0:00
0:00

0:00

02 października 2025

Wybory w Czechach. Nie taki Babiš straszny, jak go malują?

przeczytasz w 8 minut

To, że wybory parlamentarne w Czechach wygra oligarcha Andrej Babiš, nie ulega wątpliwości. Nie bardzo natomiast wiadomo, z kim były premier i lider ruchu ANO będzie rządził. A już zupełną zagadką jest to, jak te rządy będą wyglądały

Google News

Ostatnie sondaże, opublikowane cztery dni przed zaplanowanymi na 3 i 4 października wyborami w Czechach, nie pozostawiają wątpliwości. Mimo że opozycyjny ruch ANO Babiša spadł minimalnie poniżej 30 procent, nie ma konkurencji. Druga w sondażach koalicja SPOLU (Razem), tworzona przez trzy z czterech rządzących obecnie partii, traci do lidera prawie 15 punktów procentowych.

Na mandaty w dwustuosobowej izbie niższej czeskiego parlamentu może liczyć sześć z ponad 20 startujących komitetów. O trzecie miejsce rywalizować będą skrajnie prawicowa SPD z liberalnym, współrządzącym obecnie ruchem STAN. Na 10 procent ma szanse Partia Piratów – od roku w opozycji, wcześniej koalicjant SPOLU i STAN. Ostatnie badania pokazują też, że kilka, być może kilkanaście mandatów zdobędzie założony przez komunistów komitet Stačilo! (Dość!), na który chce głosować ponad siedem procent badanych. Tuż nad progiem, z wynikiem 5,7, ląduje też beniaminek tych wyborów – ruch Motoristi (Zmotoryzowani).

Tu polskie miary nie działają

Te nazwy polskiemu czytelnikowi mówią raczej niewiele. Określenie afiliacji poszczególnych ugrupowań, zwłaszcza gdy chcieć ją przełożyć na polskie realia, nie jest proste.

Zacznijmy od rządzących – koalicja SPOLU to trzy partie. Największa nich to założona jeszcze przez Václava Klausa konserwatywno-liberalna ODS. Jej szefem jest obecny premier Petr Fiala i w Parlamencie Europejskim jest ona we frakcji EKR, tej samej, w której jest PiS.

Dwa pozostałe, znacznie słabsze podmioty SPOLU – również konserwatywno-liberalna TOP09 i klerykalno-ludowa KDU-CLS są dla odmiany w EPL; tej samej, w której jest polska PO. W EPL jest też STAN.

Piraci to Zieloni (EFA), SPD było w ID, ostatnio przeniosło się do ENS, w której znajduje się również np. polska Konfederacja.

Lider sondaży – ANO, w przeszłości przez lata w liberalnej ALDE, w tej kadencji współtworzył umiarkowanie eurosceptyczną frakcję Patriots for Europe, w której zasiadają też eurodeputowani Motorystów, a poza tym choćby węgierski Fides.

Komuniści i prawica mówią jednym głosem

Nieco czytelniej ta cała układanka wygląda, kiedy popatrzymy na tematy kampanii wyborczej. Ugrupowania opozycyjne atakują oczywiście rząd, głównie za spadek siły nabywczej wynagrodzeń czy jedne z najwyższych w Unii, w zestawieniu z siłą nabywczą gospodarstw domowych, ceny energii elektrycznej. Krytykują też skalę pomocy zarówno Ukrainie, jak i ukraińskim uchodźcom w Czechach. Manipulują przy tym danymi w dokładnie taki sam sposób, jak robi to opozycja w Polsce. Wspólnie sprzeciwiają się też militarnemu zaangażowaniu Czech we wsparcie Ukrainy i podważają sens zwiększania inwestycji w obronność.

ANO jest jednak w tych kwestiach znacznie mniej radykalne i konkretne niż Zmotoryzowani, STAČILO! i SPD. Zdecydowanie też odcina się od łączących czeską skrajną lewicę i prawicę postulatów – wyjścia z NATO i Unii. I chociaż w kwestii Ukrainy ANO też często powtarza, że „to nie jest nasza wojna”, to równocześnie jednoznacznie, w przeciwieństwie do radykałów, odcina się od Moskwy. Nie zapowiada też, że pozbawi ukraińskich uchodźców wsparcia i nie będzie dążyć, do ich pozbycia się z Czech; taką obietnicę składa np. SPD.

Jeśli chodzi o wspólnotę poglądów skrajnej prawicy i lewicy, to nie ogranicza się ona wyłącznie do spraw związanych z Ukrainą, NATO czy Unią. Zarówno komuniści, jak i SPD chcą też walczyć o zachowanie – jak to ujmują – tradycyjnej rodziny i ról społecznych płci. Są także przeciwko edukacji integracyjnej, zarówno dla dzieci z różnymi dysfunkcjami, jak i o różnym pochodzeniu. To ostatnie w przypadku Czech oznacza w praktyce utrzymanie wciąż obecnej w wielu regionach faktycznej segregacji romskich dzieci.

Rząd straszy opozycją

Kampania w wykonaniu ugrupowań koalicyjnych jest mniej wyrazista i właściwie trudno w niej wyłapać jednoznaczne, narzucające narrację tematy czy obietnice. Z drugiej jednak strony rządzące ugrupowania nie próbują, tak jak robił to polski obóz rządzący w trakcie kampanii prezydenckiej, flirtować z antyukraińskim wyborcą. Jednoznacznie też powtarzają, że Czechy powinny pozostać na obecnym prounijnym kursie, że zdecydowanie powinny dążyć do wzmacniania NATO i nie wycofywać się ze wspierania Ukrainy.

W tych kwestiach obecny czeski rząd ma zresztą konkretne osiągnięcia – kraj w końcu spełnił NATO-wski cel i wydaje dwa procent PKB na obronność, ma plan, by w ciągu kilku lat wydawać trzy. Praga zorganizowała też inicjatywę amunicyjną dla Ukrainy – rodzaj globalnej zrzutki, z której pochodzi obecnie co najmniej połowa trafiających do Kijowa pocisków artyleryjskich.

Jednak ogólnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o główny przekaz koalicji SPOLU, można odnieść wrażenie, że zajmuje się ona głównie straszeniem wyborców zwycięstwem ANO i innych ugrupowań opozycyjnych. Zwykle skleja je w całość, jak chociażby na bilbordzie, gdzie nad napisem z nazwami opozycyjnych komitetów znajduje się po prostu Władimir Putin. SPOLU chętnie odwołuje się też do prawicowych sentymentów znaczącej części czeskich wyborców, podkreślając korzenie partii komunistycznej, wywodzącej się wprost i wprost się odwołującej do rządzącej przed 1989 rokiem KSČ [Komunistyczna Partia Czechosłowacji].

Zmęczeni Czesi

Badania nastrojów społecznych i preferencji wyborczych pokazują, że taktyka mobilizowania poprzez straszenie i zapowiadanie końca demokracji w przypadku, gdy wygra opozycja, nie działa. Z przeprowadzonego niedawno na zlecenie portalu informacyjnego Seznam badania wynika, że najważniejszym motorem napędowym w wyborach będzie niezadowolenie i pragnienie zmian.

Większość badanych odbiera subiektywnie Czechy jako biedny, niestabilny i skorumpowany kraj w stagnacji.

Równocześnie rządowi wierzy raptem jedna piąta obywateli.

Badacze sprawdzili też, dla jak dużej liczby wyborców główną motywacją jest głosowanie nie za a przeciw komuś. I tu w ankietach „Antyfiala” pojawiał się pięć razy częściej niż „Antybabiš”. Tymczasem to właśnie „Antybabiš” dał cztery lata temu zwycięstwo obecnej koalicji, która właśnie lidera ANO od władzy wówczas odsunęła.

W praktyce też niewiele poza tym ją łączyło, co dobrze widać było przez całą kończącą się kadencję. Z perspektywy dużej części wyborców był to głównie czas sporów w rządzie, kilku dużych afer, braku ważnych zmian i fatalnej komunikacji ze społeczeństwem.

Obiektywnie rząd ma na swoim koncie kilka sukcesów – w tym jeden o ogromnym dla Czech znaczeniu – błyskawiczne, w ciągu dwóch lat, zdywersyfikowanie dostaw ropy, gazu i paliwa do elektrowni jądrowych przy równoczesnym pełnym uniezależnieniu się w tej materii od Rosji. A mówimy o kraju, który jeszcze cztery lata temu kupował od Kremla 60 procent gazu, jeszcze więcej ropy i wszystkie pręty uranowe.

Tyle że większość społeczeństwa nie ma o tym pojęcia, ewentualnie kojarzy to wyłącznie z rosnącymi cenami energii.

Podobnie mało skutecznie rząd potrafił „sprzedać” decyzje związane z obronnością czy całkiem udaną prezydencją w UE. Komunikacji nie ułatwia sam premier Petr Fiala – sztywny i mało sympatyczny wykładowca akademicki, politolog, były rektor jednej z największych w kraju uczelni – w odbiorze dużej części wyborców wzorzec z Sèvres całkowicie oderwanych od życia i wywyższających się elit.

Popularności rządowi nie przyniosło też neoliberalne doktrynerstwo – w ramach walki z deficytem finansów publicznych, realnie jednym z niższych w Unii, rząd Fiali odmówił wprowadzenia, chociażby na wzór Polski, obniżonych stawek VAT na żywność w momencie, w którym inflacja wynosiła ponad 15 procent. Bardzo długo wstrzymywał też dopłaty do energii elektrycznej i ogrzewania.

W efekcie, jak już wspominałem – siła nabywcza czeskich rodzin spadła po pandemii i napaści Rosji na Ukrainę najbardziej w Europie. To zaś przełożyło się na stłumienie popytu wewnętrznego, a co za tym idzie, znacznie wolniejszy niż w sąsiednich krajach wzrost gospodarczy. Równocześnie rząd – który do wyborów szedł z hasłem niepodnoszenia podatków, w ramach ujednolicania stawek VAT-u jednak je podniósł, w paru przypadkach w sposób mało transparentny, sugerujący uleganie różnym grupom interesów.

Nie udało się też rządowi realnie wprowadzić żadnej z dość pilnych reform – ani systemu emerytalnego, ani służby zdrowia, ani edukacji. Symbolem nieudolności jest zaś cyfryzacja pozwoleń na budowę. Problemy z jej wdrożeniem stały się dla ODS pretekstem dla pozbycia się z rządu odpowiadających za cyfryzację Piratów. Chociaż doszło do tego ponad rok temu, problemów wciąż do końca nie rozwiązano – nie w Piratach więc tkwił problem.

Cała ta sytuacja sprawia, że jedno z głównych haseł Babiša – „ANO (Tak), znów będzie lepiej”, trafia w Czechach na podatny grunt.

Dużo obietnic, mało konkretów

Trudno o jednoznaczną odpowiedź, jak pochodzący ze Słowacji Babiš, właściciel największego koncernu rolno-spożywczego w Czechach i jeden z najbogatszych obywali tego kraju, sobie to „będzie lepiej” wyobraża. Były premier obiecuje m.in. regulację cen energii i nacjonalizację częściowo prywatnego giganta energetycznego CZEZ. Zapowiada też, że zlikwiduje abonament radiowo-telewizyjny – i de facto, media publiczne – jego program zapowiada ich upaństwowienie. Media publiczne, w porównaniu z Polską publiczne nie tylko z nazwy, na zdominowanym przez czeskich oligarchów rynku medialnym odgrywają ważną rolę. Solą w oku lidera ANO były już w poprzedniej kadencji, kiedy cztery lata stał na czele mniejszościowego rządu.

Babiš zapowiada też, że obniży CIT i część stawek VAT w gastronomii, chce również – wspólnie z państwami Grupy Wyszehradzkiej, na której reaktywację bardzo liczy, cofnąć unijny system opłat za emisję ETS2 w tej części, w której dotyczyłby on odbiorców indywidualnych. Obiecuje też, że zablokuje wiek emerytalny na poziomie 65 lat (obecny rząd zdecydował się na jego bardzo wolne podnoszenie).

Były i zapewne przyszły premier zapowiada też, że zerwie zawarty przez obecny rząd kontrakt na zakup amerykańskich myśliwców F35, zakończy inicjatywę amunicyjną i ograniczy wydatki na zbrojenia.

Generalnie jednak niewiele z tych zapowiedzi, szczególnie w kwestiach dotyczących obronności, ma ostry i jednoznaczny charakter. W przeszłości też Babiš wielokrotnie dał się poznać jako polityk, który inne rzeczy mówi, a inne robi. To zresztą mocno utrudnia obecnej władzy jego krytykę. Cztery lata rządów Babiša były okresem stagnacji i – w okresie pandemii – wielkiego chaosu. Były też oczywiście okresem, w którym ze względu na konflikt interesów premiera oligarchy Unia zablokowała Czechom część dotacji. Nie można jednak mówić o wielkim upadku demokracji czy likwidacji państwa prawa, tudzież zamachu na instytucje publiczne. I niewiele wskazuje na to, by tym razem miało być inaczej.

ANO nie ma z kim rządzić

Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze Babiš jest elastyczny i raczej podąża za nastrojami społecznymi, niż je kreuje. Dość przypomnieć, że dzisiejszy eurosceptyk ponad dekadę temu do polityki wchodził jako jednoznacznie prounijny zwolennik liberalizmu gospodarczego. Wychowany w kręgu kultury francuskiej (jako syn komunistycznego dyplomaty szkoły kończył w Szwajcarii) ma dobre relacje z Emanuelem Macronem. Do niedawna przecież ANO było w ALDE i tworzonym właśnie przez Macrona RENEV. Te relacje, czy poczucie własnej sprawczości na unijnym forum są dla niego dość ważne – trudno wyobrazić sobie sytuację, w której chciałby stać się unijnym outsiderem.

Po drugie Babiš co prawda wybory z pewnością wygra, ale szans na to, by był w stanie rządzić samodzielnie, nie ma. Teoretycznie lista potencjalnych koalicjantów, z którymi przynajmniej pozornie coś go programowo łączy, nie jest krótka: akces do takiej współpracy zgłaszają zarównoZmotoryzowani, jak ii komuniści a przede wszystkim – SPD. Tyle że Babiš nie wydaje się taką współpracą, szczególnie z SPD i komunistami, zainteresowany; może krytykować Unię, może krytykować jej zaangażowanie w Ukrainie, ale na pewno nie chce z niej wychodzić. Również dlatego, że byłoby to zabójcze dla jego rolno-spożywczego koncernu – największego beneficjenta dopłat bezpośrednich w Czechach. Zasadniczo koalicjanci pokroju skrajnej lewicy czy skrajnej prawicy byliby dla niego kłopotliwi – zarówno na scenie krajowej, jak i unijnej.

W praktyce więc po 4 października Babiš będzie miał twardy orzech do zgryzienia i niewykluczone, że podobnie jak osiem lat temu zdecyduje się na stworzenie rządu mniejszościowego. Albo – mimo bardzo obecnie stanowczych, wykluczających taką możliwość deklaracji ze strony partii koalicji rządzącej, na współpracę z którąś z nich.

Tak czy inaczej – konserwatywnej, tożsamościowej rewolucji i skrętu w stronę suwerenizmu się w Czechach spodziewać raczej nie należy. Kraj czeka raczej kadencja ostrej retoryki i praktycznej stagnacji. Czyli tego, czego Czesi doświadczają od co najmniej kilkunastu lat, niezależnie od tego, kto by rządził.

Na zdjęciu Jakub Medek
Jakub Medek

Polski dziennikarz radiowy i prasowy czeskiego pochodzenia. Obecnie związany z radiem TOK FM, wcześniej z Gazetą Wyborczą. Specjalizuje się m.in. w prawach człowieka, migracji oraz z racji wykształcenia i miejsca zamieszkania (Podlasie), w ochronie przyrody. Ale najchętniej przybliża -m.in. w podcaście Czechostacja - polskim czytelnikom i słuchaczom to, co dzieje się w jego ojczystych stronach, czyli na południe od Sudetów i Tatr.

Komentarze