Wybory w Birmie/Mjanmie nie zachowały nawet pozorów uczciwości. Ale mogą dać wojskowym bilet do międzynarodowego uznania. Wojskową juntę wspierają już Chiny i Rosja. Następny z poparciem może być Donald Trump, którego kuszą tamtejsze minerały ziem rzadkich.
W niedzielę 25 stycznia 2026 r. zakończyły się wybory powszechne w Mjanmie, w trakcie których wyborcy mogli oddać głos wyłącznie na jedną z sześciu partii zatwierdzonych przez juntę wojskową, w tym reprezentującą wojsko Partia Związku, Solidarności i Rozwoju (USDP). Władza uniemożliwiła partiom opozycyjnym udziału w wyborach.
Armia rządzi w Mjanmie, liczącej ponad 55 mln mieszkańców, od 1962 roku. Wyjątkiem był okres 2011-21, kiedy próbowano wprowadzać demokratyczne reformy społeczne.
W normalnych okolicznościach wybory służą wyrażeniu woli suwerena, czyli narodu, wyłaniającego rządzących nim przedstawicieli (proszę wybaczyć tę szkolną powtórkę, w dzisiejszych czasach niestety potrzebną). Tak przynajmniej powinno być w demokracjach. I choć na świecie ich liczba maleje, a w samych demokracjach jakość funkcjonowania systemów spada, to globalnie wciąż utrzymuje się norma, polegająca na odwołaniu się do demokratycznego mandatu sprawowania władzy. Robią tak nawet dyktatury, choć w autokracjach elekcja to czysta iluzja, teatr polityczny tworzony na potrzeby wizerunkowe.
Quasidemokratyczność dobrze wyraża się przez dodawane różnych „przymiotników niwelujących” (jak to kiedyś ujęto w PRL) do słowa demokracja, takich „ludowa”, „socjalistyczna” czy „suwerenna”. Skutecznie niwelują one sens demokracji, dodatkowo przyciszając zagraniczną krytykę. Wśród wielu „przymiotnikowych demokracji” Birma/Mjanma wyróżnia się nazwą, bo jej system polityczny oficjalnie nazywa się, uwaga!, „zdyscyplinowaną demokracją”. W końcu rządzi wojsko, to ma być dyscyplina, a nie – parafrazując klasyka – by „każdy wygadywał, co chce”.
Obecnie junta dyscyplinuje dość nieposłuszne społeczeństwo birmańskie narzucając mu niechciane wybory. Przypominają one dawny żart rysunkowy Andrzeja Mleczki, w którym nieszczęsnemu skazańcowi pokazuje się trzech oprawców, mówiąc mu „tortur niestety nie da się uniknąć, ale ma pan możliwość wyboru kata”.
W birmańskich wyborach wygrała USDP, prowojskowa przybudówka pozbawiona konkurencji. Główna partia opozycyjna, NLD (National League for Democracy), nie startowała, bo została profilaktycznie rozwiązana, a jej przywódcy posadzeni do więzień.
Pomniejsze zaś koncesjonowane partyjki i tak przegrały w liczonych przez przeszkoloną przez Rosjan komisję wyborczą z USDP. Za krytykę wyborów można było pójść do więzienia a za uchylenie się od udziału – na front. Urzędnicy państwowi musieli w pracy udowodnić, że zagłosowali. Podobne mechanizmy zastosowano wobec pozostałych pracowników budżetówki.
Dało to 55 procentową frekwencję, według oficjalnych danych, czyli realnie tak z 20-30 proc., co dobrze dowodzi, że nawet przymus i apatia mają swoje granice (zwykle autokracje deklarują frekwencję na poziomie 90 proc., co realnie oznacza połowę; skoro tu podali 55 proc., to było naprawdę źle). Jak bardzo Birmańczycy nie chcieli tych wyborów dowodzi śladowa frekwencja głosowania poza granicami kraju, gdzie ręka junty już nie sięga. Przykładowo w komisji wyborczej w Seulu zamieszkałym przez sporą diasporę birmańską nie zagłosował nikt.
Generałowie się tymi szczegółami rzecz jasna nie przejmują. Ze zwycięskiej partii USDP sformują rząd, na które czele stanie były wojskowy (kto dokładnie jeszcze nie wiadomo i jest to jedyne naprawdę ciekawe pytanie w tym przewidywalnym do bólu, marnym przedstawieniu), zwany odtąd cywilem i prezydentem. Będzie on reprezentował kraj na świecie, starając się przerwać izolację i osłabić sankcje.
I zapewne mu się to uda.
W powierzchownej analizie sytuacji politycznej w Mjanmie przeczytać można, iż od 2021 r. trwa tam wojna domowa. Jest to oczywiście bzdura, bo wojna domowa wybuchła w Birmie w marcu 1948 r., dwa miesiące po odzyskaniu niepodległości i do dziś się nie skończyła, stając się najdłużej trwającym konfliktem zbrojnym na świecie.
To błędne uproszczenie bierze się z jednej przyczyny. W terytorialnie dużej, bo powierzchniowo większej od Francji Mjanmie, zamieszkałej przez ponad sto różnych grup etnicznych i narodowościowych (Birmańczycy stanowią jakieś 65 proc. społeczeństwa), wojna domowa toczy się na dwóch teatrach działań. Pierwszym jest wewnętrz birmańska walka o władzę, a drugim ruchy odśrodkowe: narodowowyzwoleńcze lub separatystyczne (w zależności od punktu widzenia) grup nie-birmańskich.
Historycznie rzecz ujmując, w tym pierwszym starciu postkolonialny rząd, najpierw cywilny, potem wojskowy, ongiś wygrał ze zbrojną rebelią komunistów (1948-1989). W tym drugim walki trwają do dziś na peryferiach, acz ze zmienną intensywnością.
Strukturalnie rzecz biorąc najistotniejsze jest to, że komuniści chcieli przejąć władzę, a operujące na rubieżach kraju partyzantki etniczne jedynie pragnęły Mjanmę opuścić lub obronić swoje tereny przed wojskiem birmańskim, nie stanowiły wszakże egzystencjonalnego zagrożenia dla rządów centralnych. Od dobrych kilku dekad reżim w Rangunie, a potem w Naypyitaw, nowej stolicy Mjanmy od 2005 roku, mógł spać spokojnie.
Zmieniło się to w 2021 r. Wówczas generałowie birmańscy anulowali wyniki wyborów z listopada 2020 r. w których miażdżąco wygrała opozycyjna wobec nich, rządząca od od 2016 r., Narodowa Liga na rzecz Demokracji (NLD), gremialnie popierana przez Birmańczyków. Kasacja wyborów i wyaresztowanie przywódców NLD doprowadziło do masowych, pokojowych protestów, a krwawe rozstrzelanie tychże – do zbrojnego buntu, inicjującego ruch oporu.
We wrześniu 2021 r. podziemny rząd birmański ogłosił początek „wojny obronnej” przeciwko juncie, w której pokojowo protestująca ongiś młodzież chwyciła za broń, próbując siłowo obalić znienawidzony reżim wojskowy. Mówiąc polskim porównaniem, w Birmie doszło do wybuchu powstania narodowego przeciwko armii, a powstańcy toczą wojnę sprawiedliwą.
Strukturalnie oznacza to, że wznowił się zakończony w 1989 r. pierwszy teatr działań wojennych, czyli birmańska walka o władzę. A reżim wojskowy znów jest zagrożony obaleniem.
Początkowo „poszli nasi w bój bez broni”. Młodzi birmańscy bojownicy uciekli do dżungli bez karabinów i wojskowego przeszkolenia. Ale szybko oba zdobyli, dołączając do części partyzantek etnicznych, które walk nie zaprzestały.
Drugi teatr działań wojny domowej, ten separatystyczno-narodowowyzwoleńczy, nigdy nie ustał, choć świat o nim zapomniał. Birmańscy powstańcy nauczyli się walki od etnicznych partyzantek, a środki na prowadzenie walki zyskali od popierającego ich tyleż masowo , co skrycie społeczeństwa, w tym licznej diaspory, przekazującej pieniądze i broń przez dziurawe i w wielu miejscach kontrolowane przez etniczne armie granice Mjanmy.
Rezultaty przyszły szybko. Już w 2023 r. w wyniku sojuszu birmańskich powstańców, zwanych PDF (skrót ten oznacza „ludowe siły samoobrony”) i kilku partyzantek etnicznych, sytuacja junty stała się „poważna, choć nie desperacka”. Ruch oporu przejął inicjatywę strategiczną, zadając w 2023 i 2024 roku armii birmańskiej kilka spektakularnych porażek. Wojsko „wycofało się na z góry upatrzone pozycje”, tracąc większość nie-birmańskich ziem Mjanmy, czyli terytorialnie prawie połowę kraju.
Ale w „Birmie właściwej”, czyli na centralnych, etnicznie birmańskich terenach kraju, najbardziej ludnych i politycznie kluczowych, reżim wojskowy się utrzymał. Tam, mimo kilku „obszarów wyzwolonych”, główne miasta kraju, a także tereny przez które biegną rurociągi do Chin i Tajlandii finansujące większość budżetu państwa, pozostały pod kontrolą armii. Mimo serii klęsk wojsko utrzymało gardę.
Walnie pomogły w tym przewagi strukturalne: lepszy sprzęt (rosyjskie lotnictwo i chińska artyleria, powstańcom niedostępne), centralne dowództwo (a nie ponad dwudziestka różnych partyzantek etnicznych, każda z innej narodowości nierzadko sobie wzajemnie niechętnych; plus setki niezintegrowanych w jedną armię luźnych oddziałów PDFów) i wspólnota celu (etniczni na swoich terenach biją się z armią birmańską zażarcie, ale do przeniesienia działań do „Birmy właściwej” i przelania krwi za nieswoją sprawę palą się już mniej). W efekcie impet powstania w połowie 2024 r. zaczął słabnąć.
A co gorsza, z bratnią pomocą generałom pospieszyli Chińczycy.
Początkowo po zamachu stanu w 2021 r. juntę poparła tylko Federacja Rosyjska. W podzięce przywódca birmańskiego reżimu, generał Min Aung Hlaing regularnie pielgrzymuje odtąd do Rosji, bijąc pokłony przed Putinem w coraz bardziej groteskowym stopniu (raz nazwał go „przywódcą świata”, a potem przyrównał go do miłego Buddzie „króla szczurów”, co miało być komplementem), w zamian uzyskując broń i poparcie polityczne. Ale to tyle. Zajęta Ukrainą Rosja jest za daleko i wojny domowej generałom nie wygra.
Co innego Chiny.
Pekin początkowo przyjął pucz z niesmakiem i niechęcią, bo dobrze dogadywał się z obalonym rządem cywilnym NLD. Trochę „za karę”, a trochę czekając na rozwój wypadków Chińczycy trzymali generałów na dystans przez trzy lata, aż wreszcie w 2024 r. otwarcie ich poparli. Podłamało to ruch oporu, niemogący liczyć na takie zewnętrzne wsparcie (Zachód nałożył sankcje i izoluje Mjanmę, ale powstaniu zbrojnemu zaoferował jedynie poparcie moralne).
Powstańcy szybko odczuli „niewidzialną rękę chińską”. Niektóre partyzantki etniczne przymuszone zamknięciem granicy chińskiej i zatrzymaniem w ChRL ich przywódców oddały juncie uprzednio zdobyte tereny i zaczęły z generałami „rozmowy pokojowe”, pod okiem chińskich rozjemców.
Chiny, rzecz jasna, nie robią to z humanitaryzmu czy pokrewieństwa krwi (oficjalna propaganda Pekinu i Naypyidaw maluje relacje chińsko-birmańskie jako „braterskie”, pauk phaw, bo Birmańczycy przed wiekami przywędrowali nad Irawadi z Wyżyny Tybetańskiej i mówią językiem z rodziny sino-tybetańskiej; dla większości Birmańczyków brzmi to jak dla Polaków rosyjskie hasła o jedności Słowian).
Strategicznie położona między Chinami a Indiami Mjanma daje ChRL wyjście na Zatokę Bengalską i wielkie możliwości polityczno-gospodarczo-wojskowe. Tylko musi panować tam jako taki porządek, a armia birmańska to największa i najlepiej – co nie znaczy dobrze – funkcjonująca instytucja w kraju.
Choć nacjonalistyczni generałowie byli zwykle zdystansowani wobec Chińczyków i nawet kilka razy się im postawili (np. anulując wielki projekt tamy Myitsone w 2011 r.), to teraz bardzo politycznie osłabli. Nawet jeśli wygrają wojnę domową (czy raczej jej birmański teatr działań) i stłumią powstanie narodowe, to wyjdą z tego bardzo osłabieni. A zwłaszcza jeżeli do zwycięstwa przyczyni się wsparcie Pekinu.
Generałowie nie będą mogli już tak łatwo ignorować chińskich porad, opierać się neokolonialnym projektom energetycznym, transportowym czy specjalnym strefom ekonomicznym. Mjanma stanie się kolejnym, po Laosie i Kambodży państwem klientem Chin w Azji Południowo-Wschodniej.
Choć powstanie wciąż walczy, nie wszyscy rebelianci etniczni są na telefon z Pekinu, a zwolennicy PDF wieszczą Chinom ugrzęźnięcie w Birmie jak ongiś Rosjanie czy Amerykanie w Afganistanie, to losy wojny domowej zdają się znów przechylać na korzyść armii birmańskiej. Od 2024 r. odzyskała ona inicjatywę strategiczną i odbiła na tyle dużo terenu by móc przeprowadzić swoją farsę wyborczą.
Pseudo wybory mają dla junty dwa, powiązane ze sobą cele: legitymizacyjny i psychologiczny. Ten pierwszy ma dać sąsiadom pretekst do pełnego uznania rządu (post)wojskowego i powrócenia do robienia interesów z generałami bez odium międzynarodowego. Takie kraje jak Indie czy Tajlandia już od dawna w skrycie wspierają armię birmańską, ale rozumieją konieczność zachowania pozorów. Te „wybory” im je dadzą.
W momencie, w którym do Rosji i Chin dołączą inne państwa regionu – a może również trumpowska Ameryka, skuszona minerałami ziem rzadkich znajdującymi się w Mjanmie – Naypyitaw przestanie być stolicą izolowanego reżimu, odwiedzanego tylko przez Łukaszenkę i byłego Czerwonego Khmera Hun Sena. Mjanma stanie się typowym krajem regionu, borykającym się, owszem, z problemami, ale handlującym z sąsiadami, dopuszczanym do azjatyckich salonów. Da to generałom legitymację i dodatkowe środki na zgniecenie powstania i odbicia przynajmniej części peryferii kraju.
A co najważniejsze – i to drugi, kluczowy powód – odegra ważną rolę psychologiczną. Już teraz w szeregach powstańców panuje zwątpienie w sens dalszej walki i rozgoryczenie z powodu międzynarodowego osamotnienia. A ten defetyzm może się tylko pogłębić jak zobaczą generałów ponownie witanych na azjatyckich salonach jakby nigdy nic. Legitymizacja (post)armijnego rządu Mjanmy może odebrać im nadzieję i walnie przyczynić się do upadku bezprecedensowego, największego w postkolonialnej historii kraju powstania narodowego przeciwko rządzącemu reżimowi wojskowemu. Właśnie dlatego generałowie bawią się w tę farsę wyborczą – by wygrać wojnę domową.
Bo w Birmie, odwrotnie niż u Clausewitza, polityka jest przedłużeniem wojny.
Dr hab. Michał Lubina jest profesorem nadzwyczajnym w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmuje się stosunkami rosyjsko-chińskimi i Birmą. Jest autorem ośmiu książek, w tym naukowego bestsellera „Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny” oraz jej anglojęzycznej wersji „Russia and China. A Political Marriage of Convenience”.
Komentarze