29 września 2020

Wicepremier Kaczyński do pracy nie przychodzi przed 14., czyli równoległa Rada Ministrów prezesa PiS

Specjalny, nowy komitet rządowy dla Jarosława Kaczyńskiego to stworzenie równoległej Rady Ministrów, mniejszej, ale potężnej - nowy pomysł prezesa PiS analizuje Bartłomiej Sienkiewicz, poseł Koalicji Obywatelskiej, w latach 2013-14 szef MSW i koordynator służb specjalnych

Zapowiedzi powołania Komitetu Spraw Wewnętrznych, Sprawiedliwości i Obrony Narodowej (częściej nazywanego Komitetem Bezpieczeństwa Państwa) to pomysł nie tyle uporządkowania struktur rządowych, ale tworzenia odrębnego rządu, specjalnie skrojonego pod Jarosława Kaczyńskiego. Ale po kolei.

Na podstawie ustawy z dnia 8 sierpnia 1996 roku o Radzie Ministrów, premier, z własnej inicjatywy lub na wniosek członka rządu, może, w drodze zarządzenia, tworzyć organy pomocnicze Rady Ministrów lub Prezesa Rady Ministrów. Kluczowym takim komitetem jest Komitet Stały - to on (przynajmniej w teorii) powinien zajmować się procesem legislacyjnym rządu i pracami całej Rady Ministrów.

Oprócz tego są dziesiątki międzyrządowych zespołów i komitetów powoływanych ad hoc w najprzeróżniejszych sprawach, gdzie można znaleźć i takie, które nie różnią się dalece od Ministerstwa Dziwnych Kroków grupy Monty Pytona.

Teraz ma powstać Komitet Bezpieczeństwa Państwa, na którego czele ma stanąć w randze wicepremiera Jarosław Kaczyński. By jakoś osłonić ten pomysł, usłużni dziennikarze z portalu wPolityce.pl przypominają pomysł komitetu koordynacyjnego służb specjalnych z czasów rządów PO, z kwietnia 2013 roku.

Wtedy chodziło o tych ministrów konstytucyjnych, którzy służby mieli nadzorować (bo podlegały premierowi). Likwidacji miała ulec funkcja koordynatora służb, jako nie zdająca egzaminu. Dość powiedzieć, że w tamtejszych realiach, służby miały w praktyce trzech szefów - premiera, ministra nadzorującego np. obrony narodowej i koordynatora. Plan polegał na radykalnym uproszczeniu sytuacji i przywróceniu funkcjonalności sektora.

Wicepremier Kaczyński i Komitet ds. nadzoru Ziobry

Problem w tym, że ówczesny mechanizm zakładał równość uczestników - przy roli premiera jako ostatecznego arbitra, obecny zaś tworzy strukturę bliższą Komitetowi Bezpieczeństwa Publicznego z czasów stalinowskich niż normalny instrument koordynacyjny. Siła polityczna Kaczyńskiego spełnia się przecież w zdolności odwołania lub powołania każdego ministra w rządzie, a teraz dodatkowo będzie miał do dyspozycji „na wyłączność” swoich ministrów w swoim Komitecie.

To jakby stworzyć równoległą Radę Ministrów, mniejszą, ale potężną.

Kluczem nawet nie jest to, jakie uprawnienia będą określone w zarządzeniu powołującym Komitet, czy to będzie jakiś komitecik ad hoc, czy stały, może tam nawet być zapisane, że wicepremier Kaczyński nie musi przychodzić do pracy przed godziną 14:00. Rzecz w tym, że cały pomysł jest niczym innym jak rozpaczliwą próbą nadzoru nie tyle nad resortami siłowymi (te i tak Kaczyński koordynował z Nowogrodzkiej), ale nad Zbigniewem Ziobro. Minister ten, jak donoszą media, nie ma w zwyczaju pojawiać się na Radach Ministrów kierowanych przez premiera Morawickiego, z którym wiedzie nieustający spór.

Spór na tyle rozsadzający całą Zjednoczoną Prawicę, że Kaczyński został zmuszony do osobistego nadzoru na ministrem sprawiedliwości, poprzez swój bezpośredni udział w rządzie.

Ubezwłasnowolnienie premiera Morawieckiego

Z kolei dla premiera Morawieckiego to zupełna porażka jako samodzielnego polityka - teraz „prawdziwa” Rada Ministrów będzie już zupełnie poza jego kontrolą. Trudno sobie wyobrazić, żeby wicepremier Kaczyński informował lub uzgadniał pieczołowicie cokolwiek ze swoim nominalnym szefem - premierem Morawieckim. Podobnie zresztą jak nie ma zwyczaju tego robić z prezydentem.

Wystarczy zapytać Andrzeja Dudę, jak mu idzie bycie Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych w kontaktach z kolejnymi nominatami Kaczyńskiego - Antonim Macierewiczem czy teraz Mariuszem Błaszczakiem.

Przypomina to trochę odwróconą sytuację, jaką Polska przechodziła kilkadziesiąt lat temu: czasy tzw. „małej konstytucji”. Uchwalona w 1992 roku, była rodzajem kompromisu zanim nie uchwalono obecnie obowiązującej ustawy zasadniczej pięć lat później. Regulowała tak naprawdę spór polityczny w coraz bardziej dzielącym się zwycięskim obozie „Solidarności”. To wtedy dla Lecha Wałęsy, którego nie dało się wtłoczyć w żadne mechanizmy prawa wówczas obowiązującego, stworzono regułę „resortów prezydenckich”: MON, MSZ i MSW.

Prezydent Wałęsa wyznaczał w tych resortach ministrów i tym samym był ich politycznym władcą. Chaos, jaki to sprowadziło na państwo, do tej pory jest przywoływany w dziesiątkach anegdot przez uczestników tamtych wydarzeń, a konstytucję z 1997 roku napisano „przeciw” praktyce działania Lecha Wałęsy.

Wygląda więc na to, że historia naszej Ojczyzny zatoczyła koło: poziom destrukcji aparatu państwa jest porównywalny ze stanem tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. I podobnie jak wtedy, istotą jest nieskrępowana prawem i logiką państwa polityczna wola jednostki, niemogącej się odnaleźć w regułach państwa prawa.

Paradoks historii polega i na tym, że Kaczyński zaciekle zwalczał Wałęsę między innymi za jego pozycję ustrojową, by po kilkudziesięciu latach wpaść w koleiny niszczenia państwa, kiedyś wyznaczone przez swojego dawnego i nadal zażartego adwersarza.

A co, gdyby wybuchła wojna

Żeby na koniec uzmysłowić konsekwencję tego działania, przywołajmy sytuację nadzwyczajną – ryzyko wojny.

Konstrukcja odpowiedzialności w świetle obecnej konstytucji nie jest ani czytelna, ani dająca możliwość szybkiej reakcji. W proces przestawiania państwa na tory wojny mamy zaangażowany Sejm, prezydenta i Radę Ministrów. Zapewniam, że nie jest to mechanizm prosty w działaniu. Teraz jeszcze doszedł wicepremier Kaczyński wraz ze swoim Komitetem. Konstytucyjnie jest to fakt bez znaczenia, funkcjonalnie może pogruchotać każdą próbę uczytelnienia sytuacji, jeśli Kaczyński uzna, że w tym dostatecznie nie uczestniczy. Czyli w praktyce – że on nie rządzi.

Zaiste, nie trzeba wojny, byśmy powoli, acz systematycznie, rozłożyli swoje państwo. Wystarczy, żeby Polacy ponawiali zwycięski mandat dla partii Kaczyńskiego co jakiś czas. W czasie pokoju i niebywałej prosperity, władza w Polsce stała się nie tyle mechanizmem określonym konstytucyjnie, ile jakąś pierwotną siłą rozsadzającą państwo i prawo. Trybunał Konstytucyjny, zlikwidowany przez Kaczyńskiego rękami Zbigniewa Ziobry, był początkiem tego procesu. Sądząc po zapowiedziach powołania Komitetu, Jarosław Kaczyński w dziedzinie destrukcji państwa nie powiedział ostatniego słowa.

Bartłomiej Sienkiewicz - ur. w 1961 r., historyk, publicysta, urzędnik państwowy, polityk. W 1990 roku współtworzył Urząd Ochrony Państwa, a później Ośrodek Studiów Wschodnich. W latach 2013-2014 szef MSW i koordynator służb specjalnych. Dziś poseł Koalicji Obywatelskiej. Niedawno wydał książki "Państwo teoretyczne" i "Sienkiewicz z nami" (o swoim pradziadku Henryku)

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne