0:00
30 listopada 2022

Rząd kłóci się o odległość wiatraków od domów, blokując pieniądze z KPO

Minister Waldemar Buda przekonywał, że ustawa dotycząca wiatraków ma być głosowana na "najbliższym lub kolejnym" posiedzeniu Sejmu. Premier Morawiecki mu przeczy i zapowiada kolejne tygodnie oczekiwań. Polska na oblokowanie energii wiatrowej czeka od trzech lat. A czas ucieka

Wydrukuj

Nowe przepisy dotyczące stawiania wiatraków czekają już czwarty miesiąc na to, żeby trafić pod obrady Sejmu. A czas się kurczy - od tego, czy Polska odblokuję energię wiatrową, zależą środki unijne. Liberalizacja zasady 10H, według której nie można stawiać wiatraków w odległości mniejszej niż dziesięciokrotność ich wysokości od zabudowań, jest jednym z 37 kamieni milowych wpisanych w Krajowy Plan Obudowy. Jeśli postawionych przed Polską warunków nie spełnimy, pieniądze nie zostaną nam wypłacone. A chodzi o, przypomnijmy, 158,5 mld złotych. W tym 106,9 mld złotych w postaci dotacji i 51,6 mld złotych w formie preferencyjnych pożyczek.

Sprawa wiatraków miała być rozwiązana do końca czerwca 2022. Za chwilę więc Polska będzie mieć pół roku opóźnienia. Projekt zmian, który pomoże w rozwoju energetyki wiatrowej na lądzie, został przyjęty przez Radę Ministrów już w lipcu. Ireneusz Zyska, który odpowiada za OZE w resorcie klimatu, zapewniał wtedy, że nowelizacja trafi pod głosowanie na najbliższych posiedzeniach Sejmu.

Projekt w zamrażarce

Tak się jednak nie wydarzyło, projekt utknął w sejmowej zamrażarce. Blokowała go Solidarna Polska, o czym politycy Prawa i Sprawiedliwości mówili otwarcie. "Wiemy, że jest pewien brak konsensusu w klubie parlamentarnym. Chodzi o to, jak powinny być liczone odległości [wiatraków od zabudowań]. Naszym celem jest przyjęcie projektu, musimy to jednak przedyskutować" - mówił w październiku rzecznik rządu Piotr Müller.

21 listopada 2022 o zmiany w przepisach dotyczących wiatraków pytany był w Polskim Radiu minister rozwoju i technologii Waldemar Buda. Mówił też, że projekt miał "szybko trafić do parlamentu".

"Ale trafił w pewnej konkurencji do ustaw, które były niezwykle ważne - dotyczących energii, prądu, dotyczących działań kryzysowych związanych z wojną" - powiedział, dodając, że "ta agenda była ustawiana pod kątem wagi spraw". Jednocześnie przyznał, delikatnie sobie przecząc, że "jest to dzisiaj jedna z przeszkód do finalizacji procesu o płatność w ramach KPO".

Sprawa wiatraków jest niezwykle istotna i powinna być rozpatrywana również jako jedno z rozwiązań kryzysu energetycznego. Pisaliśmy o tym w OKO.press:

Buda, dopytywany o to, kiedy nowela trafi do Sejmu, odpowiedział: "Słyszałem albo o najbliższym, albo o kolejnym [posiedzeniu]". Najbliższe rozpocznie się 30 listopada 2022 i potrwa do 2 grudnia. Kolejne zaplanowano na połowę grudnia.

Na razie (30 listopada o 14:00) w harmonogramie obrad na kolejne dni, punktu dotyczącego wiatraków nie przewidziano.

Lata walki o wiatraki

Przypomnijmy, co przez ostatnie lata działo się w sprawie wiatraków:

  • w 2016 roku przyjęto tak zwaną ustawę antywiatrakową, która wprowadziła zasadę 10H. Według niej odległość wiatraka od zabudowań i terenów cennych przyrodniczo musi wynosić przynajmniej dziesięciokrotność jego wysokości. W praktyce to około 1,5 km do 2 km. Zasada działała również w drugą stronę: na terenie wokół elektrowni wiatrowych nie można budować domów;
  • rząd tłumaczył taką decyzję protestami mieszkańców, którzy nie chcą mieszkać w pobliżu wiatraków, bojąc się hałasu, zniszczenia krajobrazu, a nawet konsekwencji zdrowotnych mieszkania w pobliżu turbin (nigdy nie udowodniono, że takie istnieją). Jednocześnie w rządzie uformowała się antywiatrakowa frakcja, z dzisiejszą europosłanką Anną Zalewską na czele;
  • przez wprowadzenie ustawy wyłączono 99,7 proc. terenu Polski spod możliwości wybudowania wiatraków. Te, które powstały po 2016 roku, miały wcześniej wydane pozwolenia. Rozwój tej ważnej gałęzi OZE został kompletnie zablokowany;
  • pod koniec 2019 roku ówczesna minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiadała, że ustawę „antywiatrakową” trzeba zmienić. Projekt miał powstać do końca 2020;
  • zmiany w rządzie (stanowisko po Emilewicz przejął Jarosław Gowin) i pandemia znacząco opóźniły prace;
  • projektem wiatrakowym zajmowała się następnie wiceminister Anna Kornecka, która przeprowadziła go przez konsultacje;
  • po jej odwołaniu elektrownie wiatrowe trafiły w ręce Artura Sobonia, który przeszedł jednak do Ministerstwa Finansów;
  • ustawę w lutym 2022 przejął wiceminister rozwoju Michał Wiśniewski;
  • w kwietniu prace nad nią przejęło Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Resort w oficjalnym komunikacie pisał, że uelastycznienie 10H jest "kluczowe dla dalszego rozwoju technologii wiatrowej na lądzie";
  • 5 lipca rząd przyjął projekt nowelizacji.

Według tego projektu wiatraki mogłyby powstawać wyłącznie na podstawie Miejscowego Planu Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP). Plan będzie mógł określić mniejszą niż 10H odległość od budynków mieszkalnych czy innej elektrowni. Przed wydaniem zgody na budowę nowej elektrowni wiatrowej konieczne będzie przeprowadzenie oceny oddziaływania na środowisko (czyli m.in. analiza wpływu emisji hałasu na otoczenie i zdrowie mieszkańców). Zasada 10H została utrzymana w jednym przypadku – jeśli elektrownia ma powstać przy parku narodowym.

Kompromis: 750 m

W projekcie wyznaczono także minimalną odległość wiatraków od zabudowań - 500 metrów. Ten pomysł nie podobał się politykom Solidarnej Polski, którzy proponowali zwiększenie tej odległości do 1000 metrów. „Rzeczpospolita” dowiedziała się, że finalnie Zjednoczona Prawica przyjęła kompromis - 750 metrów. PiS ma zaproponować takie rozwiązanie mocą poprawki poselskiej. Na razie jednak kompromis nie został ogłoszony oficjalnie.

Można nawet zgadywać, że wcale nie został zaakceptowany przez całą Zjednoczoną Prawicę.

Premier Mateusz Morawiecki powiedział 28 listopada: "Jesteśmy po dyskusjach ze specjalistami i dochodzimy do końcowych uzgodnień i w ciągu paru tygodniu wypracujemy poziom konkretnej odległości". Tym samym zaprzeczył ministrowi Budzie, który z nadzieją przekonywał o sejmowym głosowaniu już na przełomie listopada i grudnia.

To nie ma znaczenia, czy będzie to 500 metrów, czy 700, to nie jest istotne, ważne jest, aby uzyskiwać energię z tych źródeł
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
konferencja prasowa,28 listopada 2022

500 metrów i ani metra więcej

Eksperci przekonują, że wydłużanie minimalnej odległości może skutecznie zahamować rozwój energetyki wiatrowej.

"Nowelizacja ustawy odległościowej, która zakłada liberalizację zasady 10H do 500 metrów pozwala na ponad 25-krotne zwiększenie dostępności terenów pod inwestycje wiatrowe. Jednak każda ingerencja w odległość minimalną oznacza dalsze blokowanie energetyki wiatrowej na lądzie" - napisali przedstawiciele Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej (PSEW). "Jak wynika z analiz Instytutu Energetyki Odnawialnej, odległość 500 m zagwarantuje nowe gigawaty z wiatru już w ciągu 2 lat, a w kolejnych latach potencjał energetyki wiatrowej na lądzie wyniesie nawet do 22 GW. Zmiana odległości na 1000 metrów oznacza nawet do pięciu razy mniej energii z wiatru w systemie" - czytamy.

Dla porównania: obecnie mamy w Polsce ok. 7,6 GW z wiatru. Moc zainstalowana elektrowni węglowych to 36,7 GW. Sama elektrownia w Bełchatowie to 5 GW.

Leszek Świętalski, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich wyjaśniał w rozmowie z Portalem Samorządowym, że zwiększenie minimalnej odległości o 200 metrów, o których mówi premier Morawiecki, zmienia w tej noweli wszystko. 500 metrów, które od początku było wpisane w projekt, zostało opracowane na podstawie analizy rozwiązań z innych europejskich krajów i miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego.

"700 metrów zburzy cały wypracowany wcześniej plan rozwoju tego segmentu w Polsce" – mówił Świętalski. Dodał również, że według projektu nowelizacji decyzję o ewentualnym wydłużeniu minimalnej odległości wiatraka od zabudowań pozostawiono radom gmin.

44 GW za 20 lat

Gdyby zasada 10H została zliberalizowana, moglibyśmy liczyć na ogromny wzrost mocy z wiatru w kolejnych 20 latach. Think tank Ember wylicza, że moc elektrowni wiatrowych na lądzie mogłaby w latach 2040. osiągnąć 44 GW. To ponad cztery razy więcej niż teraz, kiedy obowiązuje zasada 10H - analitycy szacują, że z dzisiejszymi ograniczeniami jesteśmy w stanie dobić maksymalnie do 10-11 GW.

źródło: Ember

"Uwolnienie pełnego potencjału polskiej energetyki wiatrowej to jedyny sposób na uniknięcie blackoutów i zatrzymanie gwałtownie rosnących kosztów energii elektrycznej z węgla. Potrzebujemy turbin wiatrowych jak najszybciej – a jedynym sposobem jest ograniczenie strefy ochronnej do 500 metrów" - komentuje Paweł Czyżak, analityk w Ember. Podkreśla także, że projekt nowelizacji, z propozycją minimalnej odległości 500 m, został przedstawiony Komisji Europejskiej. Tak duże zmiany w noweli mogą zablokować wypłatę pieniędzy z KPO. "Majstrując przy uzgodnionym konsensusie, Polska strzela sobie w stopę, ryzykując utratę miliardów złotych z unijnych funduszy. Rząd musi zdać sobie sprawę z tego, że bez taniej energii z odnawialnych źródeł i finansowego wsparcia z UE polskiej gospodarce grozi krach – a to ostatnia rzecz, której partia rządząca powinna sobie życzyć przed przyszłorocznymi wyborami" - dodaje.

500 metrów wystarczy, by nie słyszeć hałasu

Eksperci zaznaczają, że energia z wiatru jest nie tylko czysta, ale również tania. Portal "Wysokie Napięcie" wyliczał, że 3 października 2022 średnie hurtowe ceny energii elektrycznej w Polsce wyniosły 503 zł/MWh i były jednymi z najniższych w Europie. Jak wskazał Instytut Jagielloński (IJ), wpływ na to miał przede wszystkim silny wiatr, który ostatnio pozwolił na tak wysoką generację energii na początku kwietnia 2022 roku.

"Energia z odnawialnych źródeł była dzięki temu od 3 do 5 razy tańsza niż w przypadku produkcji w konwencjonalnych elektrowniach wykorzystujących węgiel czy gaz. Z analiz IJ wynika również, że produkcja energii elektrycznej z farm wiatrowych na lądzie istotnie przyczynia się do obniżenia średnich cen hurtowych energii elektrycznej w Polsce" - pisał Tomasz Elżbieciak z "Wysokiego Napięcia".

Tymczasem Polska ma jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów odległościowych. Dorównuje nam jedynie Bawaria - a i tam lokalny rząd zdecydował o liberalizacji zasady. Minimalną odległość zmniejszono do 1000 m i 800 m na terenach priorytetowych dla energetyki wiatrowej (czyli np. tych o najlepszej wietrzności).

Źródło: Ember

Tak duża odległość między wiatrakami a zabudowaniami miała chronić mieszkańców przed hałasem wytwarzanym przez turbiny. Naukowcy jednak tę tezę obalają i przekonują: 500 metrów wystarczy, żeby hałas nie oddziaływał na człowieka.

„Na duże odległości migrują tylko infradźwięki (fale akustyczne na tyle niskie, że niesłyszalne dla ludzkiego ucha – przyp. aut.), ale nie ma jednoznacznych dowodów na ich negatywny wpływ na zdrowie ludzi” – mówił w OKO.press prof. Piotr Kacejko z Politechniki Lubelskiej.

Według badań, których współautorem był prof. Kacejko, już w odległości około 85 metrów od turbiny poziom hałasu wynosi około 50 decybeli (dB). To wartość mieszcząca się w limitach dopuszczalnego hałasu na terenie zabudowanym w godzinach dziennych (w dzień wynoszą one 60, w nocy- 50 dB).

W odległości ok. 500 metrów natężenie dźwięku spada do poniżej 40 dB, a często nie przekracza 35 dB.

Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne