0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl. Spotkanie ruchu samorządowego 25.05.22Fot. Sławomir Kamińs...

W przestrzeni publicznej niezmiennie toczy się dyskusja o układzie, w jakim partie opozycyjne miałyby pójść do wyborów. Rada Krajowa PO zaapelowała o wspólny start. Rzecz w tym, że czynniki motywujące do stworzenia wspólnej listy osłabły. Ale dla opozycji to niekoniecznie zła wiadomość

Po co partiom opozycyjnym potrzebna jest wspólna lista? Argumenty, jakie podają zwolennicy tego rozwiązania, można sprowadzić do jednego, zasadniczego: chodzi o to, by opozycja była w stanie pokonać Zjednoczoną Prawicę i tym samym utworzyć własny rząd z jak największą przewagą w parlamencie.

Przeczytaj także:

W optymalnym scenariuszu ta przewaga powinna wystarczyć do odrzucenia weta prezydenta. To ważne, bo kadencja Andrzeja Dudy kończy się dopiero w 2025 roku, a więc nowy rząd przez ponad półtora roku mógłby być uzależniony od poparcia polityka reprezentującego przeciwny obóz polityczny. Do przełamania sprzeciwu głowy państwa potrzebne jest 276 głosów przy założeniu obecności wszystkich posłów i posłanek w 460-osobowym Sejmie.

Żeby osiągnąć te cele – a przynajmniej jeden z nich, czyli możliwość sformowania rządu – trzeba przede wszystkim wygrać wybory.

W tym miejscu pojawia się argument, że obowiązująca w Polsce metoda przeliczania głosów premiuje duże ugrupowania, a surowo karze za rozdrobnienie. Z tym wiąże się kolejna teza – jeśli opozycja bardzo się rozdrobni, część głosów może zostać zmarnowana. Bo jeśli jakieś ugrupowanie uzyska, dajmy na to, 3 proc. poparcia, nie przekroczy progu wyborczego, a głosy oddane na tę partię nie przełożą się na mandaty w Sejmie. Gdyby z kolei te same trzy procent dodać do poparcia dla wspólnej listy, opozycja zyskałaby dodatkowych posłów.

Kalkulator wyborczy

Trudno z tym polemizować. Załóżmy, że wspólną listę formują Koalicja Obywatelska, Polska 2050 i Lewica, ale PSL decyduje się iść do wyborów samodzielnie. Ostatecznie zjednoczone partie uzyskują 50 procent poparcia, Zjednoczona Prawica dostaje 36 procent, Konfederacja 8, a PSL 4 procent. Dwa procent wyborców wybiera pomniejsze partie lub oddaje głosy nieważne.

Jeden z dostępnych w sieci kalkulatorów przeliczających wyniki poszczególnych partii na mandaty daje opozycji w tym układzie 252 posłów. Inny nieco mniej – 249 posłów. PSL oczywiście nie zdobywa żadnego mandatu. Ale gdyby ludowcy wystartowali na jednej liście, dołożyliby opozycji – w zależności od kalkulatora – 12 lub 10 posłów. Wciąż za mało do odrzucenia prezydenckiego weta, ale znacznie lepiej.

Nie jest to specjalne zaskoczenie. Przecież dokładnie ten sam mechanizm tłumaczy nam trwałość obecnej koalicji Zjednoczonej – już tylko z nazwy – Prawicy. Jest właściwie pewne, że Solidarna Polska nie zdołałaby przekroczyć progu wyborczego. Ale startując samodzielnie i odbierając PiS-owi chociażby 3 procent poparcia zmniejszyłaby stan posiadania partii Kaczyńskiego w Sejmie.

A zatem sprawa wydaje się jasna – opozycja jednocząc siły nie tylko zdobędzie więcej mandatów, ale zapobiegnie marnowaniu głosów.

Niestety, to nie takie proste. Teoria nie zawsze bowiem przystaje do rzeczywistości, politycznych interesów i, przede wszystkim, emocji rządzących politykami i wyborcami.

Zacznijmy od marnowania głosów

Ten argument sprawdziłby się wyłącznie, gdyby wszystkie partie opozycyjne znalazły się na jednej liście. Ale nie od dziś wiemy, że politycy chociażby Partii Razem niechętnie odnoszą się do idei wspólnej listy. Niedawno współprzewodnicząca partii, Magdalena Biejat, przyznała w rozmowie z TOK FM, że w drugiej turze wyborów prezydenckich w roku 2010 i 2015 oddała głos nieważny, bo żaden z kandydatów nie odpowiadał jej preferencjom.

Nie interesuje mnie ocena decyzji posłanki. Ale rozważając tworzenie wspólnej listy musimy założyć, że Biejat nie jest wyjątkiem wśród wyborców swojej partii i że to ona, nie zaś krytykujący ją publicyści, lepiej rozumie emocje osób popierających Razem. A jeśli tak, to musimy założyć, że przy stworzeniu wspólnej listy mniej więcej trzy procent głosów – na tyle szacuję elektorat Razem – nie przełoży się na mandaty dla opozycji.

Może nam się ten wniosek nie podobać, ale rzeczywistość jest jaka jest.

Kolejna sprawa to mobilizacja wyborców

Trudno mi ocenić, czy pomysł wspólnej listy budzi powszechny entuzjazm, bo wyniki sondaży znaczącą się różnią.

  • Na przykład czerwcowe badanie Kantar dla „Gazety Wyborczej” szacuje, że „wielką koalicję czteropartyjną popiera 90 proc. wyborców KO, 88 proc. wyborców Lewicy, 76 proc. wyborców PSL i 83 proc. wyborców Hołowni”. Sporo.
  • Listopadowe badanie CBOS przynosi jednak odmienne rezultaty. Tym razem „za utworzeniem wspólnego bloku opozycji opowiada się 56 proc. zwolenników KO, 41 proc. Lewicy, 38 proc. Polski 2050, i 29 proc. PSL-Koalicji Polskiej” - napisał „Dziennik” w artykule podsumowującym wyniki badań. Jedynie w przypadku zwolenników KO odsetek zwolenników wspólnej listy przeważa nad przeciwnikami. Co w jakimś stopniu wyjaśnia, dlaczego ta partia apeluje o podjęcie działań w kierunku zjednoczenia. Ale już wśród wyborców Lewicy i Polski 2050 entuzjazm wyborców jest znacznie mniejszy. Nie dziwi to zwłaszcza w przypadku Polski 2050. Partia Szymona Hołowni swój przekaz buduje między innymi na obietnicy wyjścia poza dychotomię PiS-KO. Sprowadzenie wyborów parlamentarnych do decyzji pomiędzy obozem PiS i anty-PiS, taką opowieść mocno nadwyręży.
Proste badanie preferencji wyborców opozycji w tej kwestii ma też jedną poważną wadę. Nie odpowiada na zasadnicze pytanie – jak ważna to dla nich kwestia.

Czy przeciwnicy wspólnej listy nie pójdą do wyborów, jeśli ona powstania i odwrotnie, czy zwolennicy wspólnej listy zostaną w domu, jeśli zjednoczenie nie dojdzie do skutku? Innymi słowy, jaki będzie potencjał mobilizacyjny jednego i drugiego rozwiązania? Pytanie to dotyczy to nie tylko partii opozycyjnych, lecz także wyborców Zjednoczonej Prawicy oraz wyborców niezdecydowanych. Niewykluczone przecież, że wspólna lista opozycji zachęci do udziału niepewnych wyborców prorządowych, ponieważ ułatwi przedstawienie tej rywalizacji jako starcia „dwóch Polsk”, dobra ze złem, itd.

Przeważają zyski czy straty?

W niedawnym artykule dla OKO.Press Andrzej Machowski próbuje oddalić te wątpliwości pokazując, że współpraca opozycji demobilizuje elektorat partii rządzących. Machowski opiera się na czerwcowych badaniach Kantar dla „Gazety Wyborczej”. Przyznam jednak, że nie bardzo rozumiem ten argument, bo różnica w poparciu dla PiS w każdym z czterech analizowanych scenariuszy wynosi… dwa punkty procentowe, między 30 a 32. A zatem mieści się w granicach błędu statystycznego, co zresztą sam Machowski przyznaje.

Poza tym należy pamiętać, że sondaże – jak wszystkie badania opinii publicznej – mierzą nastroje w danym momencie i zgodnie z aktualnym stanem wiedzy badanych. Na przykład wspomniane wyżej badanie Kantara szacuje poparcie dla Koalicji Obywatelskiej na poziomie zaledwie 23 procent i nie uwzględnia kilkunastu procent respondentów niezdecydowanych. Co ciekawe, liczebność tej grupy nie zmieniała się w zależności od tego, jaki wariant startu opozycji był im przedstawiany – wahała się między 13 a 15 procent, czyli znów, w granicach błędu. Ostateczny rezultat wyborów w dużej mierze zależy od decyzji tych ludzi, a na tę z kolei wpływ będzie miała kampania i jakość kandydatów zgłoszonych przez opozycję.

A jeśli nowe partie zaczną się rozpadać, jak partia Kukiza

Jeśli chodzi o kampanię, to problematyczne będzie jednoczesne głoszenie haseł jednościowych oraz podtrzymywanie różnorodności – wszak żadna z partii nie ma zamiaru rezygnować z własnej tożsamości i spróbuje ją zaznaczyć.

Przeciwnikom politycznym łatwo to będzie rozgrywać, zadając pytania o najbardziej kontrowersyjne, a jednocześnie nośne kwestie, jak aborcja, związki partnerskie, finansowanie lekcji religii w szkołach, wsparcie socjalne, itp.

Wśród ugrupowań opozycyjnych w wielu tych sprawach nie ma zgody.

Nie sposób się oszukiwać, że pomiędzy obietnicą ustawy gwarantującej prawo do aborcji do 12. tygodnia życia, a obietnicą referendum jest poważna różnica.

Można, rzecz jasna, stworzyć pewien „program minimum”, lecz siłą rzeczy będzie on miał ograniczony zakres.

Części wyborców być może to nie zniechęci, dla innych może okazać się demobilizujące. Sondaże tego nie uwzględniają, bo nie mogą, kiedy taki program nie istnieje.

Z kolei pisząc o jakości kandydatów dopatruję się zagrożenia przede wszystkim wśród działaczy Polski 2050. I nie wynika to z moich prywatnych sympatii, ale doświadczenia historycznego. Wiele nowych partii, które próbowały wejść na scenę polityczną, relatywnie szybko kończyło w rozsypce, ponieważ lider nie był w stanie zapanować nad dość przypadkową grupą posłów o niespójnych poglądach.

Tak było w przypadku Janusza Palikota, Pawła Kukiza i do pewnego stopnia także Ryszarda Petru, choć tu doszedł jeszcze specyficzny „wyzwalacz” kryzysu. Jeśli nowa partia startuje samodzielnie, wówczas niespójności opinii czy rysy na życiorysach jej kandydatów uderzają wyłącznie w to ugrupowanie, a wyborca może przenieść poparcie na inną partię. Jeśli kandydaci będą na wspólnej liście, rykoszetem „oberwą” także inni. Tego rodzaju wpadki mogą przydarzyć się wszystkim – na ugrupowanie Hołowni wskazuje wyłącznie ze względu na jego najkrótszą historię.

Za mało miejsca na początku listy wyborczej

Kolejna sprawa to dynamika relacji wewnątrz samych ugrupowań opozycyjnych. Nie będzie to specjalnie odkrywcze stwierdzenie, ale warto pamiętać, że tworzą je ludzie z krwi i kości – ze swoimi emocjami, planami i ambicjami. Wielu z nich w ramach nagrody za pracę na rzecz partii liczy na start w wyborach i jak najlepsze miejsca na listach. Bez wątpienia ostateczny wynik kandydata zależy w znacznym stopniu od jego wysiłku i pomysłu na przekonanie wyborców.

Ale nie trzeba być wielkim specjalistą od polityki, by wiedzieć, że dobre, czyli wysokie lub łatwe do zapamiętania miejsce na liście bardzo w kampanii pomaga

– zwłaszcza osobom bez rozpoznawalnego nazwiska. Wspólny start oznacza, że miejscami trzeba się będzie podzielić z trzema innymi partiami. A w przypadku polityków Koalicji Obywatelskiej nawet z sześcioma, bo przecież swoich reprezentantów chcą także mieć Zieloni, Nowoczesna i Inicjatywa Polska.

Zwolennik wspólnej listy mógłby powiedzieć, że startując razem opozycja jest w stanie wprowadzić do Sejmu więcej posłów, a zatem szanse na mandat są większe.

Teoria znów rozmija się tu jednak z praktyką, bo część ambitnych ludzi partii na wspólną listę w ogóle nie trafi i swojej szansy nie dostanie.

Można rzecz jasna twierdzić, że w obliczu zagrożenia, jakim są dla Polski rządy Zjednoczonej Prawicy, rozważania na temat prywatnych ambicji kandydatów są nie na miejscu. Niewykluczone, że niektórych to przekona. Innych być może gorsze miejsce na liście zmobilizuje do cięższej pracy i bardziej kreatywnej kampanii. Nie wolno jednak zapominać, że ostatecznie wszyscy jesteśmy ludźmi, a powiedzenie „bliższa koszula ciału” nie wzięło się znikąd.

Kaczyński i tak ma kłopoty

Czy to wszystko oznacza, że opozycja jest w walce ze Zjednoczoną Prawicą skazana na klęskę? Nic podobnego. Obóz władzy dręczą poważne problemy. Tak jak opozycja ma kłopoty w budowaniu jedności, tak ekipa rządząca ma kłopot w jej utrzymaniu. Długofalowe tendencje także nie sprzyjają Zjednoczonej Prawicy.

Przypomnijmy, że w ostatnich wyborach parlamentarnych partia uzyskała 43,59 procent głosów, z czego Jarosław Kaczyński był bardzo niezadowolony, ponieważ wiele sondaży przedwyborczych przewidywało wynik o kilka punktów procentowych lepszy. Dziś PiS uzyskuje poparcie w granicach 32-34 procent. Zakładając niewielką zdolność koalicyjną tej partii jej możliwości sformułowania rządu po kolejnych wyborach wydają się znikome.

Co gorsza, jeśli ten stan rzeczy się nie zmieni i jeśli także tym razem PiS okaże się przeszacowane w sondażach, to

partia Jarosława Kaczyńskiego zajmie drugie miejsce, nawet jeśli opozycja nie wystartuje wspólnie.

PO straci na wspólnej liście

Załóżmy, że ostatecznie Koalicja Obywatelska zdobędzie w wyborach 36 procent głosów, Polska 2050 wraz z PSL 15, Lewica 8, a Konfederacja 7 procent. Zjednoczona Prawica otrzymałaby 33 procent, a jeden procent trafiłby do innych ugrupowań. W takiej sytuacji jeden ze wspomnianych przeliczników daje opozycji łącznie 270 mandatów, drugi 281. Ten pierwszy jednocześnie informuje, że opozycja idąc wspólnie z tym samym poparciem zdobyłaby o 16 mandatów więcej, jednak kalkulator nie uwzględnia żadnej z trudności w tworzeniu wspólnej listy, które wymieniałem wyżej – po prostu sumuje poparcie poszczególnych partii.

Nie wiemy, rzecz jasna, co się stanie w najbliższym czasie. Ale przy założeniu, że obecne tendencje się utrzymają, to KO, czyli partia, której wyborcy najliczniej domagają się wspólnej listy, paradoksalnie będzie miała najmniejsze zachęty do jej stworzenia. Albowiem przeliczania głosów na mandaty według metody d’Hondta największą premię w postaci dodatkowych mandatów faktycznie daje partii z największym poparciem. Co prawda „premia ta jest tym większa, im więcej list partycypuje w podziale mandatów”. I rzeczywiście,

jeśli zwycięży PiS, zyska na tym Kaczyński. Ale co będzie, jeśli na miejsce lidera wysunie się partia opozycyjna?

Jeśli PiS się odbije, wspólna lista i tak nie pomoże

Być może jednak nastroje społeczne się zmienią, PiS odzyska wigor, a następnie poparcie. Niewykluczone. Nie sądzę jednak, by wówczas ogłoszenie przez opozycję wspólnego startu odwróciło tę dynamikę. Poza tym, nawet odwrócenie wyników z powyższego przykładu i przyznanie PiS-owi 36 procent głosów, KO zaś 33 procent i tak daje opozycji parlamentarną większość.

Podkreślmy, rezygnacja z idei wspólnej listy nie oznacza, że opozycja powinna ruszyć do wyborów poszatkowana w drobny mak, bo to z pewnością jej zaszkodzi.

Ale pomiędzy skrajnościami istnieją opcje pośrednie. Przy korzystnych zmianach opinii społecznej nawet start trzech ugrupowań opozycyjnych – Koalicji Obywatelskiej, Polski 2050 wraz z PSL oraz Lewicy – nie powinien przeszkodzić w uzyskaniu większości parlamentarnej, a nawet większości pozwalającej na przełamanie prezydenckiego weta.

Doskonale rozumiem, że zdaniem wielu Polaków PiS i Andrzej Duda już w 2015 i 2020 roku stanowili potężne zagrożenie dla polskiej demokracji i interesów kraju. Ale są wśród wyborców także osoby takie jak wspomniana Magda Biejat, które nie chcą głosować na ich zdaniem „mniejsze zło”. I mając do wyboru wyłącznie dwie opcje nie zdecydują się na żadną. Rozważając różne modele startu opozycji w wyborach, trzeba pamiętać i o tym, i o wielu innych wyzwaniach, jakie się z takim projektem wiążą.

Zmiany w tekście: w pierwszej wersji tego tekstu błędnie napisano, że Magdalena Biejat oddała głos nieważny w drugiej turze wyborów prezydenckich w roku 2015 i 2020. W rzeczywistości posłanka Biejat przyznała się do takiej decyzji w roku 2010 i 2015.

;
Łukasz Pawlowski

Publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Wspólnie z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast amerykański” [https://www.facebook.com/podkastamerykanski]. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” [2020]. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Komentarze