0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Kuba Atys / Agencja WyborczaKuba Atys / Agencja ...

W poniedziałek 22 sierpnia 2022 szef resortu sprawiedliwości Zbigniew Ziobro udał się do Konina w Wielkopolsce, gdzie zwołał konferencję prasową, by podzielić się swoimi przemyśleniami ze spragnionymi słów ministra Polakami. Ziobro postanowił zrobić dla rodaków przegląd prasy zagranicznej, odnosząc się do artykułu w ostatnim wydaniu niemieckiego tygodnika "Der Spiegel".

Niemiecki spisek w tygodniku „Der Spiegel"

Najnowszy "Der Spiegel" piórem Ralfa Neukircha pisze o konflikcie między szefową Komisji Europejskiej Niemką Ursulą von der Leyen a odpowiedzialną za praworządność czeską wiceprzewodniczącą KE Věrą Jourovą. Według tygodnika von der Leyen miała dążyć do kompromisu z Polską w sprawie praworządności i do uruchomienia w naszym kraju pieniędzy z unijnego Funduszu Odbudowy. Ale ze względu na twardy opór Jourovej, z którą nie konsultowano sprawy odblokowania środków z KPO, spór między Komisją a rządem PiS nie został zażegnany.

Ziobro jednak przeczytał artykuł w "Der Spiegel" po swojemu i ze znaną powszechnie przenikliwością — według niego tekst w niemieckim tygodniku to mydlenie oczu i próby odwrócenia uwagi od ataku Niemiec na Polskę:

„Otóż to są bajki dla grzecznych dzieci, to jest po prostu dalszy ciąg mataczenia ze strony Niemców" - stwierdził Ziobro.

Nie dowiedzieliśmy się, niestety, skąd Ziobro ma takie informacje i czy osobiście kanclerz Niemiec zlecił redaktorowi Neukirchowi (być może na wzór domniemanego maila szefa Kancelarii Premiera Michała Dworczyka do naczelnego tygodnika "Sieci" Michała Karnowskiego), ale nie przeszkodziło to ministrowi Ziobrze wygłosić ognistej, antyniemieckiej tyrady.

"To Niemcy są odpowiedzialni za to, że w Polsce nie ma środków z KPO. Pani von der Leyen jest i zawsze była ważnym politykiem niemieckim i w sposób jawny oszukała polskiego premiera, prezydenta, naraziła na upokorzenie. Wyjazdy do Brukseli, pokazywanie projektu, który został zaakceptowany i słyszymy, że to już nie wystarczy, są stawiane kolejne żądania" - perorował Ziobro.

I dodawał ze smutkiem: "Niestety, dzieje się scenariusz, przed którym przestrzegała Solidarna Polska, przed którą przestrzegałem, że ustępstwa wobec cynicznych, zdeterminowanych niemieckich polityków, bo to oni odgrywają wiodącą rolę, zakończyło się zwiększoną presją, szantażem, kolejnymi matactwami, w konsekwencji będziemy okradani. Polska jest okradana i wiodącą rolę w tej kradzieży, łupieniu Polski, odgrywa polityka niemiecka, z panią Niemką von der Leyen na czele i to jest fakt".

Jako główną ofiarę oszustwa Ziobro wskazał premiera Mateusza Morawieckiego, który według ministra nie przejrzał (a może nie chciał przejrzeć?) podwójnej gry niemieckiego najeźdźcy.

W tym miejscu warto zauważyć, że ważny minister obwieszczający wszem i wobec, że jego rząd dał się naiwnie wykiwać największemu wrogowi tego rządu, to dość osobliwa rekomendacja dla obozu władzy, który jest utrzymywany przez podatników przecież między innymi po to, żeby oszukać się nie dał, a nie po to, żeby można go było oszukać bez najmniejszego wysiłku.

Prezentowanie z dumą stygmatu ofiary jest w tym wypadku tym bardziej masochistyczne, że rząd Mateusza Morawieckiego oszukać się nie dał, a warunki uruchomienia pieniędzy dla Polski były jawne, jednoznaczne i znane od miesięcy. A rząd PiS ich nie spełnił. Jeszcze w maju 2022 roku przewodnicząca Von der Leyen przypominała, że reforma polskiego systemu sądownictwa powinna spełnić trzy kryteria:

  • Izba Dyscyplinarna musi zostać zlikwidowana;
  • system dyscyplinowania sędziów musi zostać zreformowany tak, by zapewniał niezależność oceny sędziów;
  • sędziowie usunięci przez Izbę Dyscyplinarną muszą mieć możliwość powrotu do orzekania.

O ile w ramach bardzo zgniłego kompromisu można byłoby uznać, że pierwsze dwa punkty wypełnia likwidująca Izbę Dyscyplinarną ustawa Andrzeja Dudy, to o brak wypełnienia trzeciego punktu z katalogu warunków Komisji Europejskiej zadbał z premedytacją... sam Zbigniew Ziobro.

Gdy prezeska Sądu Okręgowego w Warszawie Joanna Przanowska-Tomaszek w piątek 5 sierpnia nagle zezwoliła szykanowanemu przez Izbę Dyscyplinarną sędziemu Igorowi Tulei na powrót do pracy, już dzień później demonstracyjnie uchylił to protegowany Ziobry Przemysław Radzik, wiceprezes stołecznego Sądu Apelacyjnego. Teoria, że zrobił to bez wiedzy, aprobaty, bądź polecenia samego ministra, to — by użyć kategorii Ziobry — "bajka dla grzecznych dzieci".

Tym samym Ziobro de facto zrobił wszystko, co się da, żeby Unia Europejska broń Boże nie odblokowała środków dla Polski. Tym samym można powiedzieć — znów odwołując się do retoryki samego ministra — że w imieniu Komisji Europejskiej oszukał się sam, oszukał premiera i przy okazji cały rząd, co jest o tyle dziwne, że jest przecież Polakiem, a nie Niemcem (a przynajmniej nic nie wiadomo o tym, aby było inaczej).

Przeczytaj także:

Jak Niemiec zmuszał Tuska

Jednak mimo wzorowej i podręcznikowej antyniemieckiej fobii minister Zbigniew Ziobro ma problem. Taki mianowicie, że o jego nieustraszonej walce z niemiecką hegemonią mało kto się dowie (oprócz Czytelniczek i Czytelników OKO.press, ma się rozumieć). Ognistą tyradę szefa resortu sprawiedliwości całkowicie bowiem zignorowały poniedziałkowe "Wiadomości" TVP, które stanowią główny pas komunikacji pomiędzy obozem władzy a jej wyborcami.

Skąd to znaczące milczenie głównego wydania dziennika telewizyjnego?

Po pierwsze, najwyraźniej jest polecenie, by roztaczać parasol ochronny nad rządem Mateusza Morawieckiego. Ostatnie wydania "Wiadomości" przebiegają bowiem według bliźniaczego schematu:

  • najpierw główny news z takiego lub innego sukcesu rządu ułatwiającego życie zwykłym Polakom: a to entuzjastyczny materiał o uruchomieniu wypłat tzw. dodatku węglowego, a to informacja o (rzeczywiście bardzo ważnej) decyzji, by refundować "najdroższy lek świata", czyli genetyczną terapię rdzeniowego zaniku mięśni (SMA) dla niemowląt w wieku do sześciu miesięcy;
  • następnie dostajemy optymistyczne wiadomości z frontu walki Ukraińców z rosyjską agresją;
  • te są koniecznie uzupełniane albo informacjami, że walka Ukraińców nie byłaby tak skuteczna bez pomocy z Polski, albo o doniesienia na temat rosnącej potęgi naszej armii, sojuszniczych ćwiczeniach, etc. Z nieodzownymi wypowiedziami zapewniającego o bezpieczeństwie kraju szefa MON Mariusza Błaszczaka;
  • później mamy doniesienia z placów budów — nowych dróg, dworców, obwodnic, uświetniane wystąpieniami odpowiednich ministrów;
  • tak mija ok. połowa programu — dopiero w dalszej części następuje rytualny i powtarzalny atak na opozycję, osobliwie na Donalda Tuska, bo o innych partiach opozycyjnych niż Platforma Obywatelska w "Wiadomościach" zazwyczaj nie usłyszycie.

Po drugie natomiast, decydenci z Nowogrodzkiej chcą mieć pełną kontrolę nad dawkowaniem antyniemieckiego przekazu, w związku z czym samodzielna polityka Ziobry w tym względzie musi pozostać twórczością polityczną dla koneserów.

Tym bardziej że ostatnio "Wiadomości" snują antyniemiecką opowieść bez wielkiego zaangażowania. W ubiegłym tygodniu jej elementy były serwowane widzom z dużą wstrzemięźliwością. Nowy tydzień przyniósł w tym względzie małą zmianę, której jednak blisko do autoparodii.

W poniedziałek 22 sierpnia dziennik TVP pochylił się między innymi nad wypowiedzią Donalda Tuska, nagraną poza anteną podczas rozmowy z dziennikarką TVN Agatą Adamek. "Demotywuje mnie świadomość, że będę musiał kandydować. To jest tak upiorna myśl, że ja będę tam z powrotem siedział... na tej Wiejskiej" - powiedział Tusk.

Znane z niekonwencjonalnej dociekliwości "Wiadomości" z pomocą autora Adriana Boreckiego wyciągają wniosek, że skoro Tusk mówi, że kandydować musi, to znaczy, że ktoś go do tego zmusza. Kto to taki? Owszem, zgadliście Państwo, Niemcy. "Für Deutschland" - potwierdza Tusk, a całość zmontowana jest tak, jakby pracownicy TVP postanowili sparodiować swoje wcześniejsze dzieła na ten sam temat.

Z zestawu pod wezwaniem antyniemieckiego szmergla w poniedziałek dostaliśmy też wyjątkowo - nawet jak na "Wiadomości" - bełkotliwy materiał na temat knowań wokół Odry. Autor: Maciej Sawicki. Tak więc grę przeciwko Odrze, a więc w prostej konsekwencji przeciwko Polsce i Polakom, toczyć ma opozycja z Niemcami. Co ma z tym wspólnego opozycja, zrozumieć jeszcze można bez trudu, bo "Wiadomości" aż do znudzenia przypominają niepotwierdzone później doniesienia o wysokim stężeniu rtęci w Odrze. Ale co mają z tym wspólnego Niemcy, nie wiadomo. Tym bardziej, że w ubiegłym tygodniu TVP z żelaznym uporem powtarzała, że Niemcy doniesień o rtęci nie potwierdzają. Czyli mówią prawdę. Teraz okazuje się, że to nie takie proste.

„Fake newsy opozycji mają swoje źródło w Niemczech" - przekonuje Sawicki. Ale które konkretnie? Nieważne, jakieś, bo co się tym interesować. Wszystko to jednak dzieje się po to, żeby przeprowadzić "pucz rtęciowy".

Nie jest do końca jasne, jak pucz za pomocą rtęci miałby przebiegać, wiadomo jednak z grubsza, po co został zaplanowany, co klaruje redaktor naczelny "Sieci" Michał Karnowski (w roli komentatora, który ma zdanie z frazy Sawickiego "zdaniem komentatorów"): "Myślę, że te fake newsy mają także na celu zahamowanie polskiego wzrostu gospodarczego" - wyjaśnia Karnowski, wskazując na rosnącą rolę polskich portów, co ma wprowadzać niepokój u Niemców. Proste.

Cały powyższy segment "Wiadomości" sprawia jednak wrażenie mocno wymuszonego, co może oznaczać, że w PiS nie zapadła jeszcze decyzja, by wrócić do antyniemieckiej jazdy bez trzymanki na pełną skalę. A "Wiadomości" na razie po prostu obsługują w ten sposób sezon ogórkowy — tak jak potrafią i takimi tematami, które ich najbardziej interesują.

;

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog po Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce, sondażach, propagandzie. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej" jako dziennikarz od spraw wszelakich, publicysta, redaktor, m.in. wydawca strony głównej Wyborcza.pl i zastępca szefa Działu Krajowego. Pochodzi z Sieradza, ma futbolowego hopla, kibicuje Widzewowi Łódź i Arsenalowi

Komentarze