PO chce znieść niedzielny zakaz handlu, powołując się na „dziesiątki tysięcy” upadłych sklepów rodzinnych. Tymczasem 100 tys. sklepów upadło w latach poprzedzających ograniczenie. Polacy wybrali portfelem: 52 proc. zazwyczaj kupuje w dyskontach, a tylko 12 proc. w małych sklepach. Tak działa wolny rynek, ale małych przedsiębiorców warto wspierać

Platforma Obywatelska zapowiada, że jeśli wygra wybory, zniesie zakaz handlu w niedziele wprowadzony przez PiS w 2018 roku. W to miejsce wprowadzi gwarancję dwóch wolnych niedziel miesięcznie dla pracowników – rozwiązanie, które od lat postulują związki przedsiębiorców, sprzeciwiające się sztywnemu zakazowi.

Po konwencji z 19-20 lipca rzecznik PO Jan Grabiec mówił w radiu TOK FM, że wskutek zakazu upadły „dziesiątki tysięcy” małych sklepów.


Skutek zakazu handlu w niedzielę jest odwrotny od deklarowanego przez rząd. Upadają małe rodzinne sklepy. To są dziesiątki tysięcy zamkniętych działalności gospodarczych.

Jan Grabiec, „Poranek Radia TOK FM” - 15/07/2019

Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta .


raczej fałsz. Małe sklepy upadają od co najmniej dekady (te większe też). Nie można uznać tego za „skutek” zakazu. Według badań ich sprzedaż nieznacznie rośnie, choć udział w rynku spada.


Poseł Grabiec odnosi się do rzeczywistego procesu – liczba sklepów (nie tylko małych) systematycznie spada. Ale sytuacja jest bardziej skomplikowana. Spójrzmy na dane.

Zniknęło 100 tysięcy sklepów

Jak podała „Rzeczpospolita”, sklepów było w 2009 roku ok. 372 tys. Osiem lat później, w roku 2017 – już 100 tys. mniej.

„W ujęciu procentowym najwięcej sklepów, ponad 13 proc., ubyło w branży detalicznej sprzedaży owoców i warzyw” – na początku 2018 r. mówił „Rz” Tomasz Starzyk z międzynarodowej firmy analitycznej Bisnode Polska, która dostarczyła dane dziennikowi.

Zakaz handlu w niedziele wprowadził PiS od roku 2018. Nie można zatem powiedzieć, by upadanie rodzinnych sklepów było „skutkiem” zakazu handlu.

  • Co trzeba wiedzieć o zakazie handlu w niedziele

    Spod zakazu wyłączone są sklepy, w których obsługuje sam właściciel lub członek jego najbliższej rodziny, a także m.in. stacje benzynowe, kwiaciarnie, sklepy z pamiątkami i dewocjonaliami, kioski z prasą, piekarnie, cukiernie, punkty na dworcach i lotniskach, a także placówki pocztowe.

    Z tej ostatniej możliwości chętnie korzystają franczyzobiorcy obejmującej ok. 5 tys. sklepów sieci Żabka (choć wiele z nich rzeczywiście prowadzą polscy mikroprzedsiębiorcy). 

    Liczbę niedziel „niehandlowych” wprowadzano stopniowo. W 2020 roku tylko siedem niedziel w roku będzie wyłączonych spod zakazu. Za naruszenie przepisu grozi grzywna od 1 tys. do 100 tys. zł.

Nawet w poważnych mediach funkcjonują sensacyjne nagłówki o „dobijaniu” małych sklepów przez ustawę (nie mówiąc o popularnych portalach, które się na nie powołują). Tymczasem nawet jeśli w 2018 roku ubyło 11 tys. sklepów, a w 2019 ma to być kolejne 5 tys., jak podaje „Rzeczpospolita”, daje to ok. trzy razy mniej upadłych punktów w przeliczeniu na rok.

Politycy Platformy spojrzeli chyba tylko na nagłówki, zamiast zestawić ze sobą liczby. Albo – co gorsza – wybrali tę narrację, która bardziej pasuje do ataku na PiS niż do rzeczywistego stanu gospodarki.

Warto zaznaczyć, że tysiące sklepów właściciele zamykają  pomimo deklarowanej przez rząd PiS ochrony. Zastanówmy się, dlaczego tak się dzieje.

Polacy wolą Biedronkę od warzywniaka

Mimo deklarowanego patriotyzmu Polaków (według badania CBOS z 2018 roku, 88 proc. uważa się za patriotów), w codziennych zakupach nie kierujemy się przywiązaniem do polskiego kapitału ani lokalnej wspólnoty.

Deklaracje Polaków, gdzie najczęściej robią zakupy spożywcze (dane za 2016)

Według raportu Shoppers’ Perspective 2016 specjalizującej się w badaniu zachowań konsumentów agencji Open Research,

zakupy spożywcze w małych sklepach robimy rzadko – tylko 12 proc. Polaków po żywność najczęściej chodzi właśnie tam. Najwięcej – 52 proc. – deklaruje, że jedzenie najczęściej kupuje w dyskontach.

Najpopularniejsze marki to Biedronka, należąca do portugalskiej sieci Jerónimo Martins, oraz Lidl i Kaufland, obie kontrolowane przez niemieckiego miliardera Dietera Schwarza – podała w 2017 roku firma Market Side, zajmująca się badaniami klientów.

Dyskonty dominują nawet w sprzedaży warzyw – produktów, w których świeżość i zaufanie do sprzedawcy może mieć kluczowe znaczenie. Między 2016 i 2017 rokiem małe sklepy ogólnospożywcze i wielobranżowe odpowiadały za 15 proc. sprzedaży (pod względem wartości), bazary za 12 proc., a „warzywniaki” tylko za 7 proc. Dyskonty zgarnęły 34 proc. wydatków na warzywa.

Niewidzialna ręka dyskontu

„Business Insider” opierając się na danych firmy badawczej Nielsen podał, że od marca do lipca 2018 sprzedaż towarów z tzw. koszyka (czyli grupy produktów) obejmującego art. spożywcze, chemiczne i papierosy, poszła w górę o 2 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Nie można zatem mówić, że zakaz handlu negatywnie wpłynął na kondycję małych sklepów. Spadł za to ich udział w ogólnej sprzedaży żywności – z 10,5 proc. do 9,8 proc., podobnie jak hipermarketów (o 0,5 punktu procentowego) i supermarketów z wyłączeniem dyskontów (o 0,6 p.p.).

Nic zatem nie wskazuje wprost, że ustawa o zakazie handlu w niedziele istotnie przyczyniła się do upadku małych sklepów. Umocniła się za to pozycja dyskontów – według danych o 7,7 p.p. wzrosła im wartość sprzedaży ww. koszyka, a udział w rynku o 0,7 p.p. To trend, który obserwujemy od dekady.

Udział w rynku sprzedaży żywności (w proc.)

marzec-lipiec 2017
 
marzec-lipiec 2018

Trudno przewidzieć, na ile dominacja dyskontów przyśpieszyłaby, gdyby nie ustawa o zakazie handlu. Uzasadnienie dołączone do projektu ustawy deklaruje, że celem miało być „zwiększenie ochrony małych, niezależnych sklepów (z reguły zamkniętych w niedziele) przed konkurencją większych sieci” – a nie zwiększenie ich udziału w rynku.

Ponadto, według sondażu agencji Maison & Partners na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców z lutego 2019 roku, w niedziele objęte zakazem handlu 58 proc. Polaków wciąż robi zakupy.

  • 74-78 proc. z nich wybiera właśnie małe sklepy spożywcze prowadzone przez właściciela.
  • Drugie pod względem popularności są stacje benzynowe – 39 do 44 proc.

O ile nie da się powiedzieć, żeby deklarowany przez PiS cel ochrony małych rodzimych sklepów został spełniony, to twierdzenie o skutku przeciwnym również trzeba uznać za nieuzasadnione.

Niech zwycięży… najlepiej unikający podatków?

Biorąc pod uwagę niewielką popularność małych sklepów, pod znakiem zapytania stoi sens ich szczególnej ochrony – tym bardziej że to duże sieci są motorami innowacji, takich jak samoobsługowe kasy. 

Osiedlowe sklepy można jednak uznać za element infrastruktury społecznej, podobnie jak biblioteki, kafejki czy sąsiedzkie organizacje.

Jak wskazuje prof. Eric Klinenberg z Uniwersytetu Nowojorskiego w książce Palaces for the People, pomagają one walczyć z nierównościami, polaryzacją poglądów i rozkładem życia społecznego, stanowiąc istotne pole do inwestycji z publicznych środków.

Kolejnym argumentem za ochroną mogą być płacone przez małe firmy podatki. Wielkie sieci o wiele sprawniej legalnie unikają opodatkowania niż mikroprzedsiębiorstwa. Dane Ministerstwa Finansów dot. CIT (ang. corporate income tax, czyli podatku płaconego przez spółki) pokazują, że np.

Jerónimo Martins zapłaciło podatek jedynie od 5 proc. swoich polskich przychodów za rok 2017 – a firma-matka Biedronki to i tak „lider” w płaceniu podatków. Inne sieci sklepów, takie jak Tesco czy Kaufland oddają budżetowi jeszcze mniejszą część wpływów.

19-procentowa stawka polskiego CIT jest jedną z niższych w Europie, a wielkie firmy (bo to je zazwyczaj obowiązuje CIT) i tak odprowadzają go od drobnego ułamka przychodów, skutecznie wykazując przed fiskusem wysokie koszta ich uzyskania.

Dla porównania, osoba zarabiająca płacę minimalną na standardowej umowie o pracę płaci podatek od ok. 90 proc. swoich przychodów, bo koszty uzyskania przychodu są dla niej odgórnie ustalone.

Dotychczasowa nierówność wobec fiskusa należy do przyczyn, dla których mali sklepikarze należą dziś do największej grupy dłużników. Jak podaje serwis Wiadomości Handlowe, opierając się na danych Krajowego Rejestru Długów, na liście zalegających ze spłatami jest aż 51,5 tys. małych sklepów i hurtowni o łącznych zobowiązaniach wynoszących 1,46 mld zł.

Za sprawą PiS od 1 stycznia 2019 roku mali przedsiębiorcy mogą liczyć na ulgową 9-procentową stawkę CIT, co powinno działać na rzecz wyrównania szans między korporacjami a małymi spółkami. Mniejsze obciążenia podatkowe mogą dodatkowo wpłynąć na obniżenie cen – a co za tym idzie, atrakcyjność dla konsumentów.

Większość mikroprzedsiębiorców rozlicza się jednak na zasadach PIT (ang. personal income tax), a ten najbardziej obciąża średnio- i mniej zarabiających.

Zakaz na przekór wyborcom

Badania opinii pokazują, że Polakom nie podoba się zakaz handlu. Wspomniane badanie Maison & Partners pokazuje, że ograniczenie handlu to najgorzej przyjmowana duża reforma PiS – aż 44 proc. Polaków jest jej przeciwna (choć poparcie to wciąż 52 proc.).

Mniej negatywnie odbierane są nawet działania minister Zalewskiej w szkolnictwie, nacjonalizacja banków i upartyjnienie sądownictwa.

Co więcej, zaostrzenie zakazu niedzielnego handlu w 2020 roku wywołuje jeszcze mocniejszy sprzeciw.

Mimo to, rząd PiS twardo trzyma się swojej reformy – mimo że w podobnej sytuacji populistyczny rząd Viktora Orbána na Węgrzech odszedł od niedzielnego zakazu już po roku. W marcu 2019 szefowa resortu pracy, rodziny i opieki społecznej Elżbieta Rafalska zapowiadała, że ministerstwo nie planuje złagodzenia przepisów.

Platforma posłuchała głosu przedsiębiorców: dwie niedziele wolne dla pracownika zamiast przymusowego zamykania sklepów rekomendował już w listopadzie 2017 roku Warsaw Enterprise Institute, fundacja związana ze Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców.

Inne rozwiązanie proponuje jeden z dwóch największych związków zawodowych w Polsce – OPZZ chce, aby w niedziele obowiązywały wyższe stawki za pracę. Decyduje rynek, czyli konsumenci, ale też warunki podatkowe, o czym poniżej.

Niech idą do kościoła

Dlaczego przy tak silnej niechęci do zakazu handlu PiS się upiera przy tym pomyśle? Najprawdopodobniej chce się przypodobać innej grupie interesu. Są dwie (niewykluczające się) możliwości:

Pierwsza to NSZZ „Solidarność”, obok OPZZ największy związek zawodowy, który wyszedł z obywatelskim projektem niedzielnego ograniczenia handlu, na którego podstawie powstała obecna regulacja.

Związek jawnie wspiera politykę obecnej władzy, ostatnio, przy okazji strajku nauczycieli, wyłamał się z akcji i podpisał porozumienie z rządem. Dobre stosunki z Solidarnością pozwalają PiS osłabiać protesty i w celach propagandowych pokazywać, że idzie na rękę pracownikom.

Drugi ośrodek lobbingu to Kościół katolicki. W uzasadnieniu projektu ustawy wprost zapisano, że

zakaz ma pozwolić „wszystkim członkom rodziny spełnianie się w różnych rolach społecznych”, w tym „sferze religijnej”.

„Wolna od pracy niedziela daje wszystkim członkom rodziny możliwość wspólnego odpoczynku i przywraca jej pierwotny sens związany ze świętowaniem tego dnia” – brzmi zapis.

Dobre stosunki PiS z władzą kościelną procentują: przed wyborami do Parlamentu Europejskiego OKO.press dostało od czytelników kilkadziesiąt zdjęć plakatów wyborczych, które zawisły na ogrodzeniach kościołów. 


Maciek Piasecki (1988) – studiował historię sztuki i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, praktykował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej w Londynie. Dla OKO.press pisze o protestach, polityce ekonomicznej i wpływie gospodarki na życie każdego z nas. Debiutował w „Machinie”, publikował m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku” i „VICE”.


Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press