Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Biały DomFot. Biały Dom

Nie chodzi już o to, czy religia wpływa na amerykańską politykę. Dziś religijny język, religijne wyobrażenia i religijne podziały są częścią samego działania państwa – od decyzji legislacyjnych po sposób, w jaki władza opowiada o świecie. Amerykański rząd nie tyle „ulega” religii, co funkcjonuje w rzeczywistości, która religijność współtworzy i napędza.

Widać to w konkretnych decyzjach ostatnich miesięcy: w sporach wokół federalnych regulacji dotyczących praw reprodukcyjnych, w kolejnych inicjatywach ograniczających dostęp do aborcji na poziomie stanów, w ustawach odwołujących się do „wolności religijnej” jako uzasadnienia odmowy świadczenia usług osobom LGBT, a także w polityce edukacyjnej, gdzie część stanów wzmacnia obecność religii w szkołach publicznych lub ogranicza nauczanie treści uznawanych za sprzeczne z konserwatywną wizją świata.

Nawet tam, gdzie decyzje mają charakter formalnie świecki, ich język i uzasadnienie coraz częściej odwołują się do kategorii moralnych wywodzących się wprost z religii. Zadziwiające jest to, jak polityk o biografii Donalda Trumpa, w końcu

libertyn, skandalista, i człowiek ostentacyjnie obojętny wobec religijnej dyscypliny, znalazł się w samym centrum zainteresowania liderów religijnych.

Łaska Trumpa

Scena z Gabinetu Owalnego, w której pastorzy i ewangelikalni przywódcy kładą na nim ręce i modlą się o jego „mądrość”, „łaskę” i „boskie prowadzenie” w obliczu konfliktu z Iranem, nie jest tylko symbolicznym gestem. To moment, w którym polityka świeckiej demokracji liberalnej i religia stają się jednym językiem.

Wśród obecnych znaleźli się nie tylko znani pastorzy megakościołów, ale też Paula White – wieloletnia doradczyni Trumpa i szefowa Biura Wiary w Białym Domu – postać szczególnie charakterystyczna dla amerykańskiej religijności ostatnich dekad.

To właśnie ona reprezentuje nurt, który można nazwać teologią sukcesu: przekonanie, że Boże błogosławieństwo objawia się w powodzeniu materialnym i politycznym. W tym ujęciu Trump nie jest problemem dla religii.

Przeczytaj także:

Żeby zrozumieć, dlaczego taka scena jest możliwa, trzeba przyjrzeć się specyfice amerykańskich ewangelikanów. To nie jest jednolita wspólnota ani odpowiednik europejskiego Kościoła, tylko raczej zdecentralizowany ruch, który łączy przekonanie o osobistej relacji z Bogiem z przekonaniem, że polityka jest narzędziem realizacji moralnego porządku. Ewangelikanizm w Stanach Zjednoczonych ma charakter mobilizacyjny i misyjny: nie tylko opisuje świat, ale chce go zmieniać – także poprzez władzę.

Geopolityka i eschatologia

W wyobraźni tej części religijnej Ameryki kluczowe miejsce zajmuje Izrael. Dla wielu ewangelikanów wsparcie dla państwa żydowskiego nie jest tylko kwestią geopolityki, lecz elementem eschatologicznego scenariusza, w którym historia zmierza ku wypełnieniu biblijnych proroctw.

W popularnej wśród nich odmianie teologii zwanej chrześcijańskim syjonizmem powrót Żydów do Ziemi Obiecanej, istnienie państwa Izrael i jego bezpieczeństwo są traktowane jako warunki wstępne dla wydarzeń ostatecznych – powrotu Chrystusa i końca historii. Polityka zagraniczna, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, zostaje więc włączona w porządek religijnego sensu.

Ta wizja tworzy jedną z najbardziej osobliwych koalicji we współczesnej polityce: sojusz konserwatywnych chrześcijan z państwem żydowskim, oparty nie na wspólnej teologii, lecz na wspólnym scenariuszu przyszłości. Dla wielu ewangelikanów Izrael jest jednocześnie partnerem politycznym i znakiem eschatologicznym – realnym państwem i symbolicznym elementem boskiego planu.

To napięcie jest widoczne choćby w działalności organizacji takich jak Christians United for Israel, które mobilizują miliony wiernych wokół bezwarunkowego wsparcia dla izraelskiej polityki, często bardziej jednoznacznego niż stanowiska części amerykańskich Żydów.

Jednocześnie ten sojusz nie jest wolny od paradoksów. W jego tle obecne są przekonania, które dla judaizmu są co najmniej ambiwalentne, a czasem wręcz problematyczne – jak choćby wiara, że ostatecznym zwieńczeniem historii będzie nawrócenie Żydów lub ich udział w apokaliptycznym konflikcie. Mimo to polityczna użyteczność tego przymierza jest ogromna. Dla ewangelikanów Izrael staje się dowodem na to, że historia ma kierunek i sens. Dla części izraelskiej prawicy – gwarancją stabilnego i lojalnego zaplecza w amerykańskiej polityce.

W tej konfiguracji Donald Trump idealnie wpisuje się w oczekiwania obu stron. Jego decyzje – przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy, uznanie suwerenności Izraela nad Wzgórzami Golan, twarda linia wobec Iranu – są interpretowane nie tylko jako działania strategiczne, ale jako element realizacji większego planu. Dlatego właśnie polityka Bliskiego Wschodu w wydaniu tej koalicji tak łatwo przyjmuje ton absolutny:

nie chodzi już tylko o interesy, ale o historię rozumianą jako wypełniające się proroctwo.

W takim kontekście Trump nie musi być wzorem moralnym, by stać się figurą wybraną. Wystarczy, że działa zgodnie z oczekiwanym kierunkiem – wspiera Izrael, obsadza sądy konserwatywnymi sędziami, odwołuje się do języka „Boga” i „narodu”. Relacja między nim a liderami religijnymi nie jest więc paradoksem, tylko kolejnym przejawem logiki, w której polityka staje się przestrzenią realizacji religijnego projektu.

Amerykański obowiązek

W działaniach Trumpa i w sposobie, w jaki są one interpretowane przez religijnych sojuszników, pobrzmiewa echo Manifest Destiny: przekonania, że Stany Zjednoczone mają historyczne i moralne prawo, a nawet obowiązek, kształtować świat zgodnie z własnym porządkiem.

Różnica polega na tym, że dziś ta ekspansywna wizja nie jest już tylko projektem geopolitycznym, lecz zostaje wpisana w język religijnego powołania. Trump nie musi klękać do modlitwy jak 130 lat temu prezydent William McKinley. Wystarczy, że inni robią to nad nim, uznając go za narzędzie w realizacji większego planu.

A to prowadzi do pytania, które jeszcze niedawno wydawało się przesadą: czy system zbudowany na wolności religijnej nie stał się jednocześnie systemem, który produkuje radykalizm? Dziś nie chodzi już tylko o aktywistów czy ruchy społeczne, ale o samą architekturę władzy – o to, że państwo, chroniąc nieograniczoną ekspresję religijną, jednocześnie wzmacnia jej najbardziej bezkompromisowe formy. W efekcie polityka przestaje być przestrzenią negocjacji, a coraz częściej staje się polem, na którym ścierają się wizje absolutu.

Jeszcze niedawno można było mówić o „religijnej prawicy” jako o jednym z aktorów życia publicznego. Dziś ten język przestaje wystarczać. Spory o aborcję, edukację, prawa osób LGBT czy rolę państwa w życiu społecznym coraz częściej przyjmują formę konfliktu ostatecznego: nie negocjacji interesów, lecz starcia wizji dobra i zła.

W takiej logice kompromis nie jest rozwiązaniem, lecz zdradą. To właśnie ten sposób myślenia, bardziej teologiczny niż polityczny, zaczyna organizować debatę publiczną.

Co ważne, nie jest to zjawisko ograniczone do jednej strony sceny politycznej. O ile konserwatywne chrześcijaństwo od dawna operuje językiem absolutu, zbawienia i moralnej czystości, o tyle jego progresywne odpowiedniki coraz częściej sięgają po podobne kategorie: wykluczenie, odkupienie, rytuały oczyszczenia. Amerykańska polityka staje się przestrzenią konkurujących ze sobą „religii świeckich”, które różnią się treścią, ale dzielą tę samą strukturę emocji i przekonań.

Żeby to zrozumieć, trzeba jednak cofnąć się znacznie dalej niż do współczesnych sporów. Ameryka nie stała się bardziej religijna w ostatnich dekadach – ona od początku była projektem, w którym religijność i polityka rozwijały się równolegle, bez wyraźnej hierarchii.

Norma zamiast tolerancji

Purytanie, którzy przybyli do Nowego Świata, nie uciekali przed fanatyzmem. Przywieźli go ze sobą i uczynili jednym z fundamentów nowej wspólnoty. W tym sensie dzisiejsze napięcia nie są anomalią, lecz konsekwencją samej konstrukcji amerykańskiego doświadczenia.

Uciekający z Anglii i Szkocji pielgrzymi nie wybrali Ameryki po to, by żyć w świecie pluralizmu, tylko by zbudować własny porządek. Ich projekt nie polegał na oddzieleniu religii od życia publicznego, lecz na całkowitym przeniknięciu jednego przez drugie. W Nowej Anglii, czyli w koloniach New Hampshire, Vermont, Massachusetts, Rhode Island i Connecticut, religia nie była sferą prywatną ani jednym z wielu wyborów, lecz strukturą organizującą wspólnotę, prawo, moralność i codzienność. To była wizja społeczeństwa, które ma być nie tyle wolne, ile właściwe.

Dlatego właśnie purytańskie kolonie nie były przestrzenią tolerancji, a normy. Odstępstwo od niej – teologiczne, obyczajowe czy społeczne – traktowano nie jako różnicę, lecz jako zagrożenie dla całej wspólnoty. Wykluczenie, napiętnowanie, a czasem przemoc nie były anomalią systemu, tylko jego narzędziem. Wystarczy przypomnieć polowania na czarownice.

W tym sensie purytanie nie uciekli od fanatyzmu, lecz instytucjonalizowali go. Jednocześnie ich projekt zawierał coś, co okaże się dla Ameryki kluczowe: przekonanie, że wspólnota jest oparta na przymierzu, które ma charakter moralny i niemal sakralny.

To nie była jeszcze konstytucja w nowoczesnym sensie, ale już sposób myślenia o społeczeństwie jako o czymś więcej niż zbiorze jednostek. Społeczność miała cel, a ten cel był definiowany w kategoriach dobra i zła, zbawienia i upadku. W takim układzie polityka od początku nosi w sobie napięcie właściwe religii.

Owe napięcie nie znika wraz z rozwojem państwa. Przeciwnie — zostaje przeniesione na kolejne poziomy. Amerykańska historia nie jest historią stopniowego „oswajania” religii przez instytucje świeckie, lecz raczej historią równoległego trwania dwóch porządków: politycznego i religijnego, które nieustannie się przenikają. Nawet gdy państwo formalnie dystansuje się od Kościoła, sposób myślenia o wspólnocie, winie, odkupieniu czy moralnym porządku świata pozostaje głęboko ukształtowany przez purytańskie dziedzictwo.

Przeszłość jest dziś

Dlatego współczesne konflikty w Stanach Zjednoczonych tak łatwo przyjmują formę sporów absolutnych. Ich język — niezależnie od tego, czy używany przez konserwatystów, czy progresistów — nie jest tylko metaforą, tylko echem bardzo starej struktury myślenia, w której świat dzieli się na to, co zbawione i to, co potępione, a wspólnota istnieje po to, by tę granicę chronić.

Kiedy w 1791 roku przyjęto pierwszą poprawkę do konstytucji (w ramach tzw. Karty Praw, czyli dziesięciu pierwszych poprawek), Europa widziała w nim przede wszystkim gest emancypacji: rozdział Kościoła od państwa, zabezpieczenie wolności sumienia, odejście od religii jako narzędzia władzy. W amerykańskim kontekście sens tej regulacji był jednak bardziej złożony — i bardziej ryzykowny.

Pierwsza poprawka zawiera dwa krótkie, ale fundamentalne zakazy: Kongres nie może ustanowić religii państwowej („establishment clause”) ani ograniczać swobodnego wykonywania praktyk religijnych („free exercise clause”).

W teorii oznacza to neutralność państwa. W praktyce stworzyło coś znacznie bardziej dynamicznego: przestrzeń, w której religia została uwolniona od kontroli i oddana logice konkurencji.

To właśnie na ten aspekt zwracają uwagę socjologowie religii, tacy jak Rodney Stark i Roger Finke. W swojej pracy nad „religijną gospodarką” (religious economy) pokazują oni, że amerykański model nie przypomina europejskiego systemu zdominowanego przez jeden, historyczny Kościół, lecz raczej rynek, na którym różne wspólnoty, kaznodzieje i ruchy rywalizują o wiernych.

Wolny rynek radykałów

W takim układzie religia nie słabnie wraz z modernizacją — przeciwnie, wzmacnia się, bo musi przyciągać, angażować i mobilizować. Ten mechanizm był widoczny już w XIX wieku, w czasie tzw. Second Great Awakening. Setki kaznodziejów, często działających poza instytucjonalnymi strukturami, organizowały masowe zgromadzenia, w których religia przybierała formę emocjonalnego doświadczenia, a nie doktrynalnego porządku. To był moment, w którym amerykańska religijność zaczęła przypominać to, czym jest do dziś: ruchliwą, zdecentralizowaną i podatną na radykalne formy ekspresji.

Pierwsza Poprawka nie ograniczyła więc religii, lecz uwolniła ją. Państwo wycofało się z roli arbitra, ale nie stworzyło żadnego mechanizmu, który regulowałby intensywność czy kierunek tej wolności. W efekcie powstał system, w którym obok wielkich, ustabilizowanych Kościołów funkcjonują małe wspólnoty, ruchy odnowy, megakościoły i grupy o charakterze niemal sekciarskim. Granica między religią, ruchem społecznym a ideologią staje się płynna.

To z kolei ma konsekwencje polityczne. W warunkach konkurencji najbardziej stabilne nie są formy umiarkowane, lecz te, które oferują silną tożsamość i wyraźne granice. Religia, która mówi „wszyscy mają rację”, przegrywa z tą, która mówi „tylko my mamy rację”. Logika rynku sprzyja więc zaostrzeniu przekazu. Nie dlatego, że ludzie stają się bardziej radykalni, ale dlatego, że radykalizm jest skuteczniejszy.

Amerykański system wolności religijnej nie eliminuje więc fanatyzmu, lecz daje mu przestrzeń, w której może konkurować i rosnąć.

Ten paradoks sprawia, że model uznawany za fundament wolności staje się jednocześnie jednym z czynników napędzających polaryzację. W świecie bez religii państwowej religia nie znika. Staje się intensywniejsza, bardziej widoczna i – w określonych warunkach – bardziej bezkompromisowa.

W ostatnich kilkunastu miesiącach ta logika przestała być abstrakcyjna. Zmaterializowała się w decyzjach państwa – zarówno na poziomie federalnym, jak i w działaniach administracji oraz sojuszniczych rządów stanowych.

Już w pierwszych tygodniach urzędowania ekipa Donalda Trumpa zaczęła systemowo demontować wcześniejsze mechanizmy ochrony mniejszości, zwłaszcza osób LGBT. Jednym z pierwszych kroków było wycofanie federalnych regulacji dotyczących przeciwdziałania dyskryminacji oraz redefinicja pojęcia płci jako wyłącznie biologicznej, co miało zastosowanie w całym aparacie państwa, od systemu zdrowia po edukację. W praktyce oznaczało to nie tylko zmianę języka, ale też ograniczenie dostępu do świadczeń i danych, a więc realną zmianę w funkcjonowaniu państwa.

Eksport moralności

Równolegle rząd zaczął budować własną infrastrukturę „religijnej polityki publicznej”. W maju 2025 roku powołano specjalną komisję ds. wolności religijnej, której zadaniem było nie tylko diagnozowanie zagrożeń, ale także proponowanie konkretnych zmian legislacyjnych i wykonawczych. Wokół niej powstały kolejne instytucje i inicjatywy, w tym Biuro Wiary w Białym Domu oraz specjalna agenda walki z „antychrześcijańską stronniczością” w administracji federalnej.

Sam fakt, że państwo zaczyna definiować jedną grupę religijną jako szczególnie wymagającą ochrony, oznacza przesunięcie ciężaru z neutralności w stronę aktywnego zaangażowania.

Jeszcze wyraźniej widać to w polityce zdrowotnej i zagranicznej. W 2026 roku administracja rozszerzyła tzw. global gag rule: mechanizm uzależniający pomoc zagraniczną od przestrzegania restrykcyjnych zasad dotyczących aborcji i „ideologii gender” .

To narzędzie, które formalnie należy do polityki zagranicznej, w praktyce eksportuje określoną wizję moralną poza granice Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie w kraju federalne instytucje zaczęły podejmować działania wobec stanów, które wymagają finansowania usług aborcyjnych, powołując się na ochronę „sumienia” i wolności religijnej.

Zmianie uległ także język, którym państwo opisuje rzeczywistość. Ministerstwo Spraw Zagranicznych obecnie redefiniuje prawa człowieka, akcentując „prawa nadane przez Boga” i włączając do raportów kwestie takie jak dostęp do aborcji czy procedury tranzycji jako elementy oceny państw. To przesunięcie nie jest jedynie retoryczne. Oznacza ono zmianę ram interpretacyjnych: od prawa jako konstrukcji świeckiej do prawa jako wyrazu porządku moralnego.

W imię „porządku naturalnego”

W tym samym czasie konserwatywne rządy stanowe przyspieszyły własne działania: ograniczenia aborcji, regulacje dotyczące edukacji seksualnej, przepisy umożliwiające odmowę usług ze względu na przekonania religijne czy zakazy dotyczące opieki afirmującej płeć. Te decyzje nie zawsze są bezpośrednio narzucane przez Waszyngton, ale funkcjonują w tej samej logice, odwołując się do pojęć wyraźnie zakorzenionych w religii.

To wszystko nie jest zbiorem przypadkowych decyzji ani efektem jednego środowiska politycznego. To raczej moment, w którym państwo zaczyna działać w języku, który wcześniej należał do sfery religii. I właśnie dlatego te decyzje nie są postrzegane jako techniczne czy administracyjne. Są postrzegane jako moralne — a więc ostateczne.

W Teksasie od czasu Dobbs v. Jackson Women's Health Organization, czyli wyroku Sądu Najwyższego znoszącego powszechne prawo do przerywania ciąży, obowiązuje jeden z najbardziej restrykcyjnych zakazów aborcji w Stanach Zjednoczonych.

Prawo nie tylko niemal całkowicie eliminuje możliwość legalnego przerwania ciąży, ale też wprowadza mechanizmy odpowiedzialności karnej dla lekarzy oraz — wcześniej, w formule pozwów cywilnych — dla osób pomagających w dostępie do zabiegu.

Uzasadnienia tych regulacji wprost odwołują się do wywodzących się z wiary kategorii „ochrony życia od poczęcia”. Ograniczenia aborcji do bardzo wczesnego etapu ciąży, regulacje dotyczące edukacji szkolnej, w tym restrykcje wokół tematów związanych z tożsamością płciową i orientacją seksualną, a także przepisy umożliwiające instytucjom i pracownikom powoływanie się na „wolność religijną” przy odmowie świadczenia usług — wszystko to buduje spójny model polityki, w którym państwo staje się narzędziem ochrony określonego porządku moralnego.

W Tennessee szczególnie widoczne są regulacje dotyczące osób transpłciowych. Zakazy dotyczące opieki afirmującej płeć dla nieletnich, ograniczenia w dostępie do przestrzeni publicznych czy wydarzeń kulturalnych oraz szerokie użycie klauzul sumienia tworzą system, w którym państwo nie tylko reguluje zachowania, ale także definiuje granice akceptowalnej tożsamości.

W uzasadnieniach tych decyzji regularnie pojawiają się odwołania do „porządku naturalnego” i „ochrony dzieci” — pojęć, które mają silne konotacje religijne, nawet jeśli są przedstawiane jako neutralne. Dodatkowo w Tennessee przyjęto niedawno ustawę, która pozwala pozywać lekarzy za rzekome „przymuszanie” pacjentów do podjęcia terapii afirmującej płeć, nawet do 30 lat po jej zakończeniu.

Problem polega na tym, że ustawodawca nie potrafi wskazać, czym dokładnie miałby być taki „przymus”. Nie przedstawiono też dowodów, że zjawisko, które ustawa ma regulować, w ogóle istnieje w skali wykraczającej poza pojedyncze, nieudokumentowane przypadki.

Niepewność i strach

W praktyce oznacza to stworzenie bardzo szerokiej, nieostrej kategorii prawnej, którą można zastosować niemal do każdej decyzji medycznej, jeśli po latach pacjent uzna, że został wprowadzony w błąd. Co więcej, przepisy te powstają w kontekście wcześniejszych regulacji ograniczających dostęp do opieki dla osób transpłciowych, zwłaszcza nieletnich, i wpisują się w ten sam kierunek myślenia: zamiast rozwiązywać konkretny problem, prawo próbuje uprzedzić i zablokować zjawisko postrzegane jako moralnie niewłaściwe.

Absurd tej sytuacji polega na tym, że państwo tworzy narzędzia prawne do walki z czymś, czego nie potrafi zdefiniować ani udowodnić — a jednocześnie robi to w imię ochrony jednostki. W efekcie powstaje system, w którym niepewność i strach stają się elementem samej praktyki medycznej, a decyzje dotyczące zdrowia zaczynają być regulowane nie przez wiedzę czy doświadczenie, lecz przez ideologiczny lęk przed „niewłaściwym” wyborem.

Ważne jest jednak to, że działania stanów nie są jedynie lokalnymi wyjątkami. Funkcjonują w szerszym ekosystemie, w którym decyzje legislacyjne, orzeczenia sądowe i narracje polityczne wzajemnie się wzmacniają. To, co zaczyna się jako inicjatywa jednego stanu, szybko staje się punktem odniesienia dla innych. W ten sposób powstaje efekt kaskady — nie poprzez centralne narzucenie rozwiązań, lecz poprzez ich replikację w systemie, który sprzyja konkurencji także na poziomie norm i wartości.

I właśnie tutaj widać najpełniej działanie mechanizmu opisanego wcześniej. Wolność religijna nie znika: przeciwnie, staje się jednym z głównych narzędzi uzasadniania prawa.

Problem polega na tym, że w warunkach politycznej i kulturowej konkurencji najskuteczniejsze okazują się nie te formy religijności, które godzą się na kompromis, lecz te, które oferują jasne granice i jednoznaczne odpowiedzi.

Można by powiedzieć: to tylko kolejna fala amerykańskich sporów, które przyjdą i odejdą. Ale problem polega na tym, że to nie jest fala, tylko podwodny prąd. I płynie głębiej niż bieżąca polityka, bo w samej konstytucyjnej konstrukcji państwa, które nauczyło się traktować wolność jako przestrzeń dla absolutu.

Komentarze