Rafał Milczarski studiował ekonomię w Cambridge, wcześniej kończył elitarną katolicką szkołę, znaną z tuszowania pedofilii i sadyzmu mnichów. Dziś piloci i personel porównują go do dyktatora i żalą się, że nie ma pojęcia o realiach ich zawodu, wymagając pracy 20 dni z rzędu czy odmawiając prawa do zasiłku chorobowego

W sobotę nad ranem, ok. 02:30, po dziewięciu dniach protestu strajk w PLL LOT został zawieszony do 14:00 w poniedziałek 29 października 2018. W międzyczasie pracownicy i władze spółki mają negocjować porozumienie. We wspólnym oświadczeniu, które powstało po ośmiu godzinach piątkowych rozmów, złożono deklarację

„woli pracodawcy przywrócenia do pracy przewodniczącej Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego (ZZPPiL) Moniki Żelazik, przewodniczącego Związku Zawodowego Pilotów Komunikacyjnych PLL LOT Adama Rzeszota, oraz pozostałych 66 pracowników spółki zwolnionych z powodu strajku, który rozpoczął się 18 października 2018 roku”.

W negocjacjach nie brał udziału prezes Rafał Milczarski. Związek Zakładowy Personelu Pokładowego skomentował: „Strajk zawieszony do poniedziałku. Jak nie ma RM to można się jakoś dogadać. Czyli problem nie leży w nas. Jesteśmy w gotowości do poniedziałku. Jutro u nas pikieta OPZZ w obronie praw pracowniczych”.

Przedstawiamy sylwetkę prezesa LOT.


„Prezes PLL LOT to osoba, która nie nadaje się do kierowania żadną spółką, ponieważ nie ma kompetencji związanych z zarządzaniem ludźmi” – powiedział w „Faktach po faktach” 24 października były wicepremier i minister gospodarki Jerzy Hausner o Rafale Milczarskim. Adrianna Rozwadowska z „Gazety Wyborczej” nazywa model zarządzania prezesa „folwarcznym” i nawołuje do jego dymisji.

Jesteśmy w miasteczku strajkowym LOT

Gepostet von OKO.press am Donnerstag, 25. Oktober 2018

Protestujący od 17 października w miasteczku pod siedzibą firmy piloci oraz personel pokładowy (stewardessy i stewardzi) porównują go z kolei do północnokoreańskiego dyktatora Kim Ir Sena, nazywają też „psychopatą”.

Skarżą się, że prezes wyrzucił ich z holu okazałej siedziby spółki na deszcz i wiatr, zabronił rozwiesić namiotu, nie pozwala też korzystać z toalet znajdujących się w budynku,

powołując się na fakt, że ich przepustki wygasły. „Prezes zarządza ludźmi przy pomocy zastraszania. To metoda kija bez marchewki” – mówi OKO.press jedna z protestujących stewardess.

Nauka w szkole sadystycznych mnichów

Sam Milczarski podkreśla wartość religii w prowadzeniu biznesu i wartości wynikających z dekalogu.

„Bogactwo zaczyna się od wzajemnego szacunku dla siebie, że się miłuje bliźniego swego jak siebie samego, szacunku do prawa, szacunku do własności i szacunku do człowieka” głosił prezes na antenie Radiu Plus.

Jak pisze „Wyborcza”, przed świętami składa pracownikom życzenia i cytuje Biblię. Na kolacji z kontrahentami z Boeinga głośno krytykował aborcję.

Maturę zdawał w katolickiej Downside School w Wlk. Brytanii – to szkoła o dużym prestiżu (raport na zlecenie brytyjskiego rządu wykazał, że od lat 60. miało tam miejsce sadystyczne znęcanie się nad dziećmi oraz przypadki pedofilii, ukrywane przez benedyktyńskich mnichów – w ostatnich latach większość kadry została wymieniona). Potem studiował ekonomię na Uniwersytecie Cambridge, był laureatem licznych stypendiów, z sukcesem wprowadził na polski rynek brytyjską firmę spedycyjną Freightliner.

„Kojarzę go jako charyzmatycznego szefa firmy. Często swoim uporem pchał biznes do przodu, właśnie pracą. Tego mu odmówić nie mogę. Ale to chyba właśnie biznesowe doświadczenie powoduje problemy w LOT” – mówi były współpracownik Milczarskiego w rozmowie z Money.pl

„To, co ciągnęło biznes prywatny, czyli upór i przekonanie o racji, podkręca konflikt w starciu ze związkami zawodowymi” – dodaje.

Pomimo krytyki z wielu stron, prezes Milczarski zbiera pochwały za wyniki finansowe osiągane przez spółkę. W 2017 roku LOT uruchomił 23 nowe połączenia, a zysk z działalności podstawowej firmy (tj. usług transportowych) wyniósł 283 mln złotych. A to, że narodowy przewoźnik może wychodzić na plus, jeszcze kilka lat temu wydawało się nie do pomyślenia.

LOT był w tarapatach

Po latach zarządzania w oparciu o rady agencji konsultingowych LOT stał bowiem na skraju bankructwa. Zapowiedzi jego przejęcia przez Lufthansę padły nawet z ust Krzysztofa Kapisa, prezesa spółki za rządów Kazimierza Marcinkiewicza. Próby restrukturyzacji zostały w 2016 roku mocno skrytykowane przez NIK, m.in. za wyprzedawanie majątku jako remedium na długi, nierealistyczne założenia przychodów i kosztów czy niefrasobliwość w wydatkach na usługi doradcze.

Dopiero 527 mln ratunkowych złotych z budżetu, które spółka otrzymała w 2013 roku, pomogło jej stanąć na nogi. To w tym czasie wypowiedziano porozumienie dotyczące wynagrodzeń wypracowane w roku 2010 – na co zgodzili się pracownicy, aby ratować firmę, której czuli się częścią. W 2015 roku, gdy do władzy dochodził PiS, LOT był już tylko na nieznacznym minusie.

Zyski i straty LOT na działalności przewozowej (w mln. zł)

Źródło: sprawozdania finansowe LOT

Za Milczarskiego LOT zaczął wypracowywać zyski, choć trudno oszacować, czy wynika to z rozsądnego zarządzania, czy może kontynuowania strategii rozwoju Sebastiana Mikosza, poprzedniego prezesa, a przede wszystkim – korzystnej sytuacji na rynku. „To że LOT zarabiał ostatnio pieniądze, w pewnej części jest pewnie zasługą menedżerów, ale w większej wynika z ogólnej koniunktury gospodarczej (więcej pasażerów, wyższe ceny, lepsze wypełnienie samolotów), niskiego kursu dolara i relatywnie taniego paliwa lotniczego” – uważa Maciej Samcik, bloger ekonomiczny, dziennikarz działu gospodarczego „Wyborczej”.

Pracownicy nie chcą, by dłużej na nich oszczędzać

Tak czy owak, sytuacja firmy się poprawia, więc kadra nie chce już pracować na kryzysowych zasadach. Tym bardziej, że prezes inkasuje premie rzędu 1,5 mln zł. Choć tego rodzaju kwoty to norma wśród kadry zarządzającej wysokiego szczebla, to pracownicy nie chcą, aby ich życiowe potrzeby były dla odmiany ignorowane. Pracownicy domagają się m.in. rezygnacji z przerzucania pracowników na śmieciowe samozatrudnienie B2B, które nie daje prawa od urlopu macierzyńskiego czy odpowiedniego do pensji zasiłku macierzyńskiego.

Kapitan jednego z samolotów skarży się OKO.press, że

obecny system wynagrodzeń, zależny przede wszystkim od wylatanych godzin, ma wpływ na bezpieczeństwo lotów.

Piloci nie chcą zgłaszać drobniejszych usterek, aby nie tracić czasu w powietrzu. Niektórzy latają po 20 dób z rzędu, bo na kontrakcie typu B2B (a tylko w ten sposób obecnie zatrudnia się pracowników), nie obowiązuje 5-dniowy tydzień pracy. „Co prawda pasażerowie nie powinni się obawiać, ale ta sytuacja prowadzi do kolejnych złych praktyk” – mówi lotnik. „Wynika to z tego, że prezes nie ma pojęcia o naszej pracy”.

Sam Milczarski twierdzi coś wręcz przeciwnego i podkreśla, że chętnie bierze się za najbardziej podstawowe zadania w swojej firmie. „Prawdą jest, że sprzątam kiedy latam. Robię to osobiście, nie boję się dotknąć szczotki do czyszczenia toalet. Nawet prezes może to robić, bo to dobry przykład” – mówi w wywiadzie dla Wirtualnej Polski. Protestujące stewardessy twierdzą jednak, że

prezes potrafi przypominać im o czyszczeniu ubikacji nawet wtedy, gdy akurat obsługują pasażerów albo mają podczas lotu czas przeznaczony na odpoczynek.

Śmieciówki dla „wzrostu gospodarczego Polski”

Milczarski to zwolennik ekstremalnie liberalnej ideologii gospodarczej – od 2013 roku działał w stowarzyszeniu „Republikanie” wspólnie z Przemysławem Wiplerem, bliskim współpracownikiem Janusza Korwin-Mikkego. Prawdopodobnie to dzięki „Republikanom” po wygranej PiS objął kierownictwo LOT-u. Fundację Republikańską razem z Wiplerem zakładał Henryk Baranowski, w latach 2015-16 wiceminister skarbu, odpowiedzialny m.in. za LOT. Również minister Dawid Jackiewicz współpracował ze środowiskiem i korzystał z jego konsultacji.

Dyrektywę Unii Europejskiej, która każe liniom lotniczym wypłacać pasażerom odszkodowania za połączenia odwołane z powodu strajku, prezes nazywa w wywiadzie dla „Forbesa” „socjalizmem i kanapową lewicowością niemającymi wiele wspólnego z realnym życiem”. Co ciekawe, nie ma nic przeciwko finansowaniu przez państwo Centralnego Portu Komunikacyjnego czy upadłego lotniska w jego rodzinnym Radomiu.

Samozatrudnienie jest dla niego za to przykładem „brania sprawy w swoje ręce” i „przyczyniania się do wzrostu gospodarczego Polski”. Tyle że – jak wskazują pracownicy – praca na kontrakcie nie daje im wcale większych możliwości negocjacyjnych niż umowa o pracę. Wciąż muszą wykonywać powierzone im konkretne zadania w godzinach, jakie ustala pracodawca. Jedyna różnica to brak ochrony prawnej.

Prezes radzi sobie ze strajkiem

Od kiedy pracownicy zaczęli grozić strajkiem, prezes zaczął się nad nimi – jak mówią – „szczególnie znęcać”. Monika Żelazik, przewodnicząca związku personelu pokładowego i ceniona stewardessa, została w czerwcu zwolniona dyscyplinarnie po tym, jak na prywatnym kanale dyskusyjnym związkowców żartowała o kupnie całego arsenału broni z okazji protestu. Wystarczy zapoznać się z choćby jedną dłuższą wypowiedzią działaczki, aby zrozumieć jej poczucie humoru – zarząd uznał jednak, że doszło do „ciężkiego naruszenia przez pracownika podstawowych obowiązków pracowniczych”, co było podstawą do wypowiedzenia umowy.

  • Zobacz, za co została zwolniona Monika Żelazik

    Oto fragment wiadomości ujawniony przez „Gazetę Wyborczą”:

    My zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało, oraz butlę z benzyną! Ostatecznie powstańcy warszawscy byli gorzej przygotowani, byli rozproszeni, a trzymali się tyle dni… Czy naprawdę ktoś jeszcze wątpi, że jesteśmy prawdziwą siłą, zresztą zawsze byliśmy, ale duch w nas jakoś podupadł.

Żelazik była negocjatorką między związkami a zarządem, dlatego zwolnienie doprowadziło do strajku w jej obronie. Milczarski przekazał wypowiedzenia również 67 jego uczestnikom za pomocą e-maili. Pod pozorem zaproszenia do rozmów rozwiązał też umowy z przedstawicielami związku. Piloci, którzy zdecydowali się dołączyć do strajku, otrzymali natomiast przedsądowe wezwania do zapłaty setek tysięcy złotych za straty spowodowane odwołanymi połączeniami. Spółka podtrzymuje, że akcja pracownicza jest nielegalna, bo

referendum w sprawie rozpoczęcia strajku trzykrotnie kierowano do sądu, skutecznie paraliżując działanie związku.

Wynikające z protestu braki kadrowe prezes uzupełnia pracownikami kontraktowymi, wydaje też miliony na wypożyczenia samolotów i obsługi od innych przewoźników. Nakłania też pracowników biurowych do szykanowania strajkujących: „Niektóre biura dostały polecenie zejść na dół i robić kontrmanifestację w opozycji do załóg. Padł nacisk, że albo pójdą, albo będą mieli zablokowane zniżkowe bilety pracownicze” – informuje OKO.press jedna z pracujących w siedzibie. Kiedy w miasteczku protestujących zaczęły pojawiać się media, w oknach biurowca zawieszono hasła „Nie dla strajku” i „Dajcie pasażerom podróżować, a nam pracować”. Pracownicy administracyjni mieli też dostać polecenie, by negatywnie komentować w internecie wszelkie informacje o strajku.

Protestujący nie czują jednak urazy do swoich kolegów z biura, tym bardziej, że – jak podkreślają – dostają od nich wiele wyrazów wsparcia, choćby w postaci jedzenia. „Wiemy, że i oni są zastraszani” – mówi jeden ze stewardów i smuci się, że niektórzy pracownicy, szczególnie młodsi, przyjmują oczerniające strajk argumenty władz spółki, a nawet wyrażają lekceważenie wobec wieloletnich i wiernych załóg samolotów.

Poparcie Morawieckiego jest, ale może zabraknąć pilotów

Prezes nie zamierza się uginać pod żądaniami związkowców. W radiu RMF FM zapowiadał 25 października, że nie poda się do dymisji, czego coraz głośniej domagają się strajkujący. Ma w tym poparcie premiera Mateusza Morawieckiego, który od czerwca 2018 osobiście nadzoruje spółkę. Póki nie straci jego zaufania, Milczarski nie ma się co martwić o swoje stanowisko.

Tyle że zgniecenie związków może się okazać zwycięstwem pyrrusowym. Jak poinformowała w radiu TOK FM Monika Żelazik, zwolnieni dyscyplinarnie pracownicy otrzymali już propozycję zatrudnienia ze strony konkurencji. W rozmowie z OKO.press przyznaje, że wiele załóg myśli o odejściu z pracy.

A przy obecnej sytuacji na rynku, samolotów z logiem błękitnego żurawia może po prostu nie będzie komu obsłużyć.

Maciek Piasecki (1988) – studiował historię sztuki i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się relacjami między kulturą a sprawami społecznymi, takimi jak radykalizm polityczny czy dyskryminacja w dostępie do usług publicznych. Debiutował w „Machinie”, publikował m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku” i „VICE”. Prowadzi wolontariat „Kotexpol”, który pomaga w opiece nad kotami, promując adopcję ze schronisk.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym