29 lipca 2021

Zagrożone ptaki i foki. Ludzie nawet nie zauważają, że sieją śmierć

Skandal z wtargnięciem dwójki turystów do rezerwatu Mewia Łacha to tylko część ogromnego problemu. Np. spuszczanie psów na plaży ze smyczy to zagłada dla pisklaków. Nie mają szans przed goniącym psem i giną. Podobne skutki ma jazda po plaży na quadach czy wycieczki konne - opowiada Magda Dziermańska, ornitolog z grupy KULING

Od wydarzeń w rezerwacie „Mewia Łacha” przy ujściu Wisły do Bałtyku minął już miesiąc. 29 czerwca 2021 dwójka turystów weszła na teren rezerwatu, pomimo wyraźnych ostrzeżeń o zakazie wstępu. Chodzili po obszarze z gniazdami na piasku, zrobili sobie sesję zdjęciową przy koszu nagniazdowym sieweczki obrożnej, wzięli w ręce młodego ohara, z którym wykonali kolejną sesję. Później ptaka tego znaleziono martwego w tym miejscu.

Magda Dziermańska, ornitolog, sekretarz Zarządu Grupy Badawczej Ptaków Wodnych KULING, która koordynuje czynną ochronę ptaków na Wybrzeżu wraz z WWF Polska i Stacją Morską w Helu, w projekcie „Ochrona ptaków i ssaków morskich — kontynuacja”, mówi OKO.press, że to nie jedyny przypadek łamania wszelkich zakazów i wchodzenia turystów na tereny chronionej przyrody.

Julia Dąbrowska: Czy często spotyka się Pani z tak lekkomyślnym zachowaniem turystów?

Magda Dziermańska: Takie wtargnięcia są niebezpieczne zwłaszcza w sezonie lęgowym, który niestety pokrywa się z sezonem turystycznym.

W tym okresie ludzie wchodzą wszędzie, nie ma już dzikich plaż bez ludzi. Wtargnięcia w miejsca niedostępne zdarzają się cyklicznie, ale w tak skandalicznym wykonaniu, jak ostatnio, nie zdarzyły się, stąd nasze oburzenie i apel, by jednak tę parę zidentyfikować.

Pracując na Wybrzeżu, spotykam się z nieetycznym zachowaniem regularnie, choć ma to różne podłoże. Są turyści, którzy mimo oznaczonych miejsc z lęgami, plażują w bliskim sąsiedztwie gniazda czy piskląt, spuszczają psa ze smyczy żeby się wybiegał, nie pilnują go, a ten robi w tym czasie spustoszenie.

Część ludzi reaguje na tablice, część je ignoruje, część nawet nie podchodzi, by je przeczytać. Ludzie zupełnie nie są świadomi, że na plaży jest ginące życie. Najważniejsze dla nich jest wybieganie psa i relaks. A mówimy o życiu na plaży, o sieweczce obrożnej, która gniazduje na plażach polskiego Wybrzeża i nie tylko na terenach rezerwatów czy Parków Narodowych. Aktualnie populacja pomorska liczy 90 par lęgowych i stanowiska tego gatunku są na plażach ogólnodostępnych. Sieweczka obrożna, zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Środowiska z dnia 6.10.2014 roku w sprawie ochrony gatunkowej zwierząt [Dz.U.2014 poz.1348], objęta jest ochroną ścisłą oraz wymaga ochrony czynnej.

Pisklęta sieweczki obrożnej,
Pisklęta sieweczki obrożnej,

Z kolei ta niechlubna i słynna już para turystów z „Mewiej Łachy”, zrobiła to z premedytacją, minęła trzy ogrodzenia i trzy tablice z zakazem. Generalnie była w miejscu niedostępnym, ponieważ po stronie Mikoszewa rezerwat jest formalnie, całorocznie zamknięty i nie ma tam szlaku dla ruchu pieszego wyznaczonego przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, zatem w ogóle nie powinno ich tam być.

A jak już wtargnęli w miejsce z lęgami, to zachowali się skandalicznie i złamali kilka przepisów o ochronie przyrody. Dorośli ludzie, a wzięła górę ignorancja i infantylizm. Zdjęcia były dla nich najważniejsze, nie bacząc na nic.

Także część amatorów fotografii zagalopowuje się w swoim hobby i z tyłu zostawia etykę przyrodniczą, niepokojąc ptaki w okresie lęgowym, nieraz po wiele godzin.

Skutery wodne płoszą foki i ptaki

Wtargnięcia na tereny lęgowe nie są tylko piesze, ludzie poruszają się też na jednostkach wodnych np. skuterach, łodziach motorowych, kajakach i żaglach.

Podczas takiej rekreacji często nie baczą na miejsca chronione. Zwłaszcza na wiosnę w rezerwatach było też dużo osób z dronami i to także płoszyło zwierzęta. W ujściu Wisły są także codziennie wycieczki, chcą zobaczyć foki i ptaki, i co któraś wycieczka podpływa zbyt blisko.

Foki w popłochu uciekają do wody i długie godziny, nieraz cały dzień, już nie wychodzą, a ptaki są niepokojone w miejscach swojego odpoczynku i rozrodu.

Teraz jest już i tak lepiej pod tym względem, ale kilka lat temu było to nagminne.

W przypadku osób płoszących foki dla zrobienia im zdjęć, zarówno nasze materiały, jak i pochodzące z kamer Stacji Morskiej z Helu, trafiały na policję i wtedy prowadzone były sprawy w sądzie.

I znamy przypadki, gdzie ukarano takich ludzi, a kary są nawet do 5 tys. zł.

Focza łacha w ujściu Wisły to jedyne miejsce w Polsce, gdzie dzikie foki mają swoją całoroczną ostoję. Zainteresowanie ludzi przyjeżdżających ze śródlądzia do ujścia, specjalnie po to, by zobaczyć foki, także przyczyniło się do tego, że właścicielom wycieczek zaczęło bardziej zależeć żeby mieć co pokazywać.

Bilety sprzedają bez gwarancji czy będą foki na wyspie, czy nie, a cena jest stała.

W przypadku płoszenia i niepokojenia ptaków karanie takich delikwentów jest nieadekwatne do skali. Zdarzały się mandaty dla osób opalających się w bardzo bliskim sąsiedztwie oznaczonych gniazd, czy dla osób na jednostkach wodnych przybijające do kolonii ptaków.

Psy na plaży, do tego quady i konie

Rozwinięta turystyka to duże zagrożenie dla naturalnego środowiska i życia ptaków na Wybrzeżu.

Człowiek wchodzi wszędzie, także tam, gdzie nie wolno, ponieważ ma coś takiego w sobie, że musi dojść do końca swojego celu i do miejsc z zakazem.

Ogromnym problemem są psy luzem na plażach. Na Wybrzeżu, na niektórych plażach, gdzie są lęgowe sieweczki, prowadzona jest grupowa jazda konna, są też wydawane zgody przez urzędy na rajdy quadami.

To nie jest uzasadnione w żaden racjonalny sposób, ma to miejsce jedynie dla rozrywki człowieka, nie bacząc na ginącą przyrodę. Rozrywkę można przecież organizować z głową, w miejscach, gdzie nie szkodzi się lęgom. Wystarczy chcieć, wystarczy dobra wola.

Panowie na traktorach, sprzątający mechanicznie plażę, jedynie w niektórych gminach współpracują, by nie szkodzić gniazdującym na piasku ptakom.

Jest też problem z quadami osób prywatnych i służb, nie zawsze jeżdżą w zasadnych sytuacjach, widać to wieczorami, ganiają w prawo i w lewo, z dużą prędkością, tak dla frajdy. Jeżdżą środkiem plaży, gdzie są lęgi, zamiast przy brzegu, o co wielokrotnie byli proszeni.

Dużym problemem jest także opalanie się czy palenie ognisk blisko lęgów. Na plażach Wybrzeża są stanowiska lęgowych sieweczek obrożnych. Nawet tam ptaki te, mimo że jest to ich naturalne środowisko i są u siebie, nie mają tam dostatecznego spokoju.

Pisklę na plaży Fot. M. Dziermańska

W jaki sposób psy zagrażają ptakom?

Plaża nie jest środowiskiem życia psów. Ludzie chcą wybiegać pupila i oczywiście samego wybiegania nie neguję, jest to niezbędne do ich rozwoju. Ale dlaczego w miejscach, gdzie są lęgi ptaków?!

Właściciele psów prowadząc je na łono natury często nie widzą już dzikiej przyrody, i dobitnie świadczy o tym ich zachowanie.

Po pierwsze, psa spuszczonego ze smyczy nie kontrolują, po drugie, świadomość jest bardzo nikła, że tam w sezonie jest coś więcej niż sam piasek, że na plażach jest małe, ginące życie, które walczy o przetrwanie.

Jeszcze kilka lat temu wszędzie przy wejściu na plażę były przekreślone piktogramy z psem, ale od kilku lat złagodzono te przepisy. To rady dzielnic w miastach, urzędy miast i gmin danej miejscowości decydują i wyznaczają zakazy dla psów na plaży.

A tam, gdzie takie zakazowe tabliczki wiszą, to i tak psów bez smyczy jest bardzo dużo. Zatem zakaz jest praktycznie nieegzekwowany.

Pisklęta reagują mocniej na psa niż człowieka

Jeśli ktoś plażuje przy lęgach, rozkłada się z psem, to sama jego obecność powoduje płoszenie. Według badań naukowych pisklęta sieweczek trzy razy dłużej chowają się przed sylwetką psa niż człowieka.

Takie pisklaki są codziennie niepokojone i płoszone w okresie ich wzrostu do uzyskania lotności. Okres ten trwa do miesiąca ich życia.

W tym okresie mają wiele konfrontacji z psami. Bezbronne pisklęta nie mają szans przed goniącym je psem i giną. Także przed takim, który chce się bawić, ponieważ nie ma precyzji ani w łapach, ani w uścisku pyska i je zgniata. Pisklęta puchowe są bardzo małe - ważą mniej niż jedna gałka lodów!

To są zagniazdowniki, czyli ptaki, które od pierwszego dnia życia, po wykluciu się i wysuszeniu mogą same pobierać pokarm i rodzice ich nie karmią.

Przy wysokich czynnikach antropopresyjnych pisklęta przez większość każdego dnia ewakuują się na wydmy (jak zdążą uciec), siedzą w trawach i krzakach wierzb, nie mogą wyjść na plażę, gdzie przy brzegu mają największą dostępność pokarmu, nie mogą się napić i schłodzić w wodzie, najgorzej mają w upalne dni. Zatem ich kondycja jest znacznie gorsza.

Takie pisklę wolniej rośnie, jest słabsze, zatem trudniej jest mu uciekać przed psem i wszystkimi drapieżnikami.

Prowadzicie akcje edukacyjne w celu zwiększenia świadomości wśród ludzi. Na czym one polegają?

Niestety, nikt nie uczy tego w szkołach, szczególnie nie słyszeli o tym ludzie, którzy nie mieszkają nad morzem. Poza czasem pandemii nasza Grupa Badawcza Ptaków Wodnych KULING stoi edukacją.

Nie jesteśmy dużym stowarzyszeniem, niemniej działamy tyle, ile jesteśmy w stanie. Od wielu lat edukujemy w terenie, codziennie podczas okresu lęgowego w trzech punktach w rezerwatach przyrody na Wyspie Sobieszewskiej.

Uczestniczymy w eventach przyrodniczych, poprzez spotkania z lokalną ludnością na Wybrzeżu, wydajemy materiały edukacyjne w formie książeczek, ulotek, zakładek i gier. Tworzymy tablice edukacyjne, np. mamy piękny zestaw tablic na platformie widokowej w Gdańsku Świbnie, gdzie podczas sezonu frekwencja turystów jest bardzo duża.

Docieramy do ludzi także poprzez inne dostępne formy. Braliśmy udział z Błękitnym Patrolem WWF i Stacją Morską w filmach edukacyjnych z aktorem Marcinem Dorocińskim, wtedy przez jakiś czas było to bardzo pomocne i było o tym głośno.

Ale takich akcji potrzeba znacznie więcej. Nie jestem aktywistką, która organizuje jakieś happeningi, niekonwencjonalne akcje, żeby zwrócić uwagę. Zawsze mi się zdawało, że wszystko trzeba robić zgodnie z prawem, poważnie, żeby nie spłycać tematu, nie ośmieszać go przez jakieś dziwne działanie.

W kraju i na świecie wszystko, co nośne, musi zadziwiać, wzbudzać sensację, szokować, być tzw. „mięsem”, wtedy ludzie to przekazują dalej i jest o tym głośno, ale ja nie chciałabym, żeby ludzie to opacznie rozumieli, dlatego zostajemy przy metodach tradycyjnych.

Niektórzy turyści pomagają chronić ptaki

Nie zawsze takie nośne akcje działają na ludzi, bo osoba może czuć się atakowana, przez takie kontrowersyjne ujęcie tematu.

Zgadza się, to prawda. Z moich doświadczeń wynika, że łagodne i naturalne, niesensacyjne sposoby dotarcia do ludzi, przynoszą lepsze efekty.

Kiedy jestem w terenie na wybrzeżu, ludzie często sami do mnie podchodzą, zadają pytania o to, co robię, i wtedy chętnie rozmawiam. Czasem osoby patrzą z boku, chcą się dowiedzieć, ale nie mają odwagi podejść. Wtedy zaczynam rozmowę i często ludzie są bardzo życzliwi.

Jeżeli ktoś zachowuje się nieetycznie, leży przy lęgu, albo mimo tablic ktoś puszcza kilka psów, to zwracam uwagę. Mimo wszystko podejmuję próby rozmowy, ponieważ bardzo chciałabym podnieść świadomość ludzi.

Turyści, którzy przyjeżdżają już któryś raz w to samo miejsce, zwłaszcza na dłuższe urlopy, często podchodzą, mówią, że już mnie wcześniej widzieli, rozmawiamy, zdarza się, że dają mi swoje kontakty, gdyż chcą uczestniczyć w działaniach czynnej ochrony.

Po kilku wspólnych patrolach ze mną lub inną osobą zdobywają przeszkolenie teoretyczne i praktyczne. Jeśli mam pewność, że te osoby rokują i dadzą radę, zaczynają wspomagać działania terenowe. Nawet jeśli nie będą czegoś wiedzieć, to wiem, że można im zaufać, że zadzwonią, zapytają i w porozumieniu pomogą, a nie zaszkodzą ptakom.

Mają satysfakcję, że są na urlopie, a jeszcze robią coś pożytecznego.

W projekcie „Ochrona ptaków i ssaków morskich" mamy wolontariuszy Błękitnego Patrolu, rozsianych w grupach po Wybrzeżu. Są to osoby wdrożone, przeszkolone i dokładają swoje cenne cegiełki w działania projektowe - wyszukują gniazda, zabezpieczają je koszami ochronnymi, stawiają tablice, edukują turystów.

Wszyscy patrolujący sprawdzają, czy dane gniazdo jest wysiadywane, czy nie jest niepokojone, kiedy było klucie piskląt, i co najważniejsze, które młode dożyły do lotności.

Dzięki patrolom tych wszystkich osób lęgi są kontrolowane, mogę dokładnie określić, ile dni życia mają poszczególne pisklęta oraz mieć więcej wiedzy o sukcesie lęgowym w danym sezonie. Razem można więcej zdziałać.

Działania czynnej ochrony, które prowadzimy, przynoszą efekty. Gdy zaczynaliśmy w 2014 r. tzw. koszowanie gniazd, populacja pomorska sieweczki obrożnej była dramatycznie mała, liczyła 40 par lęgowych, a teraz jest 90 par!

Populacja krajowa maleje w ostatnich latach i aktualnie liczy 250 par, natomiast populacja pomorska rośnie. Gniazda bez koszy ochronnych mają straty do 90 proc., natomiast sukces z koszami mamy ok. 70 proc. Sporo osób wie o naszym pionierskim koszowaniu gniazd w Polsce i skuteczności tej metody. Otrzymuję zaproszenia w inne miejsca w kraju, gdzie wprowadzane są te metody, gdzie chcą współpracy i wymiany doświadczeń i to już się dzieje.

Nadal nie wiadomo kim są intruzi

Po dramacie ptaków na „Mewiej Łasze” ludzie bardzo zaangażowali się i zaczęli do was zgłaszać zdjęcia i informacje o osobach, które mogłyby być potencjalnie tamtymi turystami. To chyba bardzo pocieszające.

Sporo osób to bardzo poruszyło. Widzimy także jaki jest rekordowy zasięg postu o tym skandalicznym wtargnięciu, aktualnie ponad 500 tys. odbiorców. Poruszenie było ogromne, ludzie dzwonili, pisali, podawali różne typy, najwięcej oczywiście z Instagrama, ponieważ szukali po hasztagach.

No właśnie, bo jeszcze ich nie zidentyfikowano?

Komentowano, że trzeba ich koniecznie ukarać. Padały przy tym różne inwektywy, ale widać, że ludzie bardzo chcą, aby zidentyfikowano i ukarano tę parę. Policja musiała też zabezpieczyć i przejrzeć monitoringi z różnych miejsc, może gdzieś ta para podawała swoje personalia, choćby w hotelu, może gdzieś na parkingu stawiali samochód i są zarejestrowane numery ich auta. Ale jeszcze ich nie zidentyfikowano.

Jeśli zostaną ukarani, to może będzie to odstraszać innych. Oni złamali więcej niż jeden zakaz.

To tak jak z przykładem płoszenia fok, jak się rozeszło szerokim echem, że właściciele wycieczek mieli sprawy w sądzie i zostali ukarani, to sytuacja z płoszeniem znacznie się poprawiła.

Samo to, że o tym wybryku na „Mewiej Łasze” tak się rozniosło, że ten materiał został opublikowany, tyle mediów to pokazywało, to już jest swego rodzaju kara dla tych ludzi.

Każdy, kto dowiedziałby się, że go szukają, usunąłby takie zdjęcia. Choć liczymy, że być może nie usunęli zdjęć z tamtego dnia i ułatwi to ich zidentyfikowanie. Ludzie postronni także do nas piszą, że mają nadzieję, iż para była na tyle nierozsądna, że nie usunęła zdjęć. Niestety, chyba szybko pousuwała wszystko z social mediów, kiedy do nich dotarło.

Liczba wtargnięć nie maleje

Czy Pani zdaniem świadomość dotycząca ochrony przyrody zwiększyła się z biegiem lat, czy raczej jest coraz gorzej?

Jeśli chodzi o ujście Wisły, w przypadku płoszenia fok jest zauważalna poprawa. Jeśli chodzi o wtargnięcia do miejsc niedostępnych, forsowanie płotów, omijanie tablic, utrzymuje się to na podobnym poziomie.

Edukatorzy w rezerwatach, przez cały dzień mają średnio kilka takich interwencji.

Choć jest to uzależnione od pogody, od miesiąca w roku. Wakacje to czas wysokiej frekwencji turystów, jest dużo psów na plażach ogólnodostępnych, gdzie są stanowiska sieweczek, jest dużo kolonii dzieci i wycieczek do rezerwatu.

Przed wakacjami, jeśli są wtargnięcia, szczególnie wieczorami, dotyczy to najczęściej młodzieży z alkoholem. Ale są to też całe rodziny z dziećmi i smutne jest to, jaki przykład dają dzieciom, gdy wchodzą tam, gdzie nie powinni.

Pik jest w długie weekendy, święta i w wakacje. Majówka to czas, gdy są już pierwsze gniazda na plażach. Co roku pierwsza część sezonu jest bardzo ciężka. Po długiej zimie i okresie lockdownu wielu ludzi na plażach i w rezerwatach, niestety muszę to powiedzieć, zachowywało się jak psy spuszczone z łańcucha przy budzie.

Mnie przeraża świadomość, że ludzie nie myślą o tym, jak my zależymy od natury, nie szanują tego, co mamy.

Od małego funkcjonowałam wśród przyrody. Jako dziecko i nastolatka chodziłam na długie spacery do lasu i puszczy. Na mnie to robiło wrażenie, było wartością i było to bardzo ciekawe. Ja to chłonęłam i zawsze mnie to interesowało.

Zwiedzanie najbliższej okolicy, Polski i świata zawsze było pod kątem przyrodniczym. Dla mnie to było naturalne i oczywiste. I wolne chwile, weekendy, czy wakacje, ferie, cały czas spędzałam na łonie natury.

Obserwuję dzieci, młodzież i osoby dorosłe, to jednak niewielu interesują takie rzeczy, króluje konsumpcyjny styl życia i siedzenie w sieci. W sumie to nie zależy tylko od szkoły czy rodziców, u mnie nikt z rodziny nie był nadzwyczajnym miłośnikiem przyrody, więc ja nie wiem skąd to się bierze.

Jakoś tę świadomość trzeba zwiększać, bo może się uda, że do kogoś to jednak dotrze.

Wierzę w edukację u podstaw. Gdy z kimś treściwie porozmawiam, a tym bardziej wiele razy, gdy zabiorę w teren, to zazwyczaj potem ta osoba jest bardziej zainteresowana. Gdy zaczyna rozumieć, że podejmujemy trud, by pomóc gatunkom, którym grozi wyginięcie w Polsce.

Ludzie nie są z gruntu źli, trzeba im poświęcić uwagę, czas, zrobić coś razem pożytecznego i dotrzeć do nich. Oczywiście, nie do wszystkich da się dotrzeć. Ludzie są różni, mają różne doświadczenia, osobowości i różną hierarchię wartości, dla niektórych nie jest to ważne. Tego nie przeskoczymy.

Natomiast jest dużo pozytywów i na tym się skupiamy. A gdy porozmawiamy z jedną otwartą osobą czy grupą, czy rodziną, one z kolejną i tak to pączkuje. I naprawdę rozchodzi się dalej.

Internet ma teraz dużą siłę przebicia, co też pokazuje ten post i materiał filmowy z sytuacją na „Mewiej Łasze”. To poruszyło ludzi. Social media można wykorzystać by zwiększać świadomość, propagować ochronę przyrody.

Nasze zasięgi wzrosły o wiele, zatem mamy narzędzie, żeby docierać do szerszego grona. Poza tym już to działa bardzo pożytecznie, co wcześniej zdarzało się niezwykle rzadko, a teraz ludzie będący w terenie reagują na wybryki innych. Wysyłają nam zdjęcia nieetycznych zachowań. Zdarza się, że dzwonią po służby na numer alarmowy 112. Wcześniej niezwykle rzadko, naprawdę od święta, się to zdarzało.

Jest szansa, że na większą skalę niż dotąd ludzie będą się nawzajem pilnować i reagować. Taki Kowalski zajedzie na plażę i będzie bardziej wyczulony, że nie jest bezkarny, gdyż na niego patrzą inni - zwrócą mu uwagę, udokumentują jego zachowanie i może trafi do sieci, zadzwonią i zgłoszą na policję.

Udostępnij:

Julia Dąbrowska

Studentka Dziennikarstwa i Medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, interesuje się tematyką społeczną, kulturalną i historyczną. Od lipca 2021 odbywa wolontariat w redakcji OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne