01 listopada 2020

Wybory w USA. Biden musi wygrać z taką przewagą, żeby Trump nie mógł podważyć wyniku [ANALIZA]

Wszystko wskazuje na to, że w amerykańskich wyborach zwycięży demokrata – Joe Biden. Jednak Donald Trump nie zamierza łatwo dać się wyprosić z Białego Domu. Stany Zjednoczone czeka przeliczanie głosów i zażarta batalia polityczno-sądowa

Wybory w Stanach oficjalnie już 3 listopada, ale tak naprawdę trwają już dawna, w niektórych stanach nawet od września. Amerykanie mogą oddawać bowiem głosy przedterminowo, czy to osobiście, czy listownie. U.S. Elections Project szacuje, że głos zdążyło już oddać 85 milionów Amerykanów, co stanowi ponad 60 proc. wszystkich głosów przed czterema laty, a liczba ta stale rośnie.

Mimo szalejącej pandemii – a może właśnie za jej sprawą – szykuje się rekordowa frekwencja, może nawet 70 proc. Demokraci są zdeterminowani, by usunąć Trumpa ze stanowiska, Republikanie, by zapewnić mu drugą kadencję.

Korespondencyjnie głosują znacznie częściej ci pierwsi, co bierze się m.in. z odmiennego podejścia do pandemii. Wyborcy Donalda Trumpa wierzą swojemu prezydentowi, powtarzającemu ciągle, że „już widać światło w tunelu” i „koniec pandemii jest tuż za rogiem”, więc dużo mniej przejmują się ryzykiem związanym z głosowaniem osobistym, np. staniem godzinami w kolejkach do lokali wyborczych. Ich kandydat od wielu miesięcy podważa też wiarygodność głosowania korespondencyjnego, twierdzi (choć nie ma po temu żadnych wiarygodnych podstaw), że jest ono próbą „gigantycznego fałszerstwa” na korzyść Demokratów.

Nic dziwnego, że Republikanie – nie wierząc ani w pandemię, ani w uczciwość głosowania korespondencyjnego – wolą osobiście pofatygować się do lokali wyborczych. Może się to jednak okazać dla nich niebezpieczne, bo wbrew Trumpowej narracji COVID-19 nie tylko nie wygasa, ale szaleje coraz bardziej. Ostatni tydzień kampanii przyniósł najgorsze wskaźniki od początku pandemii: średnio 75 tysięcy nowych zachorowań dziennie, a tuż przed weekendem liczba ta sięgnęła 100 tysięcy. Dla wielu wyborców Trumpa, zwłaszcza starszych, głosowanie we wtorek może okazać się po prostu groźne dla zdrowia i życia.

Koronawiece i maile Huntera

Niebezpieczne są też prezydenckie wiece, gdzie tysiące ludzi tłoczy się na stadionach czy lotniskach, często bez maseczek, żeby wysłuchać swojego idola. Trump powtarza, że ponieważ on przeszedł koronawirusa, to nie ma się czego obawiać. „Jeśli ja wyzdrowiałem, to i każdy może wyzdrowieć, a ja wyzdrowiałem szybko”, mówił w Tampa, na Florydzie. „Covid, covid, covid, ciągle tylko covid – narzekał w Omaha, w Nebrasce. – Ja miałem, a proszę, jestem tutaj”.

Nie dodaje, rzecz jasna, że jako prezydent (i milioner) ma dostęp do zupełnie innej opieki zdrowotnej, niż większość Amerykanów. Trump z jednej strony obiecuje, że szczepionka będzie gotowa lada chwila, a z drugiej próbuje bagatelizować koronawirusa, mówiąc: „Nie pozwólcie, by zdominował wasze życie”.

Krzywa znowu rośnie, trzecia fala wzbiera i wszyscy – z częścią wyborców Trumpa włącznie – zdają sobie sprawę, że władze federalne nie radzą sobie z kryzysem. Pandemia jest w tej kampanii tematem numer jeden. Trudno przykryć czymś 230 tysięcy ofiar śmiertelnych, ale Trump i przychylne mu media robią, co mogą.

Badania pokazują, że dla najwierniejszych wyborców Trumpa, wsłuchanych w płynącą z Fox News propagandę, najważniejszą kwestią nie jest wcale pandemia, ale maile Huntera Bidena, syna kandydata Demokratów, które w podejrzanych okolicznościach trafiły w ręce Rudy’ego Giulianiego (byłego burmistrza Nowego Jorku, obecnie głównego consigliere Trumpa).

Zdaniem Republikanów mają być one dowodem na skorumpowanie rodziny Bidenów, choć niczego takiego w nich nie ma – są raczej dowodem na (doskonale znany) problem uzależnieniowy Huntera oraz empatię i ojcowską miłość Joego.

Trudno zresztą o większy pokaz hipokryzji niż piętnowanie nepotyzmu przez Trumpa, którego liczne potomstwo bezwstydnie bogaci się na prezydenturze ojca. Próba powtórki sprzed czterech lat, kiedy „maile Hillary” (określenie tyleż ogólnikowe, co złowrogie) wyraźnie zaszkodziły kandydatce Demokratów, chyba się nie powiodła. Wtedy, na ostatnim odcinku kampanii, większość niezdecydowanych wyborców – przekonanych, że wyszły na jaw jakieś niecne sprawki byłej sekretarz stanu – postanowiła poprzeć Trumpa. W tym roku „maile Huntera” trafiają tylko do tych wyborców, którzy i tak głosują na Trumpa, a nie do tych, których musi przeciągnąć na swoją stronę. Wiece tak samo – mobilizują bazę, ale prezydent raczej nie pozyskuje dzięki nim wahających się wyborców środka.

Biden prowadzi kampanię w inny sposób – jeśli już urządza spotkania w terenie, to samochodowe, niczym w kinie pod chmurką. Na każdym kroku podkreśla, jak ważne jest zachowywanie dystansu i noszenie masek, zapowiada, że jako prezydent będzie słuchał naukowców. Mimo nowatorskiej formy jest to kampania tradycyjna w treści: Biden mówi o zjednoczeniu kraju, zasypaniu podziałów, wspólnocie, „odzyskaniu duszy narodu”, co jest kolejną rzeczą odróżniającą go od urzędującego prezydenta.

Bez Florydy nie ma mowy o zwycięstwie

Donald Trump oddał zresztą głos przedterminowo, tydzień temu – w lokalu wyborczym w Palm Beach, na Florydzie. Nielubiany w rodzinnym Nowym Jorku, zmienił rejestrację i jest dziś oficjalnie mieszkańcem Florydy. Jest to ruch o tyle słuszny, że w tym największym z „wahających się” stanów liczy się każdy głos. W 2000 roku o wyniku wyborów i zwycięstwie George’a W. Busha nad Alem Gorem przesądziło ledwie 500 głosów (i korzystny dla Republikanina wyrok Sądu Najwyższego). W 2016 roku Trump wygrał na Florydzie o 1 procent – dziś sondaże pokazują minimalną przewagę Bidena.

Bez wygranej na Florydzie Trump raczej nie ma co myśleć o drugiej kadencji. Nigdy dość przypominania bowiem, że amerykański system wyborczy nie jest demokratyczny – prezydentem zostaje nie ta osoba, którą poparło więcej obywateli, ale ta, która zdobyła co najmniej 270 z 538 głosów elektorskich.

System elektorski sprawia, że głos głosowi nierówny. Nikt nie zabiega o głosy mieszkańców takiej Kalifornii czy Alabamy – pierwszy stan jest niewzruszenie „niebieski”, czyli głosuje na Demokratów; drugi zaś „czerwony”, czyli republikański, więc próżno tam szukać któregokolwiek z kandydatów. Liczy się, jak w każdych wyborach, garść stanów „fioletowych”, które mogą przechylić się w jedną, lub drugą stronę, oddając zwycięzcy wszystkie swoje głosy elektorskie.

Wystarczy popatrzeć na mapę wieców i spotkań wyborczych na ostatniej prostej kampanii, by zobaczyć, o które stany toczy się walka. Poza Florydą są to stany Środkowego Zachodu, które dały mu zwycięstwo w 2016 roku: Michigan, Wisconsin, a nade wszystko Pensylwania.

Trump w zasadzie walczy o utrzymanie stanu posiadania sprzed czterech lat, podczas gdy Demokraci prowadzą kampanię ofensywną i optymistycznie patrzą również na tradycyjnie republikańskie stany, jak Arizona, Georgia czy Karolina Północna. Mówi się nawet o Teksasie, który cieszy się wprawdzie opinią najbardziej konserwatywnego ze stanów, ale gdzie Demokraci już od pewnego czasu usiłują rywalizować z Republikanami. Wygrana Bidena wciąż jest tam mało prawdopodobna, ale fakt, że Republikanie muszą bronić Teksasu – poświęcając na to czas i pieniądze, których mają mniej od Demokratów – też o czymś świadczy.

Prezydent na przegranej pozycji?

Co do jednego nie ma żadnych wątpliwości – także i w tym roku na Donalda Trumpa zagłosuje mniej ludzi, niż na demokratę. Niektóre sondaże ogólnokrajowe pokazują nawet zdumiewające kilkanaście punktów procentowych przewagi Bidena, ale na kilka dni przed 3 listopada średnia sondażowa wynosi jednak mniej: jakieś 7-8 punktów procentowych.

Wszyscy przypominają, że cztery lata temu sondaże „kompletnie się pomyliły”, ale to nie do końca prawda – na tym samym etapie, w analogicznych sondażach przewaga Hillary wynosiła jakieś 2 punkty procentowe. To się sprawdziło: na byłą sekretarz stanu zagłosowało prawie 3 miliony więcej obywateli, niż na Donalda Trumpa. Problem polegał na tym, że głosy te oddano nie tam, gdzie trzeba. O zwycięstwie Trumpa zdecydowała minimalna przewaga w Pensylwanii (o 44 tysiące głosów) i stanach Środkowego Zachodu: Michigan (22 tysiące przewagi) i Wisconsin, gdzie ten margines wyniósł zaledwie 10 tysięcy.

Od tamtej pory sondażownie skorygowały jednak błędną metodologię (zbyt rzadko pytano bowiem białych bez wyższego wykształcenia) i w kolejnych latach przewidywały już dobrze wyniki stanowych głosowań, np. na gubernatorów czy senatorów. Nie da się jednak wykluczyć, że sondaże znów niedoszacowały poparcie Trumpa (choć nie ma na to przekonujących dowodów), dlatego nikt w sztabie Bidena nie zasypia gruszek w popiele, jak to robiła ekipa Hillary Clinton, walka o kluczowe stany toczyć się będzie do końca.

Czy o wyniku zdecyduje Sąd Najwyższy?

Bardziej prawdopodobna droga do zwycięstwa Trumpa rysuje się jednak gdzie indziej – w sądach. Republikanie już szykują się na podważanie wyników wyborów w kluczowych stanach, w Nevadzie czy Pensylwanii. W każdym stanie przepisy są bowiem inne, w jednych głosy muszą spłynąć do komisji nie później, niż w dniu wyborów, w innych ten termin jest dłuższy. W dodatku poczta – podlegająca władzom federalnym – notuje znaczące opóźnienia. Jako że Demokraci częściej głosują korespondencyjnie, podliczenie wszystkich głosów nie jest na rękę Republikanom. Trump już zapowiada, że wynik „musimy poznać od razu, 3 listopada”, choć w roku pandemii to prawie niemożliwe.

Prezydent liczy na to, że exit polls (w których pyta się tych, którzy głosowali osobiście), mogą początkowo wskazać na jego wygraną w niektórych stanach, np. w Pensylwanii. Jeśli przewaga Bidena będzie niewielka, a głosy elektorskie z tego stanu kluczowe, Trump może wtedy odtrąbić zwycięstwo.

W sukurs przyjdzie mu Fox News, a narracja o wygranej Trumpa rozniesie się na mediach społecznościowych. Postulat podliczenia wszystkich głosów zostanie potraktowany jako próba dokonania „oszustwa wyborczego”, machlojek, by czerwona Pensylwania w „tajemniczy sposób” stała się niebieska i tym samym odebrała zwycięstwo Trumpowi.

Republikanie planują też kwestionować głosy nadesłane później, albo en masse, albo wręcz indywidualnie, głos po głosie. Dwadzieścia lat temu pracownicy komisji karta po karcie sprawdzali, czy dziurka w karcie na pewno jest w tym miejscu, gdzie trzeba. W tym roku możemy mieć do czynienia z porównywaniem podpisów, jeden po drugim. To, oczywiście, znacząco opóźniłoby podanie finalnego, oficjalnego wyniku, ale o to właśnie chodzi Republikanom: albo o zwycięstwo Trumpa, albo o zasianie wątpliwości co do uczciwości ewentualnej wygranej Bidena i całego procesu wyborczego w ogóle.

Jeśli sprawa rozbije się o sądy, to bardzo możliwe, że ostateczne decyzje w tych sprawach podejmie Sąd Najwyższy, w którym konserwatyści, mianowani przez republikańskich prezydentów, mają od zeszłego tygodnia zdecydowaną przewagę.

Nie mamy oczywiście, pewności, jak w takiej sprawie by zagłosowali, ale między innymi dlatego Republikanom tak zależało na tym, by zatwierdzić nominację sędzi Amy Coney Barrett jeszcze przed 3 listopada. Ponowna wygrana kandydata, który zdobył mniej głosów byłaby wprawdzie ostatnim gwoździem do trumny narracji o „amerykańskiej demokracji”, ale Republikanie – od lat już partia mniejszościowa – wiedzą dobrze, że to ich jedyna szansa na utrzymanie się u władzy i nie ma co liczyć na ich skrupuły w tej kwestii.

Donald Trump nie przegrywa

Trump oczywiście odmówi przyznania, że przegrał – wielokrotnie zapowiadał, że wynik wyborów uzna tylko wtedy, jeśli będzie „uczciwy” (czyli jeśli on wygra) – ale jeśli wynik będzie jednoznaczny, poprzestanie tylko na buńczucznych przechwałkach. Gorzej, jeśli nie bacząc na konsekwencje wezwie swoich zwolenników, często przecież uzbrojonych, do aktywnego oporu przeciw „kradzieży wyborów”. Gwardia Narodowa już szykuje się na zamieszki – bez względu na wynik, a część związków zawodowych omawia pomysł strajku generalnego, jeśli Trump odmówi ustąpienia ze stanowiska.

Jedyna szansa na uniknięcie tego klinczu, wybuchu przemocy i dalszej delegitymizacji systemu, to ogromna przewaga Bidena, taka, której nie sposób będzie zakwestionować. Zdaniem Nate’a Silvera, guru statystyków, autora strony FiveThirtyEight, gromadzącej i analizującej sondaże, Biden ma na takie zwycięstwo 60 procent szans. Na 30 procent ocenia scenariusz w którym wygrana Bidena będzie na tyle nieduża, że ostateczny wynik nie będzie pewien od razu. Wygrana Trumpa to, zdaniem Silvera, szansa 1 na 10.

Udostępnij:

Piotr Tarczyński

Historyk, doktor nauk politycznych, amerykanista, tłumacz, pisarz. Z Łukaszem Pawłowskim prowadzi „Podkast amerykański"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne