0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga KucharskaIl. Iga Kucharska

W Teksasie i na Florydzie mapy przypominają już nie geograficzne podziały państwa, lecz skomplikowane operacje matematyczne projektowane przez sztaby prawników, statystyków i specjalistów od danych. W tle trwa brutalny konflikt o prawa afroamerykańskich wyborców, kompetencje Sądu Najwyższego i sam sens amerykańskiej demokracji. A nad wszystkim unosi się pytanie, które coraz częściej zadają sobie nawet republikanie: czy partia Donalda Trumpa nie przedobrzyła właśnie z manipulowaniem wyborczą geografią?

Jeszcze kilka lat temu większość Europejczyków kojarzyła amerykańskie kryzysy wokół wyborów ze szturmem na Kapitol albo teoriami spiskowymi o fałszowaniu głosów. Tymczasem najważniejsza wojna o demokrację w Stanach Zjednoczonych toczy się dziś wokół map i granic okręgów wyborczych.

Przeczytaj także:

Partie są dwie

Żeby zrozumieć, dlaczego amerykańskie spory o to są tak brutalne, trzeba najpierw przyjrzeć się podstawowej różnicy między systemem w USA a tym, do którego przywykliśmy my.

W Polsce wybory do Sejmu odbywają się przy ordynacji proporcjonalnej. Głosuje się na listy partyjne, a mandaty rozdziela według określonego algorytmu metodą d’Hondta, premiująca większe ugrupowania. Nie jest to system idealnie proporcjonalny, ale jego logika pozostaje jasna: izba ustawodawcza ma mniej więcej odzwierciedlać polityczne proporcje społeczeństwa.

Jeśli partia zdobywa około 30 procent głosów, dostaje mniej więcej jedną trzecią miejsc w Sejmie. Duże ugrupowania dostają premię, małe bywają krzywdzone, ale nie da się całkowicie wymazać z reprezentacji formacji mającej kilkanaście albo kilkadziesiąt procent poparcia.

W Stanach Zjednoczonych wybory do Izby Reprezentantów zawsze odbywają się w jednomandatowych okręgach wyborczych. Kraj podzielony jest na 435 takich okręgów i każdy wybiera tylko jednego kongresmena. Zwycięzca bierze wszystko.To właśnie dlatego amerykańska polityka tak silnie ciąży ku dwupartyjności. Jakiekolwiek inne ugrupowania niż republikanie i demokraci są wypychane na margines, bo wyborcy szybko uczą się, że głos oddany na trzecią partię zazwyczaj nie przekłada się na żadną reprezentację. Gdyby nawet amerykańscy zieloni czy libertarianie odnotowywali w skali całej Ameryki 20 proc. poparcia, ale w każdym z JOW-ów zajmowaliby trzecie miejsce, dalej by ich w Izbie Reprezentantów nie było.

Polacy zresztą też mają częściowe doświadczenie z takim systemem, bo w jednomandatowych okręgach wybierany jest Senat. I bardzo dobrze dwublokowość systemu politycznego było widać w wyborach z 2023 roku.

Koalicja ówczesnych partii opozycyjnych, dzięki wspólnym kandydatom i wzajemnemu nieblokowaniu się w większości okręgów zdobyła aż 66 miejsc. To ogromna przewaga, znacznie większa niż wynikałaby z samej proporcji głosów oddanych na każdą partię z osobna.

„Packing” i „cracking”

I dopiero tutaj zaczyna się historia amerykańskiego gerrymanderingu. Termin ten ma zresztą dość groteskowe pochodzenie. Powstał w 1812 roku w stanie Massachusetts, gdy tamtejszy gubernator (późniejszy wiceprezydent USA) Elbridge Gerry ustalił nowe granice okręgów wyborczych korzystne dla swojej partii. Jeden z nich miał tak dziwny kształt, że lokalna gazeta porównała go do salamandry. Połączono więc nazwisko Gerry z angielskim „salamander” i tak narodził się „gerrymander”.

Już wtedy Amerykanie rozumieli, że granice okręgów można rysować nie po to, by wiernie oddawały strukturę społeczną czy geograficzną, tylko by zwiększać szanse własnego obozu politycznego.

Z czasem wykształciły się dwie podstawowe techniki. Pierwsza to „packing”, czyli upychanie wyborców przeciwnika w okręgach, gdzie wygrywają ogromną większością, ale tracą znaczący wpływ gdzie indziej. Druga to „cracking”, czyli rozbijanie ich między wiele okręgów tak, by nigdzie nie stanowili większości. W praktyce oznacza to, że granice potrafią wyglądać absurdalnie. Okręgi wiją się wzdłuż autostrad, przecinają miasta na pół albo łączą odległe dzielnice tylko dlatego, że mieszkają tam odpowiedni wyborcy.

Przez większą część XX wieku takie manipulacje wymagały jeszcze politycznej intuicji i dość prymitywnych danych demograficznych. Dziś robi się to przy pomocy komputerów, szczegółowych statystyk, historii głosowań i analiz zachowań wyborców. Partie wiedzą często z dokładnością do pojedynczych ulic, gdzie mieszkają ich sympatycy, a gdzie elektorat przeciwnika.

Gerry po polsku

Warto zresztą pamiętać, że gerrymandering nie jest wyłącznie amerykańską egzotyką. Polacy często nie zdają sobie sprawy, że podobne mechanizmy występowały także u nas, przede wszystkim na poziomie samorządowym.

Problem pojawił się szczególnie po reformie z 2014 roku, gdy członków rad gmin zaczęto wybierać w jednomandatowych okręgach wyborczych.

Granice tych okręgów wyznaczały same rady gmin, czyli dokładnie ci politycy, którzy później mieli w nich startować. Badacze z Centrum Badań Ilościowych nad Polityką Uniwersytetu Jagiellońskiego zwracali uwagę, że stworzyło to klasyczne ryzyko manipulowania kształtem obwodów dla korzyści politycznej.

Mechanizm był bardzo podobny do amerykańskiego. Można było tak rysować granice, by skoncentrować wyborców przeciwnika w kilku okręgach, a własnych sympatyków rozproszyć w większej liczbie miejsc, gdzie wygrywaliby niewielką przewagą. Sam kodeks wyborczy pozostawiał przy tym dużą swobodę w ustalaniu granic i dopuszczał znaczące odchylenia liczby mieszkańców między okręgami.

Badacze UJ próbowali później sprawdzić skalę zjawiska przy pomocy modeli statystycznych i symulacji komputerowych. Nie znaleziono dowodów na manipulacje na tyle duże, by masowo zmieniały wyniki wyborów, ale samo ryzyko uznano za realne. Powstały nawet algorytmy pokazujące, jak bardzo można byłoby skrzywić wyniki w hipotetycznych podziałach dużych miast. W jednej z symulacji dla Krakowa ta sama liczba głosów mogła dawać skrajnie różne podziały mandatów w zależności od przebiegu granic okręgów.

To ważne także dlatego, że pokazuje pewną uniwersalną prawidłowość. Gerrymandering nie jest produktem „amerykańskiego szaleństwa”. To pokusa wpisana niemal w każdy system większościowy, zwłaszcza tam, gdzie politycy sami mają wpływ na rysowanie granic okręgów.

Wyborcy jak worek kartofli

Przypomnijmy jeszcze pewien epizod, który może uchodzić za satyryczny. W 2017 r. polska debata polityczna otarła się o coś, co wielu komentatorów uznało za próbę „gerrymanderingu na sterydach”.

Jacek Sasin przedstawił wtedy projekt nowelizacji ustawy warszawskiej w postaci radykalnego poszerzenia Warszawy o 32 podwarszawskie gminy. Oficjalnie chodziło o stworzenie nowoczesnej metropolii, z jednym biletem na komunikację i sprawniejszym zarządzaniem transportem. Problem polegał na tym, że prawdziwym celem była zmiana struktury elektoratu stolicy przed wyborami samorządowymi.

Krytycy projektu przekonywali, że do liberalnej Warszawy próbuje się po prostu „dowieźć” bardziej konserwatywnych wyborców z okolicznych miejscowości, aby zwiększyć szanse kandydata PiS, którym kilka miesięcy później został Patryk Jaki. Padały nawet sformułowania o „przenoszeniu wyborców jak worka kartofli”. Projekt ostatecznie upadł po gwałtownych protestach politycznych i społecznych, ale cała historia pokazała, że pokusa politycznego majstrowania przy granicach okręgów czy jednostek administracyjnych pojawia się wszędzie tam, gdzie stawką jest władza.

REDMAP

Wróćmy do Stanów Zjednoczonych. Przez większą część XX wieku gerrymandering był brutalnym, ale jednak dość prowincjonalnym narzędziem lokalnych politycznych machin.

Wszystko zmieniło się po wyborach 2010 roku. Republikanie, korzystając z gigantycznej mobilizacji konserwatywnego elektoratu w epoce Baracka Obamy i ruchu Tea Party, przeprowadzili wtedy cichą rewolucję na poziomie stanowym. Jej symbolem stał się projekt REDMAP, czyli szeroko zakrojona strategia przejmowania legislatur stanowych właśnie po to, by kontrolować rysowanie nowych okręgów po spisie ludności z 2010 roku.

Był to ruch znacznie ważniejszy, niż wówczas rozumiała większość liberalnych elit skoncentrowanych na Białym Domu i Senacie.

Konsekwencje okazały się poważne. W wielu stanach zaczęto rysować okręgi z niespotykaną wcześniej agresywnością. Demokratycznych wyborców marginalizowano wedle opisanego wcześniej schematu. W praktyce prowadziło to do sytuacji, w której Partia Republikańska mogła zdobywać mniej głosów w skali całego stanu, a mimo to uzyskiwać wyraźną większość miejsc w legislaturze albo delegacji do Kongresu.

W tle narastał przy tym coraz większy konflikt o samą definicję demokracji. Stawką przestały być wyłącznie granice okręgów. Coraz ostrzejszy spór dotyczył również ustawy o prawach wyborczych z 1965 roku, czyli jednego z najważniejszych osiągnięć epoki ruchu praw obywatelskich.

To właśnie ona miała chronić czarnych wyborców na Południu przed systemowym ograniczaniem ich wpływu politycznego.

Konserwatyści od lat argumentowali jednak, że epoka segregacji rasowej dawno minęła, a federalny nadzór nad stanami stał się nadmierną ingerencją Waszyngtonu. Ten temat, jak mantra, wraca w Ameryce od 250 lat, kiedy to czy inne stronnictwo chce przekonać obywateli, że stolica ich nadużywa i zaprowadza tyranię

Tymczasem liberalno-lewicowa strona odpowiadała, że dawne mechanizmy dyskryminacji po prostu zmieniły formę. Zamiast testów z umiejętności czytania i pisania czy podatków wyborczych pojawiły się bardziej wyrafinowane techniki: ograniczanie liczby lokali wyborczych, utrudnianie rejestracji, manipulowanie okręgami albo osłabianie wpływu czarnych społeczności poprzez rozbijanie ich między różne okręgi.

Zasada Purcella

Wraz z dojściem do władzy konserwatywnej większości w Sądzie Najwyższym, zwłaszcza pod przewodnictwem Johna Robertsa, coraz wyraźniej było widać, że federalny wymiar sprawiedliwości przestaje być chętny do aktywnego nadzorowania przestrzegania wspomnianej ustawy z 1965 r. Roberts od dawna uważał, że Stany Zjednoczone nie są już krajem wymagającym wyjątkowych zabezpieczeń epoki segregacji.

Tym samym Sąd Najwyższy stawał się coraz mniej skłonny do ingerowania w gerrymandering sprowadzany do upychania w południowych stanach afroamerykańskiej mniejszości w jeden okręg, albo rozpraszania ich między wiele okręgów, w których dominują biali wyborcy o prawicowych poglądach.

W ostatnich latach konflikt zaczął przybierać coraz bardziej absurdalne formy. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych narzędzi stała się tak zwana zasada Purcella.

Zgodnie z nią sądy powinny bardzo ostrożnie ingerować w prawo wyborcze tuż przed wyborami, ponieważ mogłoby to wywołać chaos organizacyjny i dezorientację wyborców. W teorii brzmi to rozsądnie. W praktyce konserwatywna większość Sądu Najwyższego zaczęła stosować tę zasadę niezwykle wybiórczo.

Kiedy sąd niższej instancji unieważnił w bieżącym sezonie wyborczym korzystne dla republikanów teksańskie mapy jako skonstruowane w sposób rasowo dyskryminujący, grono dziewięciorga najważniejszych sędziów w Ameryce uznało, że interwencja nastąpiła zbyt blisko wyborów.

Problem polegał na tym, że to właśnie późne przerysowanie map przez sam rządzony przez prawicę Teksas uniemożliwiło wcześniejsze zaskarżenie.

Mimo to konserwatywna większość stwierdziła, że sąd „niewłaściwie wkroczył w trwającą kampanię prawyborczą”, chociaż do prawyborów pozostawały jeszcze cztery miesiące.

Kilka miesięcy później ta sama zasada nagle przestała być problemem w Luizjanie. W sprawie Louisiana v. Callais Sąd Najwyższy pozwolił zakwestionować mapy okręgów już w trakcie trwających prawyborów.

Decyzja wywołała chaos tak duży, że gubernator stanu de facto zawiesił wybory do Izby Reprezentantów i unieważnił głosy już oddane po to, by można było ponownie narysować mapy zgodnie z oczekiwaniami konserwatywnej większości. Tysiące oddanych wcześniej głosów w prawyborach w procedurze tzw. wcześniejszego głosowania unieważniono.

Następstwem wyroku okazały się błyskawiczne działania republikanów w Luizjanie. 29 maja 2026 r. stanowa legislatywa przyjęła ustawę o nowych mapach okręgów wyborczych, likwidując jeden z dwóch okręgów większości afroamerykańskich, które powstały po wcześniejszych sporach wokół Voting Rights Act.

Gubernator Jeff Landry niemal natychmiast podpisał ustawę. Nowy podział ma zwiększyć przewagę republikanów z czterech do pięciu mandatów w sześciomandatowej delegacji stanu do federalnej Izby Reprezentantów. Okręg reprezentowany przez demokratę Cleo Fieldsa został rozmontowany, a jego afroamerykańscy wyborcy rozproszeni między kilka innych jednostek.

Jeszcze dalej poszła sprawa Alabamy

Sądy niższej instancji w Alabamie wielokrotnie uznawały tamtejsze mapy za skonstruowane w sposób świadomie dyskryminujący czarnych wyborców i naruszający ustawę o prawach wyborczych. W pewnym momencie specjalny pełnomocnik sądowy przygotował nawet nowe mapy, które miały zostać użyte w wyborach 2026 r.

Sąd Najwyższy w praktyce wyrzucił je jednak do kosza. W krótkim, praktycznie pozbawionym uzasadnienia postanowieniu wydanym poza normalnym trybem rozpraw pozwolił Alabamie wrócić do map wcześniej uznanych za rasowo dyskryminujące.

Powołana przez Baracka Obamę sędzia Sonia Sotomayor zwróciła uwagę na rzecz niemal groteskową: konserwatywna większość zignorowała w ten sposób własne wcześniejsze orzeczenie sprzed zaledwie kilkunastu dni, zgodnie z którym celowy gerrymandering rasowy narusza ustawę o prawach wyborczych.

Wymazać przeciwnika

Coraz trudniej więc oprzeć się wrażeniu, że współczesny amerykański Sąd Najwyższy nie funkcjonuje już wyłącznie jako arbiter konstytucyjny stojący ponad polityką. W oczach ogromnej części Amerykanów wygląda raczej jak kolejny uczestnik wojny partyjnej, tyle że wyposażony w konstytucyjne prerogatywy i niemal całkowitą bezkarność.

Co ciekawe, nawet część republikanów zaczyna czasem traktować tę logikę z pewnym niepokojem. W Karolinie Południowej republikańska większość miała niedawno okazję dodatkowo przerysować okręgi wyborcze i najprawdopodobniej pozbawić mandatu Jima Clyburna, ostatniego demokratę reprezentującego stan w Izbie Reprezentantów, uważanego za głównego architekta zwycięstwa w demokratycznych prawyborach prezydenckich Joego Bidena w 2020 roku.

Byłby to klasyczny przykład gerrymanderingu wykonanego już nie dla obrony istniejącej przewagi, lecz dla całkowitego wymazania przeciwnika z politycznej mapy stanu.

Projekt jednak upadł, ponieważ kilku republikańskich senatorów stanowych zagłosowało razem z demokratami. Argumenty były zresztą dość znamienne. Lider republikańskiej większości ShaneMassey tłumaczył, że nie zamierza wykonywać politycznych rozkazów z Waszyngtonu, obawia się całkowitego wypchnięcia czarnych wyborców z procesu politycznego i uważa, że stan bez ani jednego demokratycznego kongresmena może kiedyś utracić wpływy przy przyszłej administracji demokratów.

To pokazuje pewną granicę politycznej ofensywy i agresji. Wielu republikanów akceptuje gerrymandering jako normalny element gry, ale niekoniecznie chce sytuacji, w której stan czy kraj zaczynają przypominać system jednopartyjny. Szczególnie gdy stawką jest jeden dodatkowy mandat, a kosztem dalsze podważanie legitymacji całego ustroju.

Sprawa była również testem realnej siły Donalda Trumpa. Były prezydent publicznie naciskał na republikanów z Karoliny Południowej, wzywając ich do „odważnego” przerysowania map i przesunięcia prawyborów.

W praktyce chodziło oczywiście o zdobycie kolejnego miejsca dla republikanów i uderzenie w Clyburna, jednego z najważniejszych czarnych polityków Partii Demokratycznej oraz dawnego sojusznika Joe Bidena.

Trump poniósł jednak porażkę. I to dość symboliczną. Republikanie na poziomie stanowym zaczynają bowiem rozumieć, że prezydent nie dysponuje już tak potężnymi narzędziami nacisku jak wcześniej. W wielu stanach minęły terminy zgłaszania kandydatów do prawyborów, więc Trump nie może już łatwo grozić wystawieniem konkurenta wobec nieposłusznych polityków. Coraz częściej pozostaje mu przede wszystkim retoryka, wpisy w mediach społecznościowych – takie jak ten powyższy – i publiczne naciski.

Nie tylko republikanie

To również ważny element współczesnej wojny o amerykańskie okręgi wyborcze. Coraz częściej nie chodzi już wyłącznie o spór między demokratami a republikanami, lecz także o konflikt wewnątrz samej Partii Republikańskiej: między politykami gotowymi przesuwać granice bez końca a tymi, którzy obawiają się, że dalsze rozmontowywanie zasad gry może ostatecznie podważyć wiarygodność całego amerykańskiego ustroju.

Przejdźmy zatem do demokratów, bo tu też sprawa jest skomplikowana, a podejście do gerrymanderingu złożone. Partia Obamy i Bidena przez dekady przedstawiała się jako stronnictwo obrony praw wyborczych i przeciwnika manipulowania okręgami. Tymczasem coraz częściej zaczynają zadawać sobie pytanie, czy w realiach współczesnej Ameryki da się wygrać, jednostronnie przestrzegając dawnych reguł.

Po porażkach w wojnach o mapy wyborcze część demokratów zaczęła otwarcie mówić o konieczności „twardej gry”. Szczególnie po tym, jak konserwatywny Sąd Najwyższy coraz wyraźniej ogranicza ochronę ustawy o prawach wyborczych i jednocześnie toleruje agresywny republikański gerrymandering.

Najbardziej widoczne było to w Wirginii. Demokraci próbowali tam przerysować mapy w sposób, który mógłby dać im kilka dodatkowych miejsc w Izbie Reprezentantów.

Stanowy Sąd Najwyższy zablokował jednak projekt (a Sąd Najwyższy USA odmówił zmiany tego wyroku). W odpowiedzi część liberalnych komentatorów zaczęła wręcz proponować polityczną kontrrewolucję: obniżenie wieku emerytalnego sędziów stanowego Sądu Najwyższego po to, by wymienić cały skład i uzyskać korzystniejsze orzeczenie. Nawet część demokratów uznała ten pomysł za zbyt brutalny.

Znacznie ważniejszy jest jednak inny proces: rosnąca gotowość demokratów do stosowania metod, które jeszcze niedawno sami uznaliby za niebezpieczne.

Coraz częściej mówi się o tym, że liberalne stany, takie jak Kalifornia (gdzie gubernator i nadzieja centrolewicy w wyborach prezydenckich 2028 roku Gavin Newom przeforsował korzystne dla swojej partii granice okręgów), Nowy Jork czy Maryland, powinny odpowiedzieć republikanom własnym gerrymanderingiem. I to nawet kosztem okręgów większościowo mniejszościowych, czyli takich, które powstały po to, by czarni lub latynoscy wyborcy mogli skuteczniej wybierać własnych przedstawicieli.

Jeszcze kilka lat temu dla wielu demokratów byłoby to polityczne bluźnierstwo. Dziś coraz częściej słychać argument: „Trump zmienił zasady gry”. Skoro konserwatywny Sąd Najwyższy osłabia ochronę praw wyborczych, część demokratów uważa, że dalsze jednostronne rozbrajanie się nie ma sensu.

To szczególnie interesujące dlatego, że podobne opinie zaczynają wygłaszać także wpływowi afroamerykańscy politycy Partii Demokratycznej. Pojawia się myślenie w kategoriach „długiej gry”: być może trzeba przegrać część bitew dotyczących konkretnych okręgów, by ostatecznie odzyskać kontrolę nad całym systemem.

Równolegle narasta również radykalizm wobec samego Sądu Najwyższego. Jeszcze dekadę temu pomysły zwiększenia liczby sędziów, ograniczenia kompetencji Sądu albo narzucenia kadencyjności uchodziły za polityczną fantastykę. Dziś coraz częściej pojawiają się w głównym nurcie debaty demokratów. Kamala Harris zaczęła publicznie mówić o reformie Sądu Najwyższego, a liberalne środowiska coraz otwarciej przedstawiają sąd pod przywództwem Robertsa jako instytucję głęboko upolitycznioną.

Jednocześnie część demokratycznych strategów uważa, że problemu nie da się rozwiązać wyłącznie przy pomocy prawników i nowych map. Coraz częściej pojawia się argument, że Partia Demokratyczna musi ponownie stać się ugrupowaniem naprawdę ogólnokrajowym, zdolnym rywalizować również w konserwatywnych stanach Południa i Środkowego Zachodu.

To oznaczałoby odejście od polityki opartej niemal wyłącznie na wielkich metropoliach, mniejszościach i wyborcach z wyższym wykształceniem. Innymi słowy: próbę odbudowy partii, która potrafi jednocześnie wygrywać w Nowym Jorku i walczyć o głosy farmerów w Zachodniej Wirginii albo robotników przemysłowych w Ohio.

Na razie trudno powiedzieć, czy demokraci rzeczywiście są gotowi na taką zmianę. Coraz wyraźniej widać jednak, że wojna o amerykańskie mapy wyborcze zaczyna zmieniać nie tylko granice okręgów, ale także sam charakter obu partii.

Dummymandering

Tymczasem historia zna momenty, gdy gerrymandering obracał się przeciwko własnym autorom. Amerykanie mają nawet specjalne określenie na takie zjawisko: „dummymandering” (dummy znaczy „głupek”). To sytuacja, w której partia tak agresywnie manipuluje granicami okręgów, że ostatecznie sama wpada w pułapkę własnej chciwości.

Mechanizm jest dość prosty. Jeśli politycy chcą zmaksymalizować liczbę mandatów, zaczynają „rozcieńczać” swoich wyborców między coraz większą liczbę okręgów. Zamiast tworzyć bezpieczne miejsca z przewagą piętnastu czy dwudziestu punktów procentowych, projektują mapy, w których wygrywają ledwie kilkoma punktami. W spokojnych czasach wygląda to genialnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy nastroje społeczne gwałtownie się zmieniają.

Klasyczny przykład pochodzi z wyborów środka kadencji z 1894 roku.

Demokraci byli przekonani, że skonstruowali dla siebie niezwykle korzystne mapy wyborcze. Tymczasem po kryzysie gospodarczym i załamaniu popularności administracji Grovera Clevelanda nastąpiła ogromna fala poparcia dla republikanów. Sztucznie „wyżyłowane” okręgi zaczęły padać jeden po drugim. Demokraci stracili wtedy ponad sto miejsc w Izbie Reprezentantów, ponosząc jedną z największych klęsk wyborczych w historii Stanów Zjednoczonych.

I właśnie dlatego część amerykańskich analityków zaczyna dziś zadawać pytanie, czy republikanie nie zbliżają się do własnego momentu dummymanderingu.

Szczególnie w Teksasie i na Florydzie republikańskie legislatury przez lata projektowały mapy maksymalnie wykorzystujące przewagę partii. Konserwatywnych wyborców rozprowadzano po coraz większej liczbie okręgów, tak aby zdobywać jak najwięcej mandatów możliwie najmniejszym kosztem nadwyżki głosów.

To działa znakomicie, dopóki notowania partii pozostają stabilne. Ale jeśli poparcie zaczyna gwałtownie spadać, takie konstrukcje stają się niezwykle kruche. Wystarczy kilka punktów procentowych przesunięcia nastrojów i nagle cała misternie zaprojektowana mapa zaczyna się sypać.

A notowania Donalda Trumpa lecą dziś w dół szybciej, niż republikanie zakładali jeszcze kilka miesięcy temu. Jeśli ten trend się utrzyma, wybory środka kadencji w listopadzie mogą przynieść paradoks, który amerykańska historia widziała już nieraz: partia, która przez lata próbowała oszukać geografię demokracji, sama zostanie przez tę geografię połknięta.

Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze