Ofensywa syryjskich sił rządowych już zmusiła do ucieczki kolejne tysiące ludzi, których napływ do Turcji wzmógłby tylko kryzys humanitarny. Stąd Turcy postanowili wzmocnić swoją militarną obecność w regionie. Najwyższą cenę za wojnę płaci syryjskie społeczeństwo

Wciąż nie widać końca wojny w Syrii. Dziś na fali wydaje się być reżim prezydenta Baszszara al-Asada, jednak najwyższą cenę za wojnę płaci syryjskie społeczeństwo, podzielone jeszcze mocniej niż przed jej wybuchem. Syrię będzie bardzo trudno pozszywać w jedną całość. Trudno też wyobrazić sobie, że syryjscy uchodźcy zechcą tłumnie wrócić do kraju, pomimo przekazu oficjalnej, rządowej propagandy.

Wydarzenia ostatnich lat w Syrii potwierdzają słowa Frédérica Pichona. Już w 2014 roku ten francuski historyk pisał o syryjskiej wojnie w następujący sposób: „Według oficjalnej wersji genezy syryjskiego konfliktu, bezmyślnie powtarzanej aż do znudzenia, jest on »pokojową rewolucją, która z winy reżimu przeobraziła się w zbrojną rebelię«. Chyba należałoby podważyć to stwierdzenie. Można bowiem mieć wątpliwości co do spontanicznego charakteru nawet pierwszych manifestacji”.

Wraz z upływem lat coraz częściej mówi się o zaplanowanej eskalacji syryjskiego konfliktu, czym były żywo zainteresowane państwa regionu – Arabia Saudyjska i Turcja. Oba kraje stanęły po stronie sunnickiej większości stanowiącej ponad 70 procent mieszkańców Syrii, która była rządzona przez religijną mniejszość alawitów, uznawanych przez sunnitów za odstępców od islamu. Alawicki prezydent jest sprzymierzony z szyickim Iranem, co nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę szyickie korzenie alawizmu.

Z kolei Saudowie i Turcy woleliby na syryjskim fotelu prezydenckim sunnitę i tego postulatu trzymają się właściwie od początku rozmów pokojowych na rzecz rozwiązania konfliktu w Syrii. To dlatego od początku oba kraje oferują wsparcie siłom sunnickich rebeliantów.

Rządy mniejszości

W dziejach Syrii swoją pozycję alawici zawdzięczali służbie wojskowej, od której stroniły sunnickie elity. W czasach sprawowania mandatu przez Francję po pierwszej wojnie światowej, wojskowe szlify stały się sposobem na awans społeczny. Nie zmieniło się to po ogłoszeniu niepodległości. Alawiccy wojskowi odgrywali kluczową rolę w siłach zbrojnych, po czym sięgnęli po władzę, którą sprawuje do dziś klan Asadów. Protoplastą politycznej dynastii został Hafiz al-Asad, ojciec obecnego prezydenta Baszara, wprowadzając w 1970 roku jednoosobowe sterowanie krajem.

Mapę Syrii skomplikował jeszcze bardziej fakt obecności różnych grup religijnych, etnicznych i narodowych – chrześcijan, którzy należą do różnych Kościołów, grupy wyznawców różnych odłamów islamu, w tym jazydów, ismailitów i druzów. Są również różne narody: Asyryjczycy, Czerkiesi, Kurdowie, Ormianie i Turkmeni oraz mniejsze społeczności – albańska i grecka. Alawici jako przedstawiciele mniejszości stali się w tej skomplikowanej układance gwarantem spokoju. Korzystali zatem ze wsparcia tych grup mniejszościowych, które nie były w stanie zagrozić ich władzy, w przeciwieństwie do sunnickiej większości. I tak jak alawici obawiali się sunnickiej hegemonii.

Podzielony kraj

Syryjskiej jedności nie ułatwiały wcześniejsze terytorialne podziały i brak tradycji państwowości. Kiedy Syria ogłaszała niepodległość w 1946 roku, powstała z terytoriów, które na początku dwudziestolecia wojennego zostały podzielone na odrębne regiony w ramach sprawowanego przez Francuzów mandatu. Mieliśmy m.in. Państwo Alawitów wzdłuż śródziemnomorskich wybrzeży, Kraj Druzów na południu i Sandżak Aleksandretty na północno-zachodnim skraju Syrii, przekazany Turcji przez Francuzów.

Jednocześnie warto podkreślić, że wcześniej Syria nie stanowiła odrębnego państwa, a wchodziła w skład różnych państw, przy czym od XVI wieku do końca pierwszej wojny światowej została włączona do Imperium Osmańskiego.

Profesor Michael Abdalla, arabista i syrolog, który pochodzi z Syrii, podkreśla, że Syria jest państwem młodym. Jego zdaniem władza syryjska nie starała się zjednoczyć ludzi ze sobą.

„Każda grupa żyła w swoim środowisku, w swoim miejscu” – mówi Abdalla. „Była otaczana tajemnicą, bo nie było kontaktów. Ja osobiście Palmiry nie widziałem, morza nie widziałem, w Damaszku byłem tylko raz. I potem przyjechałem do Polski na studia. A tak naprawdę nie znałem Syrii. Dopiero w Polsce zacząłem tę syryjską historię poznawać. Tam w Syrii nie było takiej wiedzy. Dlatego ludzie nie czuli tej syryjskości. Każdy czuł większą więź ze swoim plemieniem, środowiskiem, regionem niż z całym krajem. I to spowodowało, że pęknięcie nastąpiło bardzo szybko. Kiedy można już było wykorzystać element religijny, wyznaniowy i plemienny, doszło do rozpadu”.

Tureckie marzenia o potędze

Na tym braku tradycji posiadania własnej państwowości i dezintegracji Syrii chce dziś skorzystać Turcja, która w czasach rządów Recepa Erdoğana coraz bardziej przekształca się w kraj aspirujący do roli regionalnego hegemona. Nawiązuje tym samym do dawnych czasów Imperium Osmańskiego, a naturalnym kierunkiem ekspansji staje się Syria, osłabiona wojną, stanowiąca historycznie część władztwa sułtanów.

Jak skuteczny potrafi być Erdogan, pokazał zresztą przykład decyzji prezydenta Donalda Trumpa o wycofaniu amerykańskich wojsk z północno-wschodniej Syrii, gdzie Kurdowie proklamowali samozwańczą Rożawę. Turcja nie chce bowiem Kurdów u swoich granic, zabezpieczając się przed ich rosnącymi wpływami w regionie. Jednak Amerykanie, chociaż ustąpili miejsca Turkom, postanowili po krytyce rejterady wrócić na okrojony przez Turcję obszar, usprawiedliwiając kolejną zmianę decyzji koniecznością obrony złóż ropy naftowej w północno-wschodniej Syrii przed dywersją Państwa Islamskiego oraz zajęciem ich przez Asada.

Tureckie deklaracje o tym, że wkracza na syryjskie terytorium w interesie uchodźców, których zamierza przesiedlić na kontrolowany pas pogranicza, również nie stanowią właściwego uzasadnienia.

Pamiętajmy, że po tureckiej stronie granicy schronili się ludzie z różnych rejonów Syrii, a osiedlanie ich na wąskim skrawku syryjskiej i obcej w pewnym sensie ziemi jest jedynie przesunięciem problemu za granicę obozów uchodźców, a nie powrotem tych uchodźców do domu.

Końca wojny wciąż nie widać

Walki, które obecnie trwają w prowincji Idlib, również nie przyniosą uspokojenia. Ofensywa syryjskich sił rządowych już zmusiła do ucieczki kolejne tysiące ludzi, których napływ do Turcji wzmógłby tylko kryzys humanitarny. Stąd Turcy postanowili wzmocnić swoją militarną obecność w tym regionie, co grozi bezpośrednim starciem między siłami tureckimi i syryjskimi prorządowymi. W szeregach tych ostatnich służą też Rosjanie.

O tym, jak wygląda syryjska wojna, pisała w swoim reportażu „Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii” Samar Yazbek, syryjska dziennikarka i alawitka. Chociaż stanęła po stronie przeciwników Asada, to każda z jej reporterskich wizyt na terenie kontrolowanym przez rebeliantów stawała się coraz niebezpieczniejsza. Dla islamistycznych bojówek, które zaczęły nadawać ton rebelii, nie miał znaczenia fakt, że Yazbek sprzeciwiała się Asadowi i przez to musiała uciekać z Syrii. Była alawitką, a za ujawnienie swojej przynależności groziła jej śmierć z rąk sunnickich bojowników.

W ostatnim rozdziale Yazbek cytuje rozmowę z jednym z bojowników. Pyta o to, co będzie robił po upadku Asada. „Reżim nie upadnie tak prędko” – usłyszała w odpowiedzi. „Czeka nas długa droga. Trzeba dwudziestu lat, żeby wojna się skończyła, a co będzie potem, nie wiem. Jestem jednak pewien, że nie przeżyję do tego czasu, a szkoda, bo kocham życie”.

Paweł Średziński doktor nauk humanistycznych, historyk, politolog i dziennikarz. Pisze o Afryce, Bliskim Wschodzie i tematyce ekologicznej.

OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Komentarze

Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!