0:00
24 kwietnia 2020

Ciocia Kazia nie zatańczy, opozycja nic nie zrobi. Wybory trzeba zbojkotować [WIDZĘ TO TAK]

Trudno walczyć, gdy przeciwnik mierzy do nas z armat, a my machamy nad jego lufami szabelkami z plastiku. Nasz udział w wyborach prezydenckich zostanie przez rządzących uznany za legitymizację całej tej farsy

Wydrukuj

Podobno w 1989 roku sytuacja była analogiczna. Zaproponowano nam udział w niedemokratycznych wyborach, w których uczciwi ludzie nie powinni uczestniczyć, ponieważ byłaby to legitymizacja peerelowskiej władzy. Nawet niektórzy działacze demokratycznej opozycji tak uważali i zgodnie z własną oceną nie wzięli w nich udziału, choćby późniejszy prezydent III RP Bronisław Komorowski. „Z bandytami się nie negocjuje” - mówili.

Jednak sytuacja w 1989 roku była skrajnie odmienna od tej, z którą mamy do czynienia wiosną 2020 roku.

Tekst publikujemy w naszym nowym cyklu „Widzę to tak” – w jego ramach od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Dyskusja na temat wyborów prezydenckich wydaje nam się niezwykle pilna, bo nawet w naszej redakcji panują sprzeczne opinie. Jedni uważają, że należy próbować wziąć udział w wyborach, zdając sobie sprawę z ich ułomności oraz z faktu, że w istocie nie będą demokratyczne, bo inaczej oddajemy pole PiS. Inni – że należy bezwzględnie zbojkotować głosowanie, które będzie antydemokratyczną farsą w dodatku niebezpieczną dla zdrowia. W tym cyklu opublikowaliśmy już:

Wkrótce w OKO.press kolejne głosy.

W 1989 roku żyliśmy w kraju niedemokratycznym, w którym wszystkie dotychczasowe wybory były farsą. Po raz pierwszy zaproponowano nam wybory demokratyczne, choć tylko na 35 proc. (do Senatu na 100 proc.). Bankrutujący rząd rzekomo postanowił złapać się wtedy ostatniej deski ratunku, by nie wylądować na śmietniku historii, tylko wyjść z tego bajzlu z fruktami w postaci dotychczas państwowych spółek, na których jego przedstawiciele mieli się uwłaszczyć.

Otóż, proszę Państwa, nic z tych rzeczy.

Ówczesna władza postanowiła uchylić drzwi demokracji, nie tracąc przy tym kontroli nad krajem. A my – ci z nas, którzy zobaczyli w tej propozycji szansę na demokratyzację Polski – złapaliśmy owo koło ratunkowe, zagłosowaliśmy, zdobyliśmy nasze 35 proc. w Sejmie i 100 proc. w Senacie.

Wetknęliśmy stopę w uchylone drzwi demokracji.

Wybory dworaka autokraty

Co teraz proponują nam rządzący, osadzeni na stanowiskach bez wątpienia w sposób demokratyczny, w wyniku demokratycznych wyborów parlamentarnych w 2015 i 2019 roku?

Po zawłaszczeniu Trybunału Konstytucyjnego, mediów publicznych, stanowiska Prokuratora Generalnego, spółek Skarbu Państwa, Krajowej Rady Sądownictwa, za chwilę Sądu Najwyższego proponują nam wziąć udział w antydemokratycznych, niekonstytucyjnych, nielegalnych wyborach prezydenckich, twierdząc, że powinniśmy partycypować w święcie demokracji. I zagłosować. Najlepiej na Andrzeja Dudę, który jako jedyny ma pełne prawo do prowadzenia kampanii wyborczej i śmiało z tego prawa korzysta.

Powinniśmy zagłosować wedle procedury korespondencyjnej, napisanej na chorym kolanie Jarosława Kaczyńskiego, realizowanej nie przez Państwową Komisję Wyborczą, która jako jedyna ma mandat do organizowania wyborów, tylko przez Jacka Sasina, dworaka autokraty z Nowogrodzkiej i Mickiewicza, mającego o organizacji wyborów takie samo pojęcie jak ja o chińskim balecie.

Mało tego. Niektórzy działacze opozycji ulicznej wyższego i niższego szczebla domagają się, byśmy w tej farsie wzięli udział, „bo trzeba korzystać z każdej możliwości odebrania władzy PiS-owi”.

Że wyniki są z góry ustalone? Że wybory są sprzeczne z Konstytucją? Że nie są ani powszechne (brak udziału Polaków za granicą), ani równe (brak równej kampanii wyborczej)? Furda!

Ważne, by chociaż spróbować zawalczyć, nawet jeśli przeciwnik mierzy do nas z armat, a my machamy nad jego lufami szabelkami z plastiku. A nasz udział zostanie przez rządzących uznany za legitymizację całej tej farsy.

Pięciu Bogusławów Radziwiłłów z opozycji

Co robi opozycja parlamentarna? Zamiast się ze sobą spotkać i spróbować ustalić wspólną strategię (namawiamy do bojkotu, nie namawiamy do bojkotu, wycofujemy naszych kandydatów, nie wycofujemy naszych kandydatów, prowadzimy – siłą rzeczy ułomną – kampanię wyborczą, nie prowadzimy kampanii wyborczej), zachowuje się zgodnie z proroczymi słowami Bogusława Radziwiłła:

„Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą wileńskim powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy”.

Jedni prowadzą kampanię, atakując pozostałych kandydatów opozycji (Biedroń), drudzy składają do sądu zawiadomienia o popełnieniu przez rząd przestępstwa (Hołownia), trzeci spotykają się z Gowinem (sic!) i z nim omawiają dalszą strategię (Budka), podczas gdy ich kandydatka (Kidawa-Błońska) namawia do bojkotu, czym zasługuje sobie na grillowanie przez własnych zwolenników na Twitterze. Czwarci wchodzą w buty trzecich (Kosiniak-Kamysz), piąci wchodzą w buty pierwszych (Bosak).

Pełna zgodność stanowisk, pięciu Bogusławów Radziwiłłów. A Jarosław Kaczyński i Andrzej Duda zawijają sreberka…

Tekst Michała Danielewskiego z OKO.press wzywający do wspólnego stanowiska opozycji to jednak dla mnie typowe myślenie życzeniowe.

„Niech wszyscy kandydaci opozycji staną ramię w ramię”, „niech opozycja zaopiekuje się w końcu swoimi wyborcami” [dziękuję, ale nie jestem małym dzieckiem potrzebującym opieki]. Równie dobrze można powiedzieć lub napisać (internet cierpliwy, wszystko zniesie): „Niech ciocia Kazia zatańczy solówkę z Jeziora łabędziego”.

Tyle że ciocia Kazia waży sto kilo, ma płaskostopie i nie ma ochoty tańczyć. Wolałaby zaśpiewać. Ale my chcemy, żeby zatańczyła! Otóż nie zatańczy.

I mało kto w tym wszystkim zauważa, że – w przeciwieństwie do wyborów w 1989 roku – majowe wybory w 2020 roku nie stanowią uchylenia, ale zatrzaśnięcie drzwi demokracji.

Beze mnie, moi drodzy, beze mnie.

Beata Maria Geppert - absolwentka liceum im. N. Żmichowskiej w Warszawie oraz Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW. Tłumaczka języka francuskiego, m.in. ostatnich książek Michela Houellbecqua. Obecnie pracująca nad przekładem "Kapitału i ideologii" Thomasa Piketty'ego. Od czasu do czasu rozwścieczona tym, co się dzieje w Polsce, aktywistka uliczna biorąca udział w różnego rodzaju akcjach protestacyjnych. Liczba spraw sądowych (w większości umorzonych przez niezawisłych sędziów) - nieznana

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne