Donald Trump i jego administracja zapowiadają jasno i bez ogródek, że Stany Zjednoczone będą posługiwać się w globalnej polityce siłą, nie oglądając się na prawo międzynarodowe
Wiemy już dobrze – bo Donald Trump wielokrotnie nam to powiedział – że Stany Zjednoczone nie zamierzają być nadal globalnym żandarmem. Nie możemy się jednak wciąż przyzwyczaić do myśli, że Ameryka Donalda Trumpa szykuje się do zupełnie innej roli – globalnego pirata.
Według XIX wiecznej doktryny Monroe’a areną amerykańskich interwencji zbrojnych, eksperymentów socjotechnicznych czy sponsorowanych zamachów stanu była Ameryka Łacińska. A dziś może być nią dowolny kraj, czy dowolne terytorium świata.
„To prezydent czynu, a w tym niebezpiecznym świecie nie ma pokoju bez siły. Amerykańskie przywództwo w skali świata powraca – kiedy on (Trump – red.) mówi, że coś ma znaczenie, to tak po prostu jest. Podejmiemy wszelkie niezbędne działania z pełnym zaangażowaniem Departamentu Wojny, by to (co mówi Trump – red.) zrealizować” – tuż po ataku na Wenezuelę sekretarz obrony Pete Hegseth niemal bez ogródek wyłożył sposób myślenia administracji Donalda Trumpa o metodach realizacji celów stawianych przez prezydenta USA w polityce międzynarodowej.
W okresie swej drugiej prezydentury Donald Trump wciąż pozostaje postacią ze świata politycznej groteski, niewykluczone jednak, że ta groteska niepostrzeżenie przemienia się w horror, jeden z tych wielu, w których główny protagonista z morderczymi narzędziami w obu rękach, nosi na twarzy maskę klauna.
Amerykańska armia, siły specjalne i wywiad odniosły niewątpliwie spektakularny sukces, przeprowadzając atak na Wenezuelę i uprowadzając prezydenta kraju Nicolasa Maduro. Z militarnego punktu widzenia cała operacja była majstersztykiem, Amerykanie w ciągu kilku godzin zdążyli całkiem poważnie uderzyć w wenezuelską infrastrukturę obronną i zdekapitować jej polityczne przywództwo.
Zarazem było to całkowite pogwałcenie prawa międzynarodowego – działanie wręcz symetryczne do rosyjskiego ataku na Ukrainę w lutym 2022 roku, tyle że w przeciwieństwie do rosyjskiej napaści udane. Natychmiast zresztą podchwycił to Kreml i rosyjska propaganda.
Jeszcze większym być może pogwałceniem prawa międzynarodowego, było to, co nastąpiło chwilę później – gdy Donald Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone „będą rządzić” Wenezuelą i odbiorą sobie „zrabowaną” przez Wenezuelę amerykańską ropę. Nie ma do czegoś podobnego żadnych uznanych prawem międzynarodowym narzędzi, nie ma mandatu ONZ, nie ma wenezuelskiej zgody i nie ma choćby samozwańczej koalicji kilku naprędce skrzykniętych krajów.
„Będziemy rządzić” – za tą frazą stoi tylko i wyłącznie militarna siła.
Atak na Wenezuelę można traktować jako bardzo spektakularny jednorazowy wyczyn Donalda Trumpa i jego akolitów z Białego Domu. Można też jednak widzieć w nim pierwszą udaną operację nowej doktryny Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Za tym drugim świadczy już całkiem sporo.
Operacja specjalna Donalda Trumpa była bardzo ostentacyjną demonstracją nowych reguł, które Stany Zjednoczone zamierzają stosować w polityce międzynarodowej. To reguły, według których polityczna wola silniejszego może być egzekwowana przemocą lub groźbą użycia przemocy na słabszym.
Rządzi ten, kto ma do tego środki, a liczyć trzeba się tylko z tymi, którzy również mają środki – najlepiej w postaci parasola atomowego.
Nie minęły 24 godziny od ataku na Wenezuelę, a do retoryki najważniejszych oficjeli w Białym Domu powróciły kwestie przyszłego ataku na Kubę (sekretarz stanu Marco Rubio wskazał ją jako następny „cel” USA) i aneksji Grenlandii. Wcześniej na celowniku Trumpa znalazły się jeszcze Meksyk, Kanada i Panama. Niemniej obiekty zainteresowania Trumpa i jego ludzi znajdują się także sporo dalej niż w obu Amerykach i ich otoczeniu (za które od biedy można by uznać Grenlandię).
Przez sporą część ostatniego roku administracja Trumpa realizowała brutalny plan wyciśnięcia wymiernych finansowych zysków z wojny w Ukrainie. Postawiony pod ścianą – bo od zgody na warunki USA Trump uzależniał kontynuowanie pomocy wojskowej dla broniącego się przed Rosją kraju – i publicznie upokarzany (pamiętne spotkanie w Białym Domu) Wołodymyr Zełenski przyjął ultimatum i zgodził się zarówno na umowę dotyczącą przyszłej eksploatacji przez Amerykanów ukraińskich złóż surowców ziem rzadkich, jak i na nieproporcjonalnie wysoki udział amerykańskich firm w przyszłej powojennej odbudowie Ukrainy. Dopiero po zmuszeniu Ukrainy do przyjęcia tych warunków prezydent USA zabrał się bardziej na serio do negocjacji z Rosjanami.
Rozmowy Amerykanów z Rosjanami i tak jednak prowadzone są ponad głowami Ukraińców. Władimir Putin jest dla Trumpa podmiotem – i partnerem do negocjacji. Wołodymyr Zełenski ma w tym układzie Waszyngtonu i Moskwy rolę zupełnie przedmiotową, podobnie jak jego kraj.
Z punktu widzenia Trumpa Ukraina jest obiektem, który można dzielić z Rosją kreskami rysowanymi na mapie, pamiętając przede wszystkim o zabezpieczeniu własnych interesów Stanów Zjednoczonych.
Tworząc to wyliczenie, nie zapominajmy też o tak zwanej inicjatywie pokojowej dla Strefy Gazy firmowanej przez Donalda Trumpa. Prezydent Stanów Zjednoczonych ze swą deweloperską werwą najpierw snuł konsternujące wizje zamiany ruin Gazy, w które wsiąkła krew ofiar izraelskiego ludobójstwa, w kwitnącą nadmorską „riwierę” z kasynami i hotelami jak z Las Vegas. Następnie postanowił przejść do czynu. I choć po drodze udało mu się wywrzeć wpływ na obie strony konfliktu i skłonić rząd Izraela do zawarcia rozejmu z Hamasem, to przygotowany przez Amerykanów szkic docelowego porozumienia pokojowego zakłada, że przyszłą powojenną administracją Strefy Gazy ma kierować personalnie Donald Trump (nie użyto tam jego oficjalnego tytułu, lecz nazwiska). Zaznaczmy przy tym, że jak dotąd Izrael się pod tym pomysłem nie podpisał.
„We will run Gaza” – to brzmiałoby zupełnie jak wygłoszone po ataku na Cacaras przez Triumfa triumfalne „We will run Venezuela”, nieprawdaż?
22 grudnia Donald Trump sprawił sobie złoty prezent pod choinkę. Ogłosił mianowicie, że amerykańska marynarka wojenna otrzyma okręty niewodowanej od prawie 80 lat klasy – a mianowicie pancerniki. Zaznaczmy – pancerniki typu „Donald Trump”. W trybie natychmiastowym ma się rozpocząć budowa dwóch pierwszych, a docelowo ma ich powstać od 20 do 25. Ma to być jeden z fundamentów budowy przez Trumpa „Złotej Floty”, czyli narzędzia globalnej dominacji Stanów Zjednoczonych.
O co tu właściwie chodzi? Ostatni pancernik w historii świata wypłynął w pierwszy rejs w 1946 roku – był to brytyjski HMS Vanguard, którego budowy nie udało się po prostu ukończyć przed zakończeniem II wojny światowej. Od tego czasu pancerników nie budował już nikt – bowiem w roli głównej siły uderzeniowej floty zostały one całkowicie zastąpione przez dużo skuteczniejsze i zdolne do przeprowadzania ataków na ogromne dystanse lotniskowce. Był jeszcze wprawdzie epizod z epoki Ronalda Reagana, który w latach 80., by zwiększyć presję na Związek Sowiecki, nakazał odrdzewić i zmodernizować kilka pancerników pamiętających wojnę na Pacyfiku, zamieniono je jednak w wielkie pływające platformy do ostrzału celów naziemnych zarówno z wykorzystaniem ponad 80-letnich ogromnych dział, jak i nowoczesnych pocisków manewrujących. Dwa z tych pancerników Amerykanie wykorzystali w operacji „Pustynna Burza”, odpalano z nich Tomahawki i oddano kilka armatnich salw w irackie instalacje nadbrzeżne.
Pancerniki Trumpa mają prawdopodobnie pełnić w pewnym sensie analogiczną rolę, jednak rozporządzając nieporównanie większą siłą ognia. Na ich pokładach mają zostać zainstalowane wyrzutnie pocisków nuklearnych i hipersonicznych konwencjonalnych pocisków manewrujących. Do tego po 128 pionowych wyrzutni pocisków z rodziny SM – takich samych jak na niszczycielach rakietowych klasy Arleigh Burke i baterie szybkostrzelnych dział o kalibrze 127 mm.
Jeśli dodamy do tego fakt, że nowe okręty Trumpa mają mieć po 260 metrów długości, zrozumiemy, że nie mają one bynajmniej służyć do toczenia bitew morskich w hipotetycznej III wojnie światowej – na przykład przeciwko Chinom.
Nie, pancerniki Trumpa zupełnie się do tego nie nadają i zupełnie tak samo, jak ich drugowojenne pierwowzory, będą to mocno przerośnięte potwory możliwe do zniszczenia pociskiem wystrzelonym ze startującego z lotniskowca samolotu lub odpalonym z wielokrotnie mniejszego niszczyciela.
Ale to nie problem – bo pancerniki Trumpa to broń nie do bitew morskich, tylko do terroryzowania całych państw – i to zwłaszcza tych, w wypadku których występuje całkowita asymetria potencjałów obronnych w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi. Taki okręt wraz ze swą eskortą i w towarzystwie na przykład grupy uderzeniowej lotniskowca to narzędzie do wywarcia bezpośredniego militarnego nacisku zarówno na dowolne państwo Ameryki Łacińskiej, jak i na niemal dowolne państwo świata, z wyłączeniem mocarstw atomowych.
Zaznaczmy przy tym, że do ataku na Wenezuelę Amerykanie użyli zaledwie kilku znacznie mniejszych od przyszłych pancerników okrętów rozmieszczonych na morzu Karaibskim.
Nacisk nie zawsze musi zresztą oznaczać wycelowanie w naciskanego pocisków i luf superpancerników przyszłości. Stany Zjednoczone Donalda Trumpa prowadzą dla przykładu specyficzny eksperyment o nieco innym charakterze.
W trakcie niemal całego 2025 roku, w kilku kolejnych odsłonach, z których ostatnia nastąpiła w grudniu, Stany Zjednoczone Donalda Trumpa nakładały sankcje personalne na prokuratorów i sędziów jednej z najważniejszych międzynarodowych instytucji sądowniczych cywilizowanego świata – czyli Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK). Były to sankcje analogiczne wobec tych nakładanych na przykład na rosyjskich zbrodniarzy wojennych czy oligarchów finansujących wojnę w Ukrainie. Ze strony administracji Trumpa była to zarazem retorsja, jak i narzędzie nacisku. Retorsja – bo sankcje nakładano na prokuratorów i sędziów, którzy wydawali nakazy aresztowania najwyższych urzędników Izraela w związku ze zbrodniami wojennymi w Gazie. Narzędzie nacisku – bo jednocześnie USA domagają się, by nieuznawany przez nie MTK ogłosił, że nie będzie oskarżać amerykańskich polityków, wojskowych czy funkcjonariuszy służb.
O tym, że takie sankcje mogą być nadspodziewanie dotkliwe nawet dla należącego do klasy średniej wyższej lub wręcz wyższej praworządnego i szanowanego obywatela Unii Europejskiej o bardzo wysokiej pozycji społecznej, świadczy szczegółowo opisany przez „Le Monde” przykład francuskiego sędziego MTK Nicolasa Guillou. Administracja Trumpa objęła go sankcjami w sierpniu – po wydaniu zgody przez MTK na aresztowanie premiera Izraela Benjamina Netanjahu.
Sędzia nie może się posługiwać kartami płatniczymi – bo ich mający w Europie praktycznie monopol wydawcy – Visa i Mastercard to amerykańskie instytucje finansowe posłusznie realizujące nakazy administracji Trumpa.
Sędziemu zamknięto też dostęp do licznych amerykańskich usług cyfrowych. Nie zarezerwuje apartamentu na Airnb, nie zrobi zakupów na Amazonie. Ba, nie zrobi zakupów także na wielu innych platformach, bo po pierwsze, jego karty płatnicze nie działają, a po drugie, nie ma też dostępu do PayPala i wielu innych podobnych usług, po trzecie można mu zablokować transakcję na podstawie samego użycia do pośrednictwa w niej infrastruktury należącej do którejś z amerykańskich firm.
Sankcje tego rodzaju to dobre narzędzie zarówno do uderzenia w polityczne elity krajów będących obiektem zainteresowania Stanów Zjednoczonych, jak i do destabilizacji całych społeczeństw (wyobraźmy sobie dzień, w którym w danym kraju nagle przestają działać karty płatnicze).
Nie można wykluczyć, że w przyszłości zostaną one użyte na znacznie szerszą skalę, niż do utrudniania życia kilku ważnym postaciom międzynarodowego sądownictwa i demonstrowania stosunku administracji Trumpa do instytucji takich jak MTK.
„Doktryna Donroe” – pod którą właśnie radośnie podpisał się Trump to bezpośrednie nawiązanie do doktryny ogłoszonej w 1823 roku przez prezydenta Jamesa Monroe’a. Stany Zjednoczone uznały w niej obie Ameryki za swą strefę interesów i zapowiedziały, że nie dopuszczą do ponownej kolonizacji Ameryki Łacińskiej przez kraje europejskie. W zamian za powstrzymanie się od takich prób przez mocarstwa Europy, USA obiecały, że nie będą mieszać się w sprawy kontynentu.
W Europie, nieco obrażeni, pamiętamy to jako amerykański izolacjonizm skutkujący nieuczestniczeniem przez USA w pierwszych fazach I i II wojny światowej. Dla Stanów Zjednoczonych było to jednak trwające przez ponad stulecie pasmo interwencji i ingerencji w sprawy krajów Ameryki Łacińskiej, skutkujące ekonomiczną kolonizacją części z nich (co dotyczyło na przykład Wenezueli przed 1976 rokiem).
W przeciwieństwie do pierwowzoru z XIX wieku doktryna Monroe 2.0 w wersji Donalda Trumpa wydaje się nie ograniczać amerykańskiej strefy interesów do obu Ameryk.
W zależności od potrzeb chwili i okazji, jakie może stwarzać moment historyczny, może się pod „Doktrynę Donroe” łapać zarówno Wenezuela i Kuba, jak i Grenlandia, czy ukraińskie złoża metali ziem rzadkich.
„Złota Flota” Trumpa wskrzesza z kolei wspomnienie o demonstracji potęgi amerykańskiej marynarki wojennej przeprowadzonej przez Theodore’a Roosevelta w latach 1907-1909. Prezydent Stanów Zjednoczonych wysłał wtedy w rejs dookoła świata „Wielką Białą Flotę”, czyli gigantyczną flotyllę złożoną z 16 pancerników i kilkudziesięciu mniejszych jednostek. Kadłuby pancerników pomalowano na biało – stąd nazwa całej armady. Ten rejs, tylko o parę lat poprzedzający I wojnę światową, miał być ukoronowaniem całej XIX wiecznej polityki morskiej USA, w której mieściły się i liczne interwencje w Ameryce Łacińskiej, i wojny berberyjskie, które nauczyły Amerykanów, że flota może być doskonałym narzędziem globalnej dominacji.
Jeszcze w grudniu można było łatwo stawiać w nawias wojownicze deklaracje i posunięcia Trumpa i jego ludzi. Zmiana nazwy departamentu obrony na departament wojny? Fanfaronada i tyle. Żądania dotyczące Grenlandii? Absurd bez oparcia w międzynarodowych realiach. Pancerniki typu Donald Trump? Chyba do końca upadli na głowę. Nazywanie Maduro „pospolitym przestępcą”, który „skończy w amerykańskim więzieniu”? No właśnie.
Zdecydowanie warto zastanowić się na nowo nad tym, co tak naprawdę właściwie znaczy hasło „Make America Great Again”.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze