"Żaden nauczyciel nie straci pracy", "pojawiają się nowe miejsca pracy" - powtarzała Anna Zalewska. Kolejne dane o zwolnieniach, które napływają z kraju, pokazują rosnącą skalę tego propagandowego kłamstwa. Kalkulacje MEN opierały się na tzw. danych zagregowanych i nie brały pod uwagę reakcji obronnych i szkół, i rodziców

Minister Zalewska deklarowała, że reforma edukacji nie odbędzie się kosztem nauczycieli. Pracy w szkołach miało być nawet więcej.


Żaden nauczyciel nie straci pracy w związku z reformą

Anna Zalewska, RMF FM - 18/01/2017


Fałsz. Już wiadomo, że zwolnionych będą tysiące


Tę optymistyczną propagandę Zalewskiej wspierać miało proste rozumowanie. Kiedy obecna VI klasa zamiast iść do gimnazjum zostanie we wrześniu 2017 w podstawówce, to „oddziałów” (popularnie – „klas”) przybędzie, bo oddziały w szkołach podstawowych są mniej liczne (wg GUS w roku szkolnym 2015/2016 mają średnio po 18 uczniów, wobec 22 w gimnazjach). Tę samą liczbę uczniów dzielimy na mniejsze oddziały, więc godzin lekcyjnych będzie więcej, czyli pracy dla nauczycieli przybywa.

Do tych kalkulacji minister edukacji Anna Zalewska wybrała wskaźnik wielkości klas. Nie zajrzała do tej samej samej tabeli GUS, z której wynika, że w gimnazjach na jednego nauczyciela przypada 11 uczniów, a w podstawówkach 13.

Czyli tę samą liczbę uczniów w podstawówce obsługuje nie więcej, lecz mniej nauczycieli.

Oczywiście inny był i będzie zestaw przedmiotów, ale czy MEN starannie to policzyło?

Krytycy reformy oceniali, że zwolnienia są nieuchronne. W styczniu 2017  ZNP szacowało, że pracę straci nawet 37 tys. nauczycieli, głównie spośród ponad 100 tys. zatrudnionych do tej pory w gimnazjach (tzw. pełnych etatów w 2015/2016 r. było 99,5 tys.).



Ilu już straciło pracę

Rozstrzygnięciem tego sporu są informacje o realnych zwolnieniach. Cząstkowe dane, które ZNP zebrało w 12 województwach (spośród 16) mówią o 16,6 tys. nauczycieli dotkniętych przez reformę, w tym:

  • 6,2 tys. traci pracę (w tym 3,6 tys. nauczycieli zatrudnionych na czas określony i 2,6 tys. na czas nieokreślony);
  • 10,3 tys. traci część etatu (w tym 1170 nauczycieli poniżej 1/2 wymiaru godzin).

Te dane są podwójnie niepełne: struktury wojewódzkie ZNP nie zebrały informacji ze wszystkich szkół, a cztery województwa jeszcze nie przysłały informacji. MEN tych informacji nie komentuje, a rzecznik rządu, Rafał Bochenek, dziwi się wyliczeniom związkowców.

Zdziwienie Bochenka nie może trwać zbyt długo, bo kolejne samorządy podają liczby nauczycieli zwalnianych z końcem maja, kiedy dyrektorzy szkół podejmują decyzje kadrowe i wręczają wypowiedzenia.

Według Biura Edukacji w stołecznym magistracie, w Warszawie pracę straciło już co najmniej 1 235 nauczycieli i nauczycielek. Według danych wydziału oświaty w Urzędzie Miasta w Poznaniu pracę straciło 700 nauczycieli.

Nawet w Krakowie – który był dla min. Zalewskiej koronnym dowodem na zwiększenie zatrudnienia, bo miało być 200 etatów więcej – zwolnionych zostanie przynajmniej 134 nauczycieli.

W dużych ośrodkach miejskich łatwiej o elastyczne reagowanie na destrukcję systemu, jaką wprowadza reforma. Kiedy do dyspozycji są dziesiątki szkół łatwiej dać nauczycielom możliwość uzbierania osiemnastogodzinnego pensum, czyli pełnego etatu. W małych miejscowościach jest trudniej, a najtrudniej na wsi, gdzie ulokowanych jest aż 51 proc. wszystkich 6 tys. 646 gimnazjów (bez specjalnych i dla dorosłych; dane za rok szkolny 2015/2016).



W całej Małopolsce zwolnień będzie niemal 879, w tym:

  • 169 nauczycieli zostanie zwolnionych;
  • 710 osobom nie zostanie przedłużona umowa na czas określony.

Dodatkowo:

  • 195 nauczycieli zmieni szkołę z powodu reformy;
  • 666 nauczycieli będzie uzupełniało etat pracując w więcej niż jednej szkole;
  • 250 pracownikom administracyjnym ograniczono etaty (niektórym do połowy).

MEN nie wziął pod uwagę reakcji szkół


Wszędzie pojawiają się dodatkowe miejsca pracy. Priorytetem jest każdy etat, każde miejsce pracy

Anna Zalewska, RMF FM - 18/01/2017

fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta


Etatów nie przybywa, a jeśli są, to biorą je nauczyciele niepełnoetatowi


Deklarując, że pracy będzie więcej i więcej osób znajdzie zatrudnienie MEN wykazało się brakiem wyobraźni. Nie uwzględniło, że dodatkową pracę, jaka pojawi się w szkołach podstawowych w związku z wydłużeniem kształcenia, wezmą przede wszystkim nauczyciele pracujący dotąd na niepełnych etatach.

To chyba najbardziej wyrazisty przykład myślenia życzeniowego, lub bezmyślności, w wyliczeniach min. Zalewskiej. Z danych GUS wynika, że w roku szkolnym 2015/2016 nauczyciele niepełnozatrudnieni stanowili:  13 proc. kadry szkół podstawowych, 19 proc. – w gimnazjach i aż 26,5 proc. – w liceach. W sumie nauczyciele pracujący w niepełnym wymiarze godzin „pokrywali” 54 tys. etatów, czyli było ich znacznie więcej.

Nauczyciele ratują zdrowie

Życie przyniosło też inną – niewielką – korektę. Widząc zamieszanie w oświacie i bojąc się zwolnień, nauczyciele uciekają na tzw. urlop na poratowanie zdrowia. Maksymalnie rok oddechu przysługuje nauczycielom zatrudnionym na czas nieokreślony po minimum siedmiu latach pracy w  szkole, czyli znacznej większości kadry. Urlopy utrudniają zwalnianie, a zarazem blokują etaty.

W 2016 „ratujących zdrowie” miało być już 13 tys., o jedną trzecią więcej niż w poprzednich latach. W 2017 może być jeszcze więcej, choć MEN chce urlopy ukrócić (np. miałby ich udzielać lekarz medycyny pracy a nie lekarz pierwszego kontaktu).

Rodzice głosują nogami

Wyliczenia min. Zalewskiej opierały się na założeniu, że z obecnych gimnazjów powstanie tyle ile trzeba szkół podstawowych, a reszta zamieni się w licea, co będzie ważne, gdy nauka w szkołach ponadgimnazjalnych wydłuży się o rok. Tymczasem, jak wynika z informacji m.in. z Krakowa,

rodzice wolą posyłać dzieci do tych samych szkół co do tej pory i do wielu nowych podstawówek nie ma po prostu chętnych.

Także wiele samorządów wyliczyło, że bardziej opłaca im się dopchnąć uczniów do starych podstawówek niż zamieniać gimnazja w podstawówki, a nawet otwierać w nich filie szkół podstawowych (np. klasy VI-VIII).

Oba te czynniki sprawiają, że w „starych” szkołach podstawowych oddziały (popularnie – klasy) będą liczniejsze  niż poprzednio i cała kalkulacja: „mniejsze oddziały, więcej pracy dla nauczycieli” bierze w łeb.

Dziurawy system i błędne kalkulacje

Wątpliwości budzi też źródło szacunków MEN w wyliczaniu nowych etatów. Jak mówi OKO.press prezes ZNP, Sławomir Broniarz, „MEN podaje hipotetyczne liczby stanowisk, które wynikają z prostej arytmetyki, w skali makro – a nie bierze pod uwagę rynku i zapotrzebowania w skali konkretnych gmin”.

Liczby, na których opierało się ministerstwo pochodzą z tzw. Systemu Informacji Oświatowej. Dane w SIO są spóźnione o rok i co ważniejsze niepełne. Brakuje kluczowych  informacji, np. wymiaru zatrudnienia nauczycieli – mówi OKO.press ekspertka. Szacunki w SIO są uogólnione i nijak mają się do sytuacji w poszczególnych gminach czy szkołach. Sumowanie wakatów na poziomie centralnym nie uwzględnia zapotrzebowania na konkretne etaty: polonistów, fizyków czy nauczycieli WF.

Na podstawie SIO można szacować rozmiar zjawisk, ale nie można mieć pewności, że dane zagregowane centralnie, przełożą się na to, co realnie dzieje się w kraju.


Opłać abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym