0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Paweł ŚredzinskiFot. Paweł Średzinsk...

Przywracanie wypasu dużych roślinożerców, zatrzymanie wody w rowach melioracyjnych i grodzenie miejsc lęgowych może pomóc nie tylko w walce ze skutkami zmian klimatu, ale przede wszystkim w ochronie znikających z Polski gatunków ptaków siewkowych. Miałem okazję przekonać się o tym osobiście, odwiedzając rozległe łąki między Gródkiem i Michałowem, gdzie powstał istny „ptasi raj” pod ścisłym nadzorem ludzi.

Łąki ucichły

Ostatnie dekady nie sprzyjały gatunkom ptaków, które jeszcze w dzieciństwie, w latach osiemdziesiątych, widywałem bardzo często nad Narwią. Tak było między innymi z rycykiem. Na przełomie kwietnia i maja, zagęszczenie tych ptaków osiągało naprawdę imponujące wartości. Na łąkach, gdzie jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiały się ostatnie stogi siana, prowadzono wykaszanie i wypas krów, rzadziej koni. W tym krajobrazie użytkowanym rolniczo aż kipiało od życia. Oprócz rycyków, reagujących na wszelkie zagrożenie, słyszało się donośne zawodzenie czajki, równie twardo przystępującej do obrony lęgów przed wtedy jeszcze chłopcem, zachwyconym każdą wyprawą nad wielką rzekę, jaką była Narew.

Dziś łąki wydają się ciche. Pozbawione tego gwaru.

Owszem jeszcze odzywają się ich skrzydlaci mieszkańcy, ale to nie jest już to ptasie radio, którego wysłuchiwałem. W miejscach, które odwiedzam po latach, w dolinie Narwi, nie ma już tylu rycyków. Nie ma już tych dzikich spektakli, które można było podpatrywać przez lornetkę, z którą po wielokrotnych przymusowych kąpielach w rzece musiałem się ostatecznie pożegnać. O tylu czajkach, co kiedyś też można tylko pomarzyć. To przygnębiająca konstatacja. Chociaż nie był to krajobraz pierwotny, a jego funkcjonowanie było w dużej mierze zasługą paru wieków presji ze strony człowieka – ekstensywnego użytkowania łąk, koszonych i wypasanych – pełnił rolę kluczowego siedliska dla wielu gatunków ptaków, które nauczyły się korzystać z obecności ludzi.

Przeczytaj także:

PTOP wykupuje grunty

Zarzucone praktyki rolne stara się wdrażać Polskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, które jest uznawane za pioniera w zakresie wykupu gruntów na rzecz ochrony ptaków i ich siedlisk. Organizacja powstała jeszcze w ubiegłym wieku. I zanim pojawił się system unijnych dopłat, skupywała ziemię. PTOP utworzył nawet pierwszy społeczny rezerwat „Wodniczka” nad Biebrzą, zanim zapadła decyzja o utworzeniu Biebrzańskiego Parku Narodowego. Dziś jest z pewnością jednym z większych dysponentów gruntami, które użytkuje w sposób przyjazny ptakom, które żerują i zakładają lęgi na łąkach, jak gatunki siewkowe, lub zdobywają na nich wyłącznie pokarm, jak orliki.

Z Edytą Kapowicz, Prezeską PTOP, umawiam się w Gródku. Stąd jedziemy na obszar położony w sąsiedztwie tego niewielkiego miasteczka na skraju pasa wielkiej Puszczy Knyszyńskiej. Teren za Gródkiem obniża się, tworząc rozległą nieckę nazywaną Niecką Gródecko-Michałowską. Dawniej był to obszar torfowisk, silnie przekształcony przez człowieka w czasach po drugiej wojnie światowej. Melioracja odcisnęła tutaj swój trwały ślad, wypompowując systemem rowów wodę. Miało być wygodnie i sucho, ale w czasach PRL nikt jeszcze nie myślał o tym, że kilkadziesiąt lat później, sytuacja diametralnie się zmieni.

Kiedy dojeżdżamy na łąki, którymi zajmuje się PTOP, wkraczam w znany mi z dzieciństwa świat. Obok nas krążą czajki, rycyki, krwawodzioby. Co chwila do lotu wzbija się stado batalionów.

Jest początek maja, a zatem część z tych ptaków przystąpiła już do swoich pierwszych lęgów. Błyskawicznie wracają obrazki z dzieciństwa. To taka podróż w czasie. Zatrzymujemy samochody. Dalej pójdziemy już piechotą.

Czajka w locie
Czajka. Fot. Paweł Średziński

Edyta Kapowicz wyjaśnia: „Znajdujemy się w Niecce Gródecko-Michałowskiej, na obszarze Natura 2000 »Puszcza Knyszyńska«. To, co dziś wiemy z monitoringu ptaków siewkowych, jest to ich główna ostoja na Podlasiu, i jedna z ważniejszych w Polsce. A historia zaczęła się kilkanaście lat temu. To wszystko jest efektem wielu projektów, które na tym terenie zostały zrealizowane. Był tu już robiony projekt ochrony orlika krzykliwego, dubelta i siewek. Łącznie, w jednym kawałku, dysponujemy tu obszarem o powierzchni 140 hektarów”.

Idziemy wzdłuż rowu melioracyjnego. Jest w nim dużo wody. PTOP, dzięki temu, że jest dysponentem większego areału gruntów, może zatrzymywać wodę w niecce. W tym celu używa się zastawek, które sprawiają, że utrzymuje się wyższy poziom wód gruntowych, a i w samych rowach tej wody aż tak bardzo nie brakuje, co nie jest czymś oczywistym w wielu innych miejscach.

Fot. Paweł Średziński

Zatrzymujemy się przy jednej z zastawek, gdzie czeka na nas doktor Michał Korniluk, ornitolog, który pracuje na zlecenie PTOP, a działa w Fundacji Natura International Polska i Towarzystwie Przyrodniczym „Dubelt”. Michał Korniluk przypomina, że był to teren w przeszłości silnie zmeliorowany. Powstał system rowów. Na obrzeżach był prowadzony wypas, a resztę użytkowano na siano. To są łąki potorfowiskowe – zaznacza mój rozmówca.

„Po upadku PRL, system zarządzania wodą był zaniedbany, zastawki się rozpadły, łąki uległy silnemu przesuszeniu, a siano miało niską wartość paszową. Użytkowanie takich łąk nie było opłacalne, sukcesywnie zarastały, a w konsekwencji znikały siedliska ptaków siewkowych” – mówi Korniluk. „Potem pojawiły się dopłaty rolno-środowiskowe, które znów uczyniły koszenie takich łąk opłacalnym. Problem z wodą jednak pozostał. Wtedy PTOP część rowów zasypał, a na części wyremontował zastawki i dobudował też nowe, które pozwoliły piętrzyć wodę, a woda jest jednym z głównych czynników decydujących o jakości siedlisk ptaków siewkowych. Oprócz samej wody ważna jest też struktura roślinności. Ta jest utrzymywana przez ekstensywne użytkowanie – koszenie i wypas. Jeden z obszarów jest pastwiskowy i wypasa się na nim koniki polskie, a drugi kośno-pastwiskowy. Odpowiedni poziom wody i utrzymanie niskiej roślinności, z odkrytymi fragmentami gleby, tworzy bardzo pożądane przez ptaki siewkowe mikrosiedliska, w których chętnie żerują i gniazdują”.

„Jest jeszcze trzeci ważny czynnik decydujący o jakości siedliska, to niezbyt wysoka presja drapieżnicza, a więc taka, która pozwala utrzymać trwałość populacji. Niestety, obecnie produktywność ptaków, zwłaszcza tych gniazdujących na ziemi, jest mocno ograniczona przez nienaturalnie silnie oddziaływanie drapieżników” – kontynuuje Korniluk. "Ten problem został tu rozwiązany poprzez wygrodzenie obszaru gniazdowania ptaków specjalnym płotem chroniącym przed drapieżnikami naziemnymi, gdyż te głównie odpowiadają za straty w lęgach ptaków siewkowych takich jak czajka, rycyk, krwawodziób czy dubelt.

Kiedy zaczęliśmy badać ich sukces gniazdowy na wygrodzonej powierzchni, wynosił on w niektórych latach nawet 80-90 proc., co oznacza, że aż tyle lęgów zakończyło się wyprowadzeniem piskląt z gniazda".

Tam, gdzie gniazda nie są chronione przed intruzami, czyli poza ogrodzeniem, sukces gniazdowy kształtuje się na poziomie zaledwie kilku, kilkunastu procent i jest on zbyt niski, by zapewnić zastępowalności pokoleń. Populacje szybko zmniejszają swoje liczebności i w stosunkowo krótkim czasie na niecce zapanowałaby dojmująca cisza".

Refugium

Ogrodzenie jest pod napięciem i składa się z rzędów drutów osadzonych na słupkach.

„Wygrodziliśmy dwa fragmenty łąk w niecce” – dodaje Edyta Kapowicz z PTOP. „Pierwszy płot chroni obszar 30 hektarów i działa od 2017 roku. Drugi powstał niedawno i zabezpiecza teren o wielkości 26 hektarów”.

Bardzo szybko ptaki zaczęły korzystać z tej ochrony zapewnionej przez ludzi. Dawniej tę barierę stanowiły pojawiające się po roztopach rozlewiska. Z wodą jest coraz większy problem, a krajobrazy sprzed ery melioracji zobaczymy dziś tylko na zdjęciach nieżyjących już – Wiktora Wołkowa i Włodzimierza Puchalskiego.

Teraz bez pomocy człowieka trudno byłoby mówić o jakichkolwiek szansach przetrwania. Lisy i jenoty szybko zdziesiątkowałaby całą kolonię ptaków.

O ile rycyki i czajki dość skutecznie potrafią obronić swoje lęgi przed skrzydlatymi drapieżnikami, podnosząc wrzawę i odganiając każdego intruza, to z tymi naziemnymi ssakami nie dają sobie rady.

Krwawodzioby na płocie. Fot. Paweł Średziński

„Mamy tu teraz takie refugium, swoisty rezerwat” – wyjaśnia Michał Korniluk. "Za tym ogrodzeniem mamy 25 par rycyka, co jest ogromnym sukcesem. Tak wysokie zagęszczenie tego gatunku znajdziemy w Polsce już tylko tu i w Brzostowie nad Biebrzą. Mamy też sporo par krwawodzioba – aż 30, ponad 30 par czajki i przede wszystkim, powróciły bataliony. Są tu lęgowe w liczbie 1-2 samic od trzech lat. Kolejne kontrole pokażą, czy są i w tym roku. Poza Biebrzą, gdzie nie co roku lęgi są wykrywane, jest to jedyne stałe miejsce gniazdowana bataliona w Polsce.

Wielu miłośnikom przyrody i obserwatorom ptaków wydaje się, że gatunek ten gniazduje u nas w dużej liczbie, gdyż wiosną w wielu miejscach w Polsce możemy zobaczyć tokujące bataliony. Sama obecność tokowisk nie musi jednak świadczyć o lęgach. Samice decydują się gniazdować tylko wtedy, gdy znajdą odpowiednie siedliska. Natomiast samce lecą dalej, przemieszczając się frontem niemal w całym zasięgu występowania".

Oprócz tych gatunków z siewkowych występują tutaj jeszcze lęgowe kszyki i dubelty. Te ostatnie bada od dobrych kilku lat Michał Korniluk.

Edyta Kapowicz i Michał Korniluk stoją na łące
Edyta Kapowicz i Michał Korniluk. Fot. Paweł Średziński

Dubelt ma szansę

Mój rozmówca dubeltom poświęcił swoją pracę doktorską, którą niedawno obronił w Muzeum i Instytucie Zoologii Polskiej Akademii Nauk. Jego przygoda z dubeltem rozpoczęła się w 2010 roku, nad Biebrzą, gdy razem z grupą innych ornitologów z TP „Dubelt” postanowił policzyć biebrzańskie dubelty.

„Nie było to łatwe, woda była bardzo wysoka, trudno było dostać się do miejsca potencjalnych toków” – wspomina Korniluk. „Kiedy usłyszałem wtedy tokujące dubelty, to zakochałem się w tym gatunku. Głos ma magiczny, wręcz kosmiczny. Przypomina bąbelki wydobywające się z torfowiska. Jest on bardzo cichy i subtelny, trudno jest go usłyszeć z daleka, szczególnie jeśli wieje wiatr. System rozrodczy tych ptaków, nazywany tokowiskowym i spotykany zaledwie u półtora procent gatunków ptaków, jest równie ciekawy co ich głos. Samce gromadzą się w nocy na tokowisku, tylko po to, żeby swą aktywnością przyciągnąć do siebie partnerkę. Wykonują przy tym liczne podskoki, prezentują swój piękny biały ogon. W rodzicielstwie nie dają z siebie jednak nic poza genami. Tym samym konkurencja między samcami jest duża, a ze względu na to, że samice ponoszą cały trud rodzicielski, są one bardzo wybredne. Wybierają samca o najlepszych cechach morfologicznych i behawioralnych świadczących o jakości genetycznej partnera. W konsekwencji tylko około połowy samców ma szansę zachęcić do siebie samicę, a najlepszy tancerz uczestniczy w nawet 1/3 wszystkich kopulacji. Taniec ten jest jednak bardzo kosztowny energetycznie. Samiec może stracić nawet siedem procent masy ciała w ciągu jednej nocy. Do tego, jak wykazały moje badania, okazało się, że większość samców, przemieszcza się w ciągu nocy między tokowiskami, odwiedzając do dziewięciu różnych tokowisk w sezonie, odległych od siebie nawet o 250 kilometrów, a przecież lot jest również bardzo wymagającą energetycznie aktywnością. Potrzeba odbudowy zasobów energetycznych utraconych w trakcie toków i przelotów między tokowiskami wymusza lokalizację tych miejsc wyłącznie w punktach zasobnych w wysokoenergetyczny pokarm. To czyni dubelta specjalistą pokarmowym i siedliskowym”.

W jadłospisie dubelta szczególnie ważne okazują się dżdżownice, a dobre warunki żerowiskowe zapewniają im mikrosiedliska z dużą ilością odkrytej gleby i niską roślinnością. Stąd bardzo ważne jest, aby w okolicy tokowisk, będącej również miejscem, gdzie lęgi wysiadują samice, ptaki miały dostęp do odsłoniętych skrawków ziemi. Jednocześnie dubelty są mistrzami w maskowaniu, stad potrzeba urozmaiconej struktury roślinności w ich siedliskach. Chociaż samica w czasie wysiadywania jest zdana wyłącznie na siebie, to siedzi na gnieździe twardo, rzadko zostawiając jaja, jest też bardzo trudna do wypatrzenia. Tak zwany dystans ucieczki z gniazda jest bliski zera metrów, co oznacza, że trzeba dosłownie wdepnąć w bardzo bliskie sąsiedztwo gniazda, żeby samica je opuściła.

„Znalezienie jednego gniazda przy użyciu kamer termowizyjnych zajmuje nam średnio cztery noce” – tłumaczy Michał Korniluk. "Z tego powodu większość gniazd znajdowaliśmy dzięki nadajnikom GPS zakładanym na samice. Szacujemy, że sukces gniazdowy dubeltów w Polsce wynosi około 80 procent. Jest zatem bardzo wysoki w porównaniu z innymi ptakami siewkowymi.

Mimo że dane sprzed kilku lat nie były optymistyczne i wskazywały, że populacja dubeltów licząca od 400 do 550 samców, kurczy się średnio o około 7 procent rocznie, udało się odwrócić ten trend.

Jeśli ten negatywny trend utrzymałby się do teraz, dubelt nie miałby szans. Dziś jest nadzieja na jego ocalenie, między innymi dzięki projektom, które realizujemy w województwie podlaskim. Tutaj, w niecce, na gruntach PTOP, mamy aż 50 samców dubelta. W przypadku dubelta mogę być już ostrożnym optymistą".

Zdaniem ornitologa, ze względu na skomplikowany system kojarzenia tego gatunku i wymianę ptaków między tokowiskami, ważna jest ochrona nie tylko jednego tokowiska, ale też innych okolicznych tokowisk. Kluczowe jest przy tym utrzymanie na tokowisku i w jego okolicy wysokiego uwilgotnienia gleby i dużej mozaiki siedlisk. Cechy takie zapewniały niegdyś dubeltom torfowiska niskie. Tych nie pozostało jednak zbyt wiele w naszym krajobrazie. Jednocześnie odpowiednim, choć półnaturalnym siedliskiem dubelta są łąki takie jak te, które znajdują się na obszarze Niecki Gródecko-Michałowskiej, czy w dolinie Górnej Narwi i w dolinach innych podlaskich rzek. W siedliskach takich mozaikę mikrosiedlisk może zapewnić wypas zwierząt, częściowo połączony z koszeniem. Przy czym, jak zastrzega Korniluk, koniki czy krowy, które trafiają na taką łąkę, należy wpuszczać dopiero po wyprowadzeniu lęgów, najczęściej około połowy lipca. To dlatego mój rozmówca prowadzi na zlecenie PTOP monitoring tego obszaru i to po konsultacji z nim, wypuszcza się na ten teren dużych roślinożerców. Na terenie niecki za utrzymanie wspomnianych mikrosiedlisk odpowiadają koniki polskie i koszenie łąk, które uwzględniają sezon lęgowy.

Koniki

Opuszczamy teraz wygrodzony obszar w Niecce Gródecko-Michałowskiej i kierujemy się do bazy terenowej PTOP w miejscowości Kalitnik. Kilka drewnianych domów stoi w towarzystwie rozległych łąk, gdzie funkcjonuje hodowla tych koni. Edyta Kapowicz opowiada mi o gruntach wykupionych nad Górną Narwią, gdzie kierowana przez nią organizacja, również prowadzi wypas zwierząt i dba o miejsca lęgowe ptaków siewkowych.

„Nad górną Narwią ponad 200 hektarów jest już wypasane” – wyjaśnia. „Tam wypasamy nie tylko koniki polskie, ale również krowy czerwone polskie, które należą do miejscowych rolników. To są żyzne łąki madowe i musi być dużo zwierząt do wypasu. Mamy tam wygrodzone powierzchnie i powstaje tam kolejne ogrodzenie antydrapieżnicze, które będzie zabezpieczać około 60 hektarów w zalewowej dolinie. Obecnie kończymy prace nad jego ukończeniem. Będziemy próbować chronić lęgi ptaków. Jest tam też kilka tokowisk dubeltów. Utrzymanie ogrodzenia antydrapieżniczego oznacza duży nakład pracy. Musi być obkaszane raz na dwa tygodnie, trawa nie może dotykać drutów, każdego dnia trzeba kontrolować napięcie, a to oznacza, że trzeba mieć ludzi do obsługi”.

Stałego opiekuna wymagają również koniki polskie. W Kalitniku jest nim Roman Kalski, wieloletni pracownik PTOP. Dziś całą swoją uwagę koncentruje na hodowli koników. Pracy przy nich jest sporo, chociaż to stosunkowo mało wymagające zwierzęta.

„Koniki polskie są łatwe w obsłudze, dlatego są wybierane” – tłumaczy mój kolejny rozmówca. „Nie potrzebują stajni, niezależnie od tego, czy pada deszcz, czy jest mokro, czy sucho, radzą sobie przez cały rok pod gołym niebem. Potrzebuje kępy drzew, krzaków, w kwestii dobrostanu jest dopuszczony do hodowli bezstajennej. Koniki są skuteczne w odcinaniu, szczególnie jak jest młoda trzcina, bo jest słodka i potrafią naprawdę oczyścić powierzchnię z trzciny. Są skuteczne w odkrzaczaniu, bo lubią zgryzać korę i powodują, że te obgryzione krzaki wyschną. Kiedy są owady gryzące, koniki będą się wycierać w te suche krzaki i wtedy je ostatecznie wyłamią. Są w tym odkrzaczaniu skuteczniejsze niż krowy”.

Roman Kalski przy konikach polskich
Roman Kalski przy konikach polskich. Fot. Paweł Średziński

„Rolą koników jest zgryzienie roślin maksymalnie nisko” – dodaje Kalski. „Tak nisko, żeby gleba była odkryta, a to, co zostanie z suchej trawy, nie przylegało do gruntu. Ptaki siewkowe żerują na tym, co w glebie i nie lubią, jak ziemia jest szczelnie osłonięta. To jest bardzo skomplikowana układanka. To, co wnoszą ci duzi roślinożercy, to jest rozdeptywanie łąki i kępkowa struktura roślinności. Nie tworzą równo przystrzyżonego trawnika, ale zostawiają po sobie, kępki o różnej wysokości, a jednocześnie rozdeptują grunt kopytami”.

Dzięki działaniom PTOP na łąki, które znajdują się pod opieką tej organizacji, wracają nie tylko duzi roślinożercy wypasani przez ludzi i ptaki. W Niecce Gródecko-Michałowskiej przed wprowadzeniem wypasu nie było kumaków nizinnych, gatunku szczególnie chronionych płazów.

„A odkąd jest wypas, są kumaki” – kwituje Kalski. "W przypadku kumaka samo zatrzymanie wody w rowach to za mało. Pojawiły się bajorka i błotka rozdeptywane przez koniki, które są atrakcyjne dla tych płazów.

Oddać skrawki przyrodzie

Niedawno Karolina Kuszlewicz, znana adwokatka, specjalizująca się w sprawach dotyczących przyrody, podniosła sprawę lasu, który należy do jej rodziny, a który miał zostać wycięty pod inwestycję drogową. Pisała już o tym na łamach OKO.press Katarzyna Kojzar. Na potrzeby tej akcji Kuszlewicz posługiwała się hasłem „Liczą się skrawki”. Trafiła tym samym w istotę zarządzania przestrzenią, z której może korzystać wiele różnych gatunków.

Te skrawki próbuje chronić coraz więcej osób i organizacji. PTOP, który dziś posiada 1800 hektarów gruntów w dwóch województwach – podlaskim i warmińsko-mazurskim. Są też inne organizacje, które mają pod swoją opieką miejsca lęgowe ptaków, torfowiska i lasy. W Niecce Gródecko-Michałowskiej udało się na dość pokaźnym skrawku stworzyć warunki, które pozwalają z trochę większym, choć wciąż ostrożnym optymizmem patrzeć na przyszłość dubelta i innych ptaków siewkowych. Niestety wymaga to ciągłego wsparcia ze strony ludzi. Tworzy jednak praktyki warte naśladowania.

W dobie kryzysu klimatycznego i bioróżnorodności, naszą uwagę powinniśmy skupić na takich właśnie miejscach, gdzie wciąż można zatrzymać wymieranie gatunków w skali krajowej i regionalnej.

A jednocześnie chronić siedliska, które nie zawsze są tworem procesów naturalnych, ale od ich przetrwania zależy los dzikich ptaków i wielu innych gatunków fauny i flory. Bo jak pokazuje przykład spod Gródka „liczą się skrawki”, nawet jeśli przez pewien czas były silnie przekształcane przez człowieka.

;
Paweł Średziński

Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych” i „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej”.

Komentarze