0:00
Prawa autorskie: Tomasz Stanczak / Agencja GazetaTomasz Stanczak / Ag...
06 kwietnia 2021

Za 10 lat węgiel jedynie awaryjnym źródłem energii? Scenariusz alternatywny dla Polski

Polska zależność od węgla może utrudnić walkę o klimat. Rząd PiS przygotował już plan dla modernizacji energetyki na kolejne 20 lat, ale eksperci komentują: brakuje ambicji. I proponują plan alternatywny

Wydrukuj

Do 2030 roku cała Unia Europejska ma zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych o 55 proc. w porównaniu do 1990 roku. Czy to się uda? Wszystko w rękach państw członkowskich. W tym – Polski.

Wciąż ogromna część energii w Polsce jest produkowana z węgla. Mamy od niego odchodzić, jednak według opublikowanej niedawno Polityki Energetycznej Polski do 2040 (PEP2040), będziemy robić to niespiesznie.

W PEP2040 ustalono, że do 2030 roku wciąż możemy produkować około 75 TWh energii z węgla rocznie – przynajmniej o 20 TWh za dużo, by sprostać unijnym celom klimatycznym. Są to dane tylko dla jednego scenariusza – wyższych cen za emisje CO2. W scenariuszu, w którym nałożone ceny są niższe, przewiduje się produkcję aż 113 TWh.

Dla porównania: według danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych w 2019 roku wyprodukowaliśmy 120 TWh energii z węgla kamiennego i brunatnego, co dało około 75 proc. całego miksu energetycznego.

Wniosek? Spadek użycia tego źródła energii będzie bardzo mały.

Rząd PiS kontra wiatraki

Rządowe plany dotyczą także odnawialnych źródeł energii. W PEP240 czytamy jednak, że sieć farm wiatrowych na lądzie nie będzie rozwijała się zbyt dynamicznie. Obecnie ich powstawanie blokuje tzw. zasada 10h, która ustala minimalną odległość wiatraków od zabudowań. Jest jednak tak restrykcyjna, że praktycznie zamroziła powstawanie nowych elektrowni.

W PEP pojawia się informacja o liberalizacji tych przepisów, ale wciąż spodziewany wzrost nie jest duży – do 2040 roku wiatraki na lądzie mają stanowić 11 proc. miksu energetycznego. Ministerstwo klimatu i środowiska informuje, że „potencjał rynkowy farm wiatrowych na lądzie jest oceniany na ok. 10 GW mocy zainstalowanej”.

Zupełnie inaczej jest traktowana energia wiatrowa na morzu (offshore).

Na razie nie mamy ani jednego wiatraka na Bałtyku, a ustawa offshorowa, która pozwoliła na ich budowę, została przyjęta z rocznym poślizgiem. Prezydent Andrzej Duda podpisał ją 22 stycznia 2021, choć miała być gotowa już na początku ubiegłego roku.

Mimo tych przeciwności w wiatrakach na morzu pokładane są duże nadzieje: do 2030 mamy mieć już 5,9 GW mocy zainstalowanej. Do 2040 ma to być 11 GW. W PEP2040 czytamy, że fotowoltaika ma mieć za 10 lat 5 do 7 GW mocy, a za 20 lat – od 10 do 16 GW.

Uwagę poświęcono także energetyce jądrowej – według zapowiedzi zawartych w PEP2040, budowa pierwszego bloku o mocy 1 – 1,6 GW ma ruszyć w 2026 roku. Kolejne bloki będą dobudowywane w następnych latach, dając w sumie od 6 do 9 GW energii. Takie same plany były również w poprzedniej Polityce Energetycznej Polski. Nie zostały jednak zrealizowane.

Polska zależna od gazu

Gaz ziemny jest w PEP2040 nazywany „paliwem pomostowym”. Jak wyliczyła organizacja Ember, w Polsce ma nastąpić największy wzrost wykorzystania gazu ziemnego w produkcji energii elektrycznej w całej Unii Europejskiej: z 14 TWh (w 2019 r.) do 54 TWh (w 2030). Do 2030 roku staniemy się więc trzecim co do wielkości producentem energii elektrycznej z gazu w UE.

„Silne uzależnienie Polski od dostaw gazu ziemnego z jednego kierunku wymaga działań dywersyfikacyjnych. W tym celu zostanie zbudowane Baltic Pipe (połączenie Norwegia-Dania-Polska)” – czytamy w rządowym dokumencie. Rząd zapowiada również rozbudowę gazoportów w Świnoujściu oraz pływającego w Zatoce Gdańskiej

„Założenia zawarte w PEP2040 nie wystarczą, żeby sprostać unijnym celom redukcji emisji gazów cieplarnianych. Doprowadzą więc do złamania przez Polskę unijnych ustaleń, wzrostu cen energii i nie pomogą w wystarczającym stopniu w hamowaniu zmian klimatu”

– komentuje Adrianna Wrona z Fundacji Instrat.

„Co więcej, PEP2040 jest nieaktualny. Jego zapisy były kilkukrotnie odnawiane, ale od 2018 roku niewiele się zmienił. Dodano teraz scenariusz wysokich cen CO2, ale one i tak są zaniżone. Mamy więc dokument, który już w momencie publikacji jest nieadekwatny do rzeczywistych warunków” - dodaje Paweł Czyżak z Instratu w rozmowie z OKO.press.

Zdaniem ekspertów tak mało ambitny plan odchodzenia od węgla może nas słono kosztować.

„Jeśli liczba utrzymywanych bloków węglowych i związanych z nimi emisji będzie sprzeczna z celami UE i regulacjami zawartymi np. w rozporządzeniu o rynku wewnętrznym energii elektrycznej, możemy nie tylko stracić unijne fundusze, które są dla nas niezbędne, ale również nie dostać zgody KE na pomoc publiczną, na którą liczy polski rząd, chcąc dalej utrzymywać przy życiu węgiel” – tłumaczy Adrianna Wrona.

Jak więc powinna wyglądać przyszłość polskiej energetyki?

Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w raporcie „Droga do celu. Odejście od węgla w polskiej elektroenergetyce”. Adrianna Wrona i Paweł Czyżak opracowali alternatywny scenariusz odchodzenia od węgla, w którym przekonują:

„czarne złoto” już niedługo może być tylko zabezpieczeniem, a nie głównym źródłem energii.

13 proc. energii z węgla

Zdaniem analityków z Instratu, do 2030 roku udział węgla w produkcji energii elektrycznej w Polsce mógłby zmaleć z obecnych ponad 70 procent do zaledwie 13. „Proponujemy pewną innowację, jeśli chodzi o narrację na temat odchodzenia od węgla” – mówi Paweł Czyżak.

Rzeczywiście, scenariusz Instratu staje w sprzeczności z powtarzanymi przez organizacje ekologiczne postulatami dotyczącymi całkowitej rezygnacji z węgla w ciągu 10 lat.

„My patrzymy na tą sprawę trochę bardziej pragmatycznie i widzimy, że dążenie do zupełnego zamknięcia elektrowni w 2030 roku wymagałoby mało realistycznego tempa zastępowania tych mocy czymś innym. Biorąc pod uwagę to, jak rozwijają się elektrownie wiatrowe i słoneczne, uważamy, że w latach 30. będziemy potrzebować mocy zapasowych. Do tego właśnie można wykorzystać węgiel. Nasze podejście rozgranicza jednak produkcję energii z węgla i moce rezerwowe” – dodaje.

Co to oznacza?

Elektrownia emituje gazy cieplarniane, kiedy pali węgiel i produkuje prąd. Ma przez to negatywny wpływ na ocieplenie klimatu. Jeśli jednak stoi i jest używana wyłącznie w trybie „awaryjnym”, jej emisyjność jest ograniczona. Według Instratu, „węglówki” mogłyby być włączane tymczasowo, kiedy zapotrzebowanie na energię będzie większe albo z jakiegoś powodu źródła OZE nie wystarczą.

„Tym samym zapewniamy bezpieczeństwo energetyczne” – tłumaczy Czyżak.

Autorzy raportu przedstawili również szczegółowy harmonogram wygaszania kolejnych elektrowni węglowych. Pierwsze bloki należącej do Polskiej Grupy Energetycznej Elektrowni Bełchatów powinny, zdaniem analityków, zostać wyłączone w 2024. Ostatni – w 2036.

Ostatnie bloki elektrowni w Rybniku mogłyby działać, jako rezerwa, do 2030, a w Opolu – do 2040. Z kolei elektrownia Turów w Bogatyni powinna zostać całkowicie zamknięta w 2026 roku (cały harmonogram Instrat opublikował na swojej stronie internetowej).

Takie rozwiązanie jest tańsze niż obecne plany rządu. Jak szacuje Instrat, stworzenie rezerwy węglowej kosztowałoby 14 mld zł w perspektywie do 2040 roku. To czterokrotnie mniej niż koszty proponowanych przez rząd rozwiązań. Są nimi utworzenie Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego, która miałaby przejmować elektrownie węglowe oraz uruchomienie mechanizmu pomocy publicznej EDM (ang. Early Decommissioning Mechanism). Te rozwiązania, według analityków, obciążyłyby podatników kwotą 63 mld zł.

W raporcie podkreślają również, że obecnie negocjowane plany utrzymania wydobycia węgla kamiennego do 2049 roku są nierealne. W ich scenariuszu zużycie węgla energetycznego już w 2030 roku spada z obecnych 32 do 10 mln ton.

Po 2030 roku jedyną działającą kopalnią miałaby być Bogdanka na Lubelszczyźnie. Zdaniem autorów raportu, Bogdanka jest najnowocześniejszą, efektywną i najsprawniej działającą kopalnią w Polsce. Nie została także wzięta pod uwagę w rządowym planie wygaszania kopalń do 2049 roku – przede wszystkim dlatego, że nie podlega pod żadną państwową spółkę. Harmonogramy ustalane przez resort aktywów państwowych nie dotyczą prywatnych podmiotów.

Znaczenie gazu? Marginalne

W scenariuszu rządowym – przypomnijmy – mamy być jednym z największych producentów energii z gazu. W strategii zapisano także dążenie do włączenia biometanu i wodoru jako paliw na poziomie 10 proc. całego przesyłanego gazu.

Jak to wygląda w scenariuszu Instratu?

Analitycy przewidują, że inwestycje w nowe elektrownie gazowe nie są rentowne. W latach 30. będą wypychane z miksu energetycznego przez tańsze odnawialne źródła energii. Według ich planu, powinniśmy wybudować tylko dwie nowe elektrownie gazowe: Ostrołęka i Dolna Odra.

„W naszym modelu wzięliśmy pod uwagę całą listę bloków planowanych m.in. przez Energa/Orlen. Okazało się, że w latach 30. praktycznie nie będą generować energii, bo będziemy mogli ją pozyskiwać z OZE. Stąd wniosek, że elektrownie gazowe nie zapewnią właścicielom zwrotu z inwestycji. W naszym scenariuszu zostały więc tylko dwie elektrownie, które już mają podpisane kontrakty mocowe.

Budowy kolejnych bloków nie rekomendujemy, bo może powtórzyć się historia Ostrołęki C – zacznie się proces budowy, w trakcie okaże się nieopłacalny i w efekcie wygeneruje jedynie starty dla Skarbu Państwa”

– wyjaśnia Paweł Czyżak.

Instrat stawia na OZE

„Oczekuje się, że produkcja energii z węgla w całej UE spadnie do 55 TWh brutto w 2030, z czego 22 TWh brutto przypadłoby Polsce. Osiągnięcie takiej wartości jest możliwe w scenariuszu Instratu, który silnie kontrastuje pod tym względem z PEP2040” – czytamy w raporcie. Autorzy dodają, że według PEP2040 w 2030 roku węgiel nadal dominuje w miksie energetycznym.

„Przekłada się to także na niemożność osiągnięcia celów OZE – w PEP2040 udział OZE w produkcji energii elektrycznej w 2030 wynosi jedynie 32 proc., średnio w UE ma to być 68 proc., a w scenariuszu Instratu jest to aż 76 proc.” – piszą analitycy. Ich zdaniem największy udział w miksie może mieć energia z wiatru na lądzie. Nieco mniejszy, ale również znaczący będzie mieć produkcja energii na farmach wiatrowych na morzu i z fotowoltaiki.

Jednak żeby ten scenariusz był możliwy, Polska będzie musiała spełnić kilka warunków. Po pierwsze – ruszyć z budową farm wiatrowych na morzu. Pierwsze wiatraki miały stanąć już w 2022 roku. To, jak przewidują analitycy, nie będzie możliwe przez opóźnienia związane z przygotowaniem ustawy, a pierwszych farm offshore możemy się spodziewać za dwa lub trzy lata. „Kolejne będą sukcesywnie powstawać do 2030 roku. Wtedy możemy produkować na farmach offshore około 22 TWh, co stanowiłoby około 14 proc. krajowego miksu energetycznego. 10 lat później mogłoby to być już 55 TWh, czyli aż 25 proc. w miksie” – wylicza Paweł Czyżak.

„Energetyka wiatrowa na lądzie powinna być jednym z naszych priorytetów” – dodaje Adrianna Wrona. „PEP2040 w zasadzie odsuwa ją na dalszy plan. Inwestycje już zostały zablokowane przez zasadę 10h i wygląda na to, że pomimo planowanych zmian w przepisach, wedle PEP2040 ta stagnacja ma być kontynuowana ” – mówi. Jej zdaniem kluczowe w rozwoju OZE są również programy dofinansowań dla mikroinstalacji. „Zdecydowanie powinniśmy utrzymać program Mój Prąd. Stop Smog również ma finansować instalacje OZE i to jest krok w dobrą stronę” – dodaje.

Istotnym elementem całej transformacji jest także modernizacja sieci przesyłowych i budowa magazynów energii. Te działania, jak podkreślają autorzy raportu, łatwo sfinansować ze środków unijnych i prywatnych. W odróżnieniu od subsydiowania wydobycia i spalania węgla.

Pytania wokół elektrowni atomowej

Żarnowiec, Lubiatowo i Choczewo na Pomorzu, Bełchatów i kompleks Pątnów-Adamów-Konin w Wielkopolsce – to wszystkie potencjalne lokalizacje pierwszej polskiej elektrowni atomowej, które pojawiały się m.in. w wypowiedziach ministra klimatu Michała Kurtyki.

Ostatecznej decyzji na razie jednak nie poznamy. Wiadomo, że rząd planuje, by w sumie w Polsce powstało aż sześć bloków jądrowych. Dzięki temu zatrudnienie znajdzie ok. 25–38 tys. osób. Uruchomienie elektrowni jądrowej jest możliwe, jeśli będzie polityczną wola – komentował w OKO.press Adam Rajewski z Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej.

„I z tym może być największy problem, bo niewykluczone, że w nadchodzących latach Zjednoczona Prawica straci władzę. I nie wiadomo, czy kolejna władza będzie zainteresowana doprowadzeniem tego projektu do końca” – mówił Rajewski.

Co się stanie, jeśli atomowe plany Polski skończą się tak, jak kończyły się do tej pory?

PEP2040 odpowiedzi na to pytanie nie udziela.

„W raporcie brakuje alternatywnego scenariusza na wypadek niepowodzenia we wdrożeniu przez rząd energii jądrowej zgodnie z założeniami, czyli do 2033 roku. Historia polskiej energetyki jądrowej raczej nie napawa optymizmem, a dla projektu nie wybrano jak dotąd nawet lokalizacji” – zauważa organizacja Ember w swoim opracowaniu dotyczącym PEP.

Atomu nie biorą pod uwagę również analitycy Instratu.

„Analizy pokazują, że takie projekty bardzo często się opóźniają – średnio w Europie o osiem lat. W Polsce elektrownia atomowa jest zapowiadana od lat i do tej pory nie powstała, więc jest mało realistyczne, że cała inwestycja tym razem pójdzie według planu. A jeśli się opóźni, a my do tego czasu nie wdrożymy do systemu wystarczająco OZE, to dla polskiej energetyki i celów klimatycznych będzie już za późno” – tłumaczy Adrianna Wrona.

Czy rząd posłucha podpowiedzi ekspertów?

Zapytaliśmy o to Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Czekamy na odpowiedzi.

„Pokazujemy rozwiązanie, które nie jest sprzeczne z prawem unijnym, nie wymaga opracowywania nowych mechanizmów pomocy publicznej i negocjacji z Komisją Europejską” – mówi Paweł Czyżak.

I dodaje: „Nasz scenariusz jest prostszy w realizacji i mamy nadzieję, że chociaż część tych propozycji przebije się w docelowych ustaleniach legislacyjnych”.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne