze pół dekady.
Dziś wiemy, że zostawił po sobie zrujnowaną gospodarkę, rozpadająca się infrastrukturę naftową, wysokie wskaźniki przestępczości, wszechobecną korupcję, zniszczone usługi publiczne, chroniczne problemy z dostępem do szpitali i szkół.
To wszystko zmusiło prawie osiem milionów Wenezuelczyków do ucieczki z kraju, a pozostałych do życia w skrajnej biedzie.
Dlatego dziś obrazy kolejek do sklepów spożywczych czy ludzi ładujących telefony komórkowe na ulicach, nikogo w Wenezueli nie dziwią. A po pojmaniu Maduro, pierwsze pytanie brzmi: „Czy będzie co jeść?”.
Mieszkaniec Caracas: – Na razie jest stabilnie. Wszyscy czekamy, co się wydarzy do końca stycznia.
– Podejrzewam więc, że w nadchodzących dniach będzie spokojnie i nie przełoży się to na problemy dla gospodarki, rozumianej w kontekście dostaw żywności lub dostępu do żywności. Obecnie reżim praktycznie otoczył całe Caracas i ma absolutną kontrolę nad dostawami żywności – mówi mi z kolei dyrektor ds. badań w Instytucie Nauk Politycznych im. Hernána Echavarríi Olózagi.
„Czy da się odbudować kraj, w którym emerytury pokrywają 2 proc. podstawowych potrzeb żywieniowych seniorów, a nauczyciele zarabiają średnio równowartość 15 dolarów?” – pytam ekonomistę.
– Odbudowa gospodarcza będzie znacznie łatwiejsza niż odbudowa instytucjonalna – podkreśla Torrealba. – Uważam, że największym wyzwaniami będzie powrót do stabilności politycznej i reformy instytucjonalnej. Czyli przywrócenia republiki, rozumianej jako system podziału władzy, w którym przeważają interesy narodu, a nie interesy partii czy ideologii chavistowskiej.
Donald Trump może mówić, że Stany Zjednoczone będą „rządzić” Wenezuelą i nadzorować produkcję ropy naftowej. Jednak prezydenta USA (lub przyszłą wenezuelską władzę) czekają nie tylko wyzwania polityczne (przecież USA usunęły przywódcę, ale nie zdemontowały reżimu), ale przede wszystkim gospodarcze.
I tutaj ważna jest rola wiceprezydentki Delcy Rodríguez, która już dwa dni po zatrzymaniu Maduro zaprosiła rząd USA do „współpracy w ramach programu ukierunkowanego na wspólny rozwój”. To Rodríguez pełni dziś obowiązki głowy państwa. A w poniedziałek jej brat Jorge został ponownie wybrany na stanowisko przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Wenezueli na kadencję 2025-2026.
Niektórzy z latynoskich komentatorów wieszczą nastanie „ery Rodríguezów”, a nie jak chciałby tego demokratyczny Zachód, nowej, opozycyjnej wobec reżimu władzy na czele ze zwycięzcą wyborów prezydenckich z 2024 roku Edmundo Gonzálezem Urrutią wspieranym przez Maríę Corinę Machado, niedawną laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla.
– Chavizm to wielogłowy potwór. To znaczy, Nicolás Maduro i Silvia Flores byli jednymi z przywódców tego potwora, ale są też inne bardzo ważne postacie, które wspierają chavizm, takie jak rodzeństwo Rodríguez, Diosdado Cabello i Padrino López, którzy popierają chavizm i stanowią bardzo ważne struktury władzy. I dziś największym problemem jest to, że wszystkie instytucje państwowe są chavistowskie. Oczywiście USA mogłyby wprowadzić Marię Corinę Machado na urząd, ale jest bardzo prawdopodobne, że zostałaby uwięziona lub zmarła w ciągu najbliższych kilku miesięcy, z prostego powodu, że Siły Zbrojne by jej nie uznały. Dlatego transformację musi prowadzić ktoś z kręgu chavistów – dodaje Torrealba.
W ostatnich latach rodzeństwo Rodríguezów (ich ojcem jest partyzant, który brał udział w porwaniu amerykańskiego biznesmena Williama Franka Niehousa w 1976 roku) nazywano architektami „tropikalnej pierestrojki”. To właśnie wiceprezydentka, znana z technokratycznego podejścia, zamiłowania do luksusowych zakupów i romansów z bogatymi mężczyznami, poprowadziła kraj w kierunku dolaryzacji, co pozwoliło wenezuelskiej gospodarce uciec z piekielnego kręgu hiperinflacji.
Jej brat, z wykształcenia psychiatra, odpowiadający za legislaturę, pomagał jej po cichu detonować socjalistyczne mechanizmy państwowej kontroli na rzecz pragmatyzmu gospodarczego.
Gdy ledwie 48 godzin po zatrzymaniu Maduro Delcy Rodríguez – co ciekawe jako jedyna w kręgu jego bliskich współpracowników mówi płynnie po angielsku – zaprasza do Amerykanów do „współpracy w ramach programu ukierunkowanego na wspólny rozwój”, to jawny znak, że „ideały rewolucji” przegrały z politycznym i gospodarczym pragmatyzmem.
Oczywiście wiceprezydentce nie będzie łatwo: musi utrzymać wpływowych ministrów Diosdado Cabello (szef MSW) oraz Padrino Lópeza (szef resortu obrony), którzy kontrolują siły zbrojne, policję, większość służb wywiadowczych i właśnie motocyklowe bojówki „chavistów”.
„Strategia rodzeństwa jest jasna: oferować amerykańskim i europejskim korporacjom międzynarodowym koncesje na wydobycie ropy naftowej i gazu jako kartę przetargową w celu uzyskania legitymacji politycznej i stopniowego znoszenia sankcji finansowych” – wieszczy na przykład argentyńska gazeta „El Editor Mendoza”. Czyżby dawni poplecznicy Maduro zdradzali właśnie ideologię chavizmu?
Znamienny jest też fakt, że mimo szumnych zapowiedzi o wsparciu dla Maduro Wenezuelczycy wcale nie wyszli na ulice w jego obronie. Cały czas zapowiada to choćby jego syn za pośrednictwem mediów społecznościowych. Muskuły prężą też wspomniani ministrowie, którzy kontrolują siły zbrojne. Ale wydaje się, że naród szybko odwrócił się od Maduro. Proreżimowe media, a za nimi wiele światowych portali, informowały co prawda, że w niedzielę w Caracas zebrał się „wielotysięczny tłum” zagorzałych „chavistów” (na czele z Rosą Inés Chávez, córka Hugo Cháveza), ale okazało się, że film z demonstracji, który krążył po sieci, został spreparowany i służył wyłącznie dezinformacji.
Być może niektórzy, jak Jose, korzystają z VPN (to jedyny sposób na połączenie z internetem, bo cenzura sieci w Wenezueli działa od lat). Być może też zobaczyli wpis jednego z amerykańskich urzędników w mediach społecznościowych. Opublikował on zdjęcie pierwszego posiłku Maduro w amerykańskim areszcie: dwie kromki chleba, trzy gotowane kiełbaski, trochę ryżu i keczup. Pod fotografią nie brakowało komentarzy, że posiłek o wiele bardziej pożywny niż paczki, które prezydent zapewniał swoim rodakom w czasach największego kryzysu żywnościowego.
– Nie ma jeszcze powodu, by ogłaszać zwycięstwo – mówi ekonomista Torrealba. – Jest jednak powód do radości, bo wszyscy pragniemy sprawiedliwości. To, co stało się z Maduro, to pierwszy i ważny krok w kierunku wyzwolenia Wenezueli. Ale droga przed nami jest jeszcze bardzo daleka.
Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.
Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.
Komentarze