0:00
0:00

0:00

Georgia okazała się w tym roku najważniejszym ze wszystkich pięćdziesięciu stanów. Choć w wyborach prezydenckich ostatni raz zagłosowała na Demokratę prawie 30 lat temu, w tym roku Joe Biden pokonał tam Donalda Trumpa o 12 tysięcy głosów, zdobywając wszystkie głosy elektorskie z tego stanu.

Podjęte przez prezydenta Trumpa próby unieważnienia głosów korespondencyjnych spaliły na panewce – sądy odrzuciły te wnioski. Nie pomogło też powtórne liczenie wszystkich oddanych głosów. Pierwsze przeliczenie 5 milionów kart, ręczne, nakazały władze stanu, z powodu niewielkiej różnicy między kandydatami - poniżej pół procenta. Drugie, maszynowe, odbyło się na życzenie sztabu Trumpa, ale również nie zmieniło rezultatu.

W ostatniej, desperackiej próbie, prezydent usiłował namówić gubernatora Briana Kempa, by zignorował oficjalny wynik i mianował własnych, protrumpowych elektorów. Kemp, konserwatywny Republikanin, który w wyborach entuzjastycznie popierał Trumpa, kategorycznie odmówił i 7 grudnia władze stanowe oficjalnie potwierdziły wygraną byłego wiceprezydenta. 14 grudnia elektorzy z Georgii dopełnią formalności, oddając głos na Joe Bidena, który 20 stycznia 2021 roku złoży przysięgę prezydencką i zasiądzie w Białym Domu.

Przeczytaj także:

To, na jakich warunkach obejmie władzę – czy dysponując większością w obu izbach Kongresu, czy tylko w jednej – także będzie zależeć od mieszkańców Georgii: 5 stycznia odbędzie się tam druga tura wyborów do Senatu, a w tym roku do obsadzenia są wyjątkowo oba fotele – jeden w cyklu normalnym, drugi specjalnym.

Georgia miała być bastionem Republikanów

Senator David Perdue (R) ubiega się o drugą kadencję, mając przeciw sobie młodego polityka z Atlanty, Jona Ossoffa (D). Senatorka Kelly Loeffler (R) (mianowana przez gubernatora Kempa ledwie w styczniu), walczy o to, by dokończyć kadencję swojego poprzednika, który zrezygnował z powodów zdrowotnych. Rywalizuje z nią Raphael Warnock (D), główny pastor kościoła baptystów, którym kierował kiedyś Martin Luther King.

Jeśli obaj Demokraci pokonają Republikanów, każda partia będzie miała po 50 miejsc w Senacie, a wtedy – zgodnie z Konstytucją – głos decydujący należeć będzie do wiceprezydentki Kamali Harris. Nie byłaby to wprawdzie bezpieczna większość, pozwalająca na bezproblemowe rządzenie, ale lepszej szansy Demokraci nie mają.

Tylko tak mogą odsunąć od władzy szefa Republikanów w Senacie Mitcha McConnella i utrudnić republikańskiej opozycji sabotowanie rządów nowego prezydenta.

Konieczność walki o Georgię zaskoczyła szefostwo obu partii. Georgia to stan amerykańskiego Południa, a nawet tzw. Głębokiego Południa, rejonu głęboko konserwatywnego i religijnego (zwanego m.in. „Pasem biblijnym”), dawnej Konfederacji, która w obronie niewolnictwa wywołała niegdyś wojnę secesyjną. Tara, fikcyjna plantacja Scarlett O’Hary z „Przeminęło z wiatrem”, znajdowała się właśnie w Georgii, nieopodal stolicy stanu Atlanty, która tak spektakularnie płonęła w połowie filmu. Choć wojna domowa doprowadziła do zniesienia niewolnictwa, napięcia rasowe nie minęły – mimo masowej migracji czarnych do miast Północy, w stanach Południa wciąż mieszka ich najwięcej: w Georgii Afroamerykanie stanowią prawie jedną trzecią mieszkańców, a w Atlancie – mieście kwitnącej afroamerykańskiej klasy średniej – ponad połowę.

Odkąd północni Demokraci poparli ruch na rzecz praw obywatelskich – zniesienie segregacji, nadanie pełni praw wyborczych Afroamerykanom – południe, niegdysiejszy bastion Partii Demokratycznej, w ostatnim półwieczu zmienił się w twierdzę Republikanów. Najpierw Południowcy zaczęli głosować na republikańskich kandydatów na prezydenta, potem wybierać republikańskich senatorów i gubernatorów. Georgia i tak opierała się najdłużej ze wszystkich stanów Południa, bo pierwszego Republikanina – skądinąd kuzyna senatora Perdue – obrała gubernatorem dopiero w 2002 roku.

Dziś Republikanie mają zdecydowaną większość w stanowej legislaturze, kontrolują też wszystkie ogólnostanowe stanowiska: gubernatora, sekretarza stanu, prokuratora generalnego itd. Dominacja Republikanów wydawała się do tego stopnia pewna, że przed listopadowymi wyborami ani Biden, ani Trump nie próbowali nawet jakoś szczególnie zabiegać o Georgię.

Walka toczy się o wszystko

Okazało się jednak, że rację miała Stacey Abrams, która dwa lata temu ubiegała się tam o stanowisko gubernatorskie. Przegrała (z Brianem Kempem właśnie), ale tylko o włos, pokazując, że Georgia nie jest wcale aż tak „czerwona”, jak się to wydaje i że umiejętnie prowadzona kampania może dać zwycięstwo Demokratom. Abrams postawiła na rejestrowanie nowych wyborców, szczególnie Afroamerykanów i młodych – dopisanie się do spisu wyborców nie jest bowiem w USA wcale takie proste, zwłaszcza jeśli jest się przedstawicielem mniejszości, a Republikanie na każdym kroku starają się to jeszcze utrudnić. „New York Times” oszacował, że to właśnie w dużej mierze dzięki Abrams i jej organizacji „New Georgia Project” udało się zarejestrować setki tysięcy nowych wyborców demokratycznych, co bardzo pomogło Joe Bidenowi, zwłaszcza w Atlancie.

Do tego należy dodać rozczarowanie prezydentem – i Partią Republikańską – ze strony białej klasy średniej, zwłaszcza tzw. wyborców niezależnych, którzy cztery lata temu postanowili dać mu szansę.

W Georgii oznaczało to utratę przedmieść Atlanty – niegdyś ostoi konserwatyzmu (i rasowej segregacji – w latach 60. jedno z tych okolicznych miasteczek reklamowało się tym, że u nich „nie ma i nie będzie Murzynów”). Dziś przedmieścia szybko się dywersyfikują, wyprowadza się tam czarna klasa średnia, nie brakuje przybyszy z innych stanów. Zmianę tę widać też w wyborach do Kongresu – w 2020 Demokratom udało się odbić ostatni z okręgów wyborczych w metropolii Atlanty i teraz „niebieska” jest już cała „stolica Południa”.

Jako że obie strony mają poczucie, że walka toczy się o wszystko, rywalizacja jest niezwykle zacięta. Do Georgii już zjeżdżają tuzy obu partii, żeby przekonywać wyborców do głosowania: Demokraci wysyłają Baracka Obamę, Republikanie wiceprezydenta Mike’a Pence’a i prezydenta Donalda Trumpa.

Początkowo wydawało się, że Republikanom będzie łatwiej – nie tylko dlatego, że wystarczy im obronić jedno z dwóch miejsc. Choć czerwień Georgii nieco blednie, wciąż jest to stan konserwatywny, więc plan zakładał zmobilizowanie prawicowego elektoratu, wystraszonego perspektywą oddania Demokratom pełni władzy. Liczyli też na to, że do podobnego wniosku dojdzie część wyborców niezależnych, którzy wprawdzie zagłosowali na Bidena, ale, nie chcąc powierzać pełni władzy jednej partii, zdecydują się poprzeć republikańskich senatorów.

Plan ten napotkał jednak na zasadniczą przeszkodę: Donalda Trumpa, który z jednej strony jest wprawdzie najskuteczniejszą bronią Republikanów, ale z drugiej jest bronią nieprzewidywalną, która w każdej chwili może wybuchnąć w rękach.

Donald Trump jako broń obosieczna

Urzędujący prezydent cieszy się ogromną popularnością wśród republikańskiej bazy, więc Loeffler i Perdue muszą zabiegać o jego poparcie. Ponieważ jednak Trump od ponad miesiąca odmawia uznania swojej porażki i nieustannie opowiada o „sfałszowanych” i „ukradzionych” wyborach, senatorowie muszą grać w tę grę: za nic w świecie nie przyznają, że zwyciężył Biden i zapewniają wyborców, że jeszcze „poznamy prawdę”. Przyłączyli się też do nagonki na Brada Raffenspergera, sekretarza stanu Georgii, czyli urzędnika nadzorującego wybory – skądinąd konserwatywnego Republikanina. Po tym, jak wściekły Trump nazwał Raffenspergera „wrogiem ludu” (bo policzył wszystkie głosy, także korespondencyjne), urzędnik spotkał się z falą hejtu, grożono mu nawet śmiercią. Tymczasem Loeffler i Perdue... wezwali Raffenspergera do dymisji, choć żadnych konkretnych zarzutów wobec niego nie sformułowali. Wiedzą bowiem dobrze, że wybory w Georgii były uczciwe, ale potrzebują Donalda Trumpa w terenie, na wiecach.

Sęk w tym, że część najzagorzalszych fanów prezydenta, święcie wierząc w każde jego słowo, nie kwapi się do głosowania 5 stycznia.

Skoro „wybory są nieuczciwe”, skoro „chińskie/wenezuelskie maszyny do głosowania zostały zhakowane”, skoro „Demokraci dosypują głosów” itd., to jaki jest sens się fatygować i legitymizować to „gigantyczne oszustwo”?

Trudno równocześnie twierdzić, że wybory w listopadzie były nieuczciwe, ale te w styczniu odbędą się prawidłowo, skoro nadzoruje je „wróg ludu”. Na spotkaniach ludzie domagają się do republikańskich kandydatów, żeby „coś zrobili”, bo w przeciwnym razie nie ruszą się z domu. Loeffler i Perdue recytują więc formułki o „nieprawidłowościach” wyborczych, „dopuszczalnych krokach prawnych” prezydenta, ale unikają konkretnych deklaracji, nie chcąc posunąć się za daleko.

Sekundowanie Trumpowi niesie ze sobą jeszcze inny problem. Loeffler i Perdue próbują przekonać konserwatywnych wyborców, że trzeba za wszelką cenę zablokować prezydenturę Bidena. Jeśli jednak Joe Biden nie wygrał, a Trump jeszcze dowiedzie swojej racji (jak głosi opowieść prezydenta), to republikańska większość w Senacie nie jest wcale zagrożona, bo wiceprezydentem będzie przecież nadal Mike Pence, a nie Kamala Harris. I choć wiadomo, że to nieprawda, to jednak ani Loeffler, ani Perdue nie mogą tego powiedzieć głośno.

Wygrana Demokratów jest możliwa

Uciekają się zatem do metody, która wielokrotnie okazywała się skuteczna, tzn. do straszenia „socjalizmem”. Perdue w ogóle odmówił debatowania z Ossoffem (który – znanym w Polsce wzorem – zwracał się do pustego podium), zaś Loeffler wzięła udział w debacie z Warnockiem, próbując przedstawiać go jako niebezpiecznego „radykała”. Wcześniej nazwała „faszystowskim” ruch Black Lives Matter. Bezpardonowe ataki na afroamerykańskiego pastora mogą jednak zostać uznane za rasistowskie – choć mogą pomóc utrzymać konserwatywną bazę, z pewnością nie przekonają tych umiarkowanych wyborców przedmieść, których do Trumpa zraziła między innymi jego rasistowska retoryka.

Republikanie w Georgii balansują na cienkiej linie: muszą popierać teorie spiskowe Trumpa na temat wyborów, żeby nie stracić jego bazy, a równocześnie zmobilizować ją, żeby zechciała na kolejne wybory pójść. Muszą straszyć pełnią władzy w rękach Demokratów, ale równocześnie powtarzać, że Biden przegrał wybory. Potrzebują wsparcia partyjnych struktur i stanowych władz, ale równocześnie muszą uczestniczyć w partyjnej wojnie domowej, którą rozpętał Trump.

Sondaże pokazują, że w obu wyścigach kandydaci idą łeb w łeb. Na Ossoffa i Perduego chce głosować tyle samo badanych. Warnock nieznacznie wyprzedza Loeffler. Wygrana Demokratów w styczniu – jeszcze niedawno mało prawdopodobna – jawi się dziś jako scenariusz całkiem realistyczny.

;
Piotr Tarczyński

Historyk, doktor nauk politycznych, amerykanista, tłumacz, pisarz. Autor książki „Rozkład. O niedemokracji w Ameryce”. Z Łukaszem Pawłowskim prowadzi „Podkast amerykański"

Komentarze