0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Od poprzednich wyborów GUS cyklicznie notuje zmniejszenie liczby ludności (nie bez znaczenia był wybuch pandemii w 2020 roku). Zmarło wiele starszych osób, które statystycznie sympatyzowały z prawicą. Natomiast wiele młodych wchodziło w dorosłość w napięciu politycznego starcia pomiędzy PO i PiS.

Co prawda, sondażowo młodzi są najmniej wyborczo zmobilizowani. Jednak frustracja wywołana kolejnymi protestami, zakazem aborcji, ignorowaniem nadciągającej katastrofy klimatycznej, brakiem praw dla społeczności LGBTQ+, czy wreszcie samym systemem politycznym w tym roku może wystarczyć, by generacja Z szturmem ruszyła do urn.

Rozmawiamy z osobami z pokolenia „zet”, które deklarują swoje pełne zaangażowanie. Wszyscy, niezależnie od afiliacji politycznych i światopoglądu, mówią o skłóceniu społeczeństwa i braku dialogu między zwaśnionymi stronami. Chcieliby porozumienia.

PiS doprowadził do politycznego rozbudzenia

Urodzony w 1996 roku Bartosz mieszka w Koninie, do którego wrócił po studiach prawniczych w Poznaniu. W rodzinnym mieście działa społecznie, m.in. w spółdzielni mieszkaniowej i jako miejski radny. Bartosz już od gimnazjum pracował w Młodzieżowej Radzie Miasta, następnie jako asystent społeczny posła i w biurze poselskim.

- Szczególnie interesujące były okresy pracy przy kampaniach wyborczych, gdzie od podszewki poznawałem tajniki polityki – wspomina.

Przez lata zainteresowanie polityczne Bartosza się ugruntowało. Dziś deklaruje się jako centrowiec i państwowiec.

- Gospodarczo zdecydowanie jestem liberałem. Światopoglądowo zaś delikatnie przesuwam się w prawo i określam jako konserwatywny liberał. Na zasadzie wolności wyboru każdego człowieka dopuszczam jednak związki partnerskie osób tej samej płci poprzez wprowadzenie odpowiednich regulacji w zakresie, m.in. dziedziczenia, rozliczeń i ulg podatkowych, informacji zdrowotnych, itp. Jednak nie jestem przekonany, aby to było w pełni analogiczne rozwiązanie dla instytucji małżeństwa – deklaruje.

Według niego polityczne rozbudzenie jest symptomatyczne dla całego społeczeństwa, co uważa za rzecz pozytywną. Doprowadziły do niego rządy PiS-u.

- Przez ostatnich kilka lat powstało wiele oddolnych ruchów i inicjatyw obywatelskich jako wyraz sprzeciwu wobec działań rządzących. Świadczą o proobywatelskiej postawie, a także o trosce o ojczyznę – jej reputację i zachowanie europejskich standardów: demokracji, wolności, równości, sprawiedliwości, szacunku i godności każdego człowieka.

Bartosz uważa, że dzięki głosowaniu pokazuje swoją sprawczość i wpływ na to, co dzieje się w kraju.

- Wkurzam się, kiedy niektórzy mówią, że nie idą na wybory, bo ich głos nic nie zmienia. Gdyby tak każdy pomyślał, dopiero by tej sprawczości nie było. Połączone głosy dają polityczną siłę narodu. To my nadajemy kierunek naszej przyszłości. Podczas najbliższych wyborów zagłosuję na Inez Niszczak-Sieradzką, pierwszą kobietę na liście Koalicji Obywatelskiej w moim okręgu.

Rządzący nas ignorują

Tegoroczna maturzystka Zuzia urodziła się w 2005 roku. Pochodzi z Lublina. Wywodzi się z lewicowego domu.

- Często rozmawiamy o polityce. Wcześniej ten temat był obecny jedynie podczas obiadów u babci, kiedy nie mieliśmy już o czym rozmawiać – opowiada.

Poglądy Zuzi odzwierciedlają poglądy jej rodziców. Jest przede wszystkim za rzetelną edukacją, w tym seksualną, oraz za edukacją obywatelską. To przez jej brak, według Zuzi, wiele młodych osób nie głosuje. Jest też zwolenniczką dostępnej aborcji. Nie ogranicza się do haseł, aktywne działa, między innymi w młodzieżówce Partii Zielonych, Ostra Zieleń.

- Jestem też członkinią Fundacji Edukacji i Aktywizacji Społecznej. Zajmujemy się kampanią profrekwencyjną „Mam wybór”, aby zwiększyć procent głosujących młodych, również ze wsi. Dwukrotnie pojawiałyśmy się podczas posiedzeń Sejmu. Nikt nas nie zaprosił, same musiałyśmy się dobijać. Biegałyśmy za politykami, aby odpowiedzieli na nurtujące nas pytania np. dotyczące obietnic wyborczych czy referendum. Dopiero posłowie i posłanki z Lublina, gdy usłyszeli, że jesteśmy z tego samego miasta, przystawali. Nikt nas nie bierze na poważnie.

Fajnie, że głosujemy, ale na tym nasza rola się kończy – mówi.

Według Zuzi, politycy i polityczki nie słuchają nie tylko młodych osób, organizacji pozarządowych, ale ludzi w ogóle. Rządzący „odbębniają” spotkania z wyborczyniami i wyborcami. Ignorowanie sprawia, że Zuzia nie do końca wierzy w swoją sprawczość.

- Nie wiem dlaczego politycy nie biorą nas, młodych, na poważnie? – zastanawia się. – Na pewno musi nas coś dzielić. Może zbyt duże różnice poglądowe? Albo większe zrozumienie technologii? Może panuje błędne przeświadczenie, że jesteśmy zbyt młodzi, aby zrozumieć to, co dzieje się wokół nas?

Mimo wątpliwości co do intencji polityków i polityczek, w swoich pierwszych wyborach zamierza iść za głosem serca. Zagłosuje na Magdalenę Długosz lub Jacka Czerniaka z Lewicy.

Przeczytaj także:

Najważniejsze to zadbać o siebie

Równolatka Zuzi, Oleksandra mieszka w Szczecinie.

- Mój tata pochodzi z małej wioski z okolic Lublina. Jego rodzina jest PiS-owska i konfederacka. Rodzina mamy to szczecińska inteligencja, która glosuje na Koalicję Obywatelską – opowiada.

Już na wstępie zaznacza, że nie ma opcji politycznej, na którą chciałaby zagłosować. Czuje się rozdarta.

- Będę głosować na osobę z Lewicy lub Razem, ale nie mam konkretnego nazwiska. Ewentualnie zagłosuję na PO, aby wyprzeć PiS. Chociaż uważam, że to zupełnie bez sensu. Wcale nie chcę Platformy… – mówi. – Aby znaleźć konkretną osobę, na którą chciałabym zagłosować, musiałabym wykonać bardzo duży risercz, a wcale tego nie chcę robić.

Tłumaczy się wypaleniem i tym, że w dzisiejszej polityce po prostu trudno znaleźć pozytywny aspekt.

- Jeszcze dwa lata temu polityka była moim konikiem. Działałam w Młodzieżowym Strajku Klimatycznym. Zorganizowałam klika protestów, ale już wtedy czułam, że to jest tylko rzecz do odhaczenia, a nie coś, co będzie miało realne przełożenie na zmianę polityki w Polsce. Współorganizowałam też protest przeciwko wojnie w Ukrainie.

Oleksandra zaznacza, że za mało się angażuje. Nie czuje, aby mogła coś zmienić. Zmaga się z depresją.

- Moim priorytetem jest zadbać o siebie. Dopóki nie będę dobrze się czuła, nie będę mogła skutecznie działać na rzecz innych. Środowisko lewicowe bardzo często zamienia się w grupową terapię. Bardzo tego nie lubię, ponieważ jest to przerzucanie na innym swoich problemów.

Kiedyś uważała, że problem tkwi w Polsce i gdy tylko wyjedzie, odetchnie. Zmieniła zdanie po roku spędzonym na wymianie uczniowskiej w Szwajcarii.

- Zrozumiałam, że swoją otwartością, gościnnością i ekstrawertyzmem pasuję do mojego kraju. Chciałabym dostosować ten dom „Polska” do siebie – stwierdza.

Oleksandra polubiła Polskę, ale nie wierzy w walkę. Jako zdeklarowana pacyfistka, w czasie wojny działałaby na zapleczu – pomagałaby uchodźcom i uchodźczyniom, gotowałaby żołnierzom i żołnierkom, szykowałaby worki z piaskiem.

Samorządowcy najlepiej znają nasze problemy

24-letni Ernest mieszka w Rzeszowie. Jest dumny, że to właśnie tam narodziło się PSL, którego jest zwolennikiem. Pochodzi ze wsi spod Jasła, gdzie, jak mówi, dużo osób ma poglądy ludowe, więc PSL zawsze mu towarzyszyło. Czuje, że ta partia to nie tylko polityka, ale „jedna wielka ludowa rodzina”.

- W ostatnich latach na Podkarpaciu duże poparcie zdobyło PiS, to bastion tej partii. Wierzę, że PSL ma szasnę odbić moje województwo, bo jest blisko ludzkich spraw. To partia wiejska, choć w ostatnich latach zauważam trend poparcia dla niej w miastach. Nasza partia nie dzieli ludzi na lepszych i gorszych. Zarówno osoby ze wsi, jak i z miasta mają swoje problemy. Trzeba do nich podchodzić indywidualnie. Kto najlepiej zna te problemy? Samorządowcy. Dlatego PSL dąży do decentralizacji państwa – mówi.

Ernest swoje poparcie dla PSL pokazuje w działaniu. Od czterech lat jest prezesem struktur gminnych partii w swojej rodzinnej gminie. Jest też wiceprezesem struktur powiatowych w Jaśle oraz pełni funkcję prezesa wojewódzkiego Forum Młodych Ludowców na Podkarpaciu. Oczywiście, będzie głosować w tegorocznych wyborach, ale nazwisko kandydata zachowuje dla siebie.

Podobnie jak Oleksandra, Ernest deklaruje, że w czasie konfliktu zbrojnego raczej pomagałby rannym, niż szedł w kamasze. Nie ma przeszkolenia wojskowego.

- Tak naprawdę nikt z nas nie wie, jak zachowałby się w tak ciężkiej sytuacji. Oby nigdy nie było nam dane się przekonać – kończy.

Szklany sufit przeszkadza demokracji

Martyna ma 20 lat. Pochodzi z Warszawy. Studiuje na kierunku humanistycznym. Tegoroczne wybory będą dla niej tymi pierwszymi. Wcześniej do urn zabierali ją rodzice, by dać przykład obywatelskiego zaangażowania.

- Jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałabym, że moja rodzina jest neoliberalna. Dziś moi rodzice mają poglądy demokratyczno-socjalne, z mocno lewicowym nastawieniem obyczajowym, społecznym i ekonomicznym – zauważa.

Kiedy zaczął się kryzys na granicy polsko-białoruskiej, Martyna pisała maturę. Idąc za radą nauczycieli najpierw skupiła się na edukacji, by później móc z pełną mocną poświęcić się na rzecz innych. Tuż po apelu Grupy Granica razem z, jak mówi, ziomalkami zorganizowała w Warszawie akcje nagłośniające sytuację imigrantów i imigrantek.

- Chciałyśmy wywrzeć presję polityczną na centrum. Wyszło, jak wyszło. Teraz Tusk robi nagonkę na osoby w kryzysie uchodźczym… – dodaje gorzko.

Martyna pomagała także przy organizowaniu Strajków Kobiet.

- Byłam obecna na chyba wszystkich akcjach, zarywałam noce. Później, gdy skończyły się masowe protesty, skupiłam się razem z wieloma wspaniałymi osobami na siostrzanym wsparciu w powstałej grupie. Ta zmiana w nas została, ta wielomiesięczna mobilizacja. Miałam przez to konsekwencje prawne, dlatego nie chcę za wiele mówić.

W głosie Martyny słychać żal, kiedy opisuje wrażenie rozłamu między „normalsami”, czyli posłami i posłankami, a osobami takimi, jak ona, aktywistami i aktywistkami o lewicowych poglądach.

- Demokracja parlamentarna nie jest do końca demokracją. Szklany sufit między obywatelami i obywatelkami, a osobami w Sejmie i w Senacie jest zbyt gruby, by go przebić. Politycy i polityczki nie słuchają swoich wyborców. Cały czas żyjemy w dyskursie, który od dziesięciu lat się nie zmienił. W międzyczasie wydarzyły się wielkie rzeczy: konflikt w Ukrainie, pandemia, hiperinflacja, walka o aborcję, ale politycy tego jakby nie dostrzegli. Statystyki wskazują, że polskie społeczeństwo jest za jednopłciowymi związkami partnerskimi i aborcją do 12 tygodnia. Podobnie zmienia się stosunek do imigrantów i imigrantek. Tymczasem politycy twierdzą, że nie jesteśmy na to gotowi. To są ich ograniczenia i lęki. Wielka polityka zawodzi ludzi.

Martyna uważa, że konflikt między PiS a PO nie dotyczy osób z jej pokolenia. Kryzys na świecie zachwiał porządkiem, który jeszcze do niedawna uznalibyśmy za coś stałego.

- Młode osoby szukają polityczek i polityków z konkretnym planem na więcej niż jedną kadencję – mówi Martyna. – Stąd zwiększona aktywność w bardziej skrajnych ugrupowaniach. Oczekujemy konkretnych odpowiedzi na nasze pytania i żądania. Zarówno PO, jak i PiS się skompromitowały.

Martyna nie szczędzi gorzkich słów pod adresem Lewicy i partii Razem. Ich progresywność, społeczne zaangażowanie i dotrzymywanie kroku młodzieży to tylko pozór. Według niej, partie nie interesują się potrzebami większości społeczeństwa, które jest w fatalnej sytuacji ekonomicznej, społecznej i w kryzysie psychologicznym.

- Osoby wykluczone odrzuca narracja Lewicy. Skierowana jest do dzieci z klasy średniej, których codzienne dylematy, czy kupić jajka, czy mleko, nie dotyczą.

W polityce znajduje jednak posłanki sobie bliższe, jak Katarzynę Kotulę, Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, Marcelinę Zawiszę, Urszulę Zielińską czy Magdę Biejat, które aktywnie brały udział w protestach kobiet i dalej wspierają osoby w walce o prawa reprodukcyjne.

Martyna deklaruje, że w październiku odda głos na kobietę z partii Razem, ale nie ma jeszcze konkretnego nazwiska.

Kiedy pytam ją o udział w potencjalnej wojnie, odpowiada, że to konflikt „panów w garniturach”, którzy decydują na śmierć ilu osób mogą sobie pozwolić.

- Wojna to nie kwestia bohaterstwa, tylko tego, kiedy „wielcy politycy” dojdą do wniosku, że konflikt przestaje się im opłacać. Nie chciałabym dla nich umierać – deklaruje. – Wolałbym wyemigrować. Chyba że zorganizowałby się ruch oporu, z którym mogłabym się utożsamiać. Ale nie na zasadzie haseł narodowych, tylko równościowych i emancypacyjnych.

Kłótnie ideologiczne przeszkadzają

25-letni Jakub pochodzi z Płotów w Zachodniopomorskim. Mieszka w Szczecinie, gdzie skończył prawo. Choć wychował się w niezaangażowanym politycznie domu, jego rodzice, nauczyciel i nauczycielka historii mieli poglądy centrowo-konserwatywne. Głosowali różnie – raz na SLD, innym razem na Kukiza. Zdarzyło im się postawić krzyżyk przy nazwisku polityka PO i PiS.

- Odkąd zacząłem działać w środowisku partii KORWiN, a potem w Nowej Nadziei, przekonałem rodziców do mojej opcji politycznej – mówi Jakub, a w jego głosie słychać dumę.

Tuż po ukończeniu gimnazjum zetknął się z wypowiedziami Janusza Korwina-Mikkego. Zainteresował go na tyle, że na własną rękę zaczął poszerzać wiedzę. Zaczytywał się w książkach teoretyków libertariańskich. Jego poglądy ewoluowały. Dziś Jakub nie określa się „typowym korwinistą”, tylko klasycznym liberałem/libertarianinem.

- Na studiach wszedłem w skład nowo tworzącego się zarządu partii, która dziś nazywa się Nowa Nadzieja. Zostałem skarbnikiem okręgu, którym jestem do dziś. Obecnie biorę udział w różnych wiecach, przygotowuję kampanię, zbieram podpisy. Mam być jednym z kandydatów na liście, ale na dalszym miejscu, bo nie jestem jeszcze aż tak rozpoznawalny. Będę jednak wspomagał moją partię – opowiada.

Przyznaje, że jest realistą. Jako młoda osoba, bez większego kapitału i poparcia społecznego, nie może za wiele zdziałać. Swój wpływ na to, co dzieje się w kraju widzi głównie w internecie.

- Moje twitty robią niezłe zasięgi. Czasami wpływają na rozmowy na temat Nowej Nadziei – stwierdza.

W dzisiejszej polityce najbardziej przeszkadza mu skupianie się na tematach, które, według niego, nie są najważniejsze dla życia wszystkich obywateli, a budzą skrajne emocje i skłócają Polaków i Polki.

- Nie lubię kwestii mocno światopoglądowych, związanych z prawami różnych grup mniejszościowych. Oczywiście chciałbym, aby wszyscy mieli jak największą ilość praw. Uważam natomiast, że debata, która obecnie się toczy, nie jest zorientowana na konkretne zmiany, tylko na kłótnie ideologiczne – mówi Jakub. – Podobnie temat aborcji, który wraca, gdy zajmujemy się tematem podatków czy ograniczeniem wolności. Ten temat jest istotny, ale zasługuje na osobną dyskusję. Nie powinien być używany do przykrycia innych problemów. Politykom pozostałych opcji nie chodzi o konkretną zmianę, tylko o posłuch u konkretnego elektoratu.

Jakub, jako libertarianin, jest przeciwnikiem obowiązkowej służby wojskowej. Deklaruje jednak, że każdy Polak i każda Polka powinni działać dla dobra swojej ojczyzny. Dlatego w obliczu wojny jest gotowy do poświęceń.

- Nie wiem, jak zachowałbym się w obliczu kryzysu zbrojnego. Być może lepiej sprawdziłbym się jako osoba organizująca pomoc humanitarną? Jestem niezłym organizatorem, który w kluczowych sprawach potrafi dogadać się z innymi opcjami politycznymi ponad podziałami – stwierdza.

„Warszawocentryzm mnie odrzuca”

Chociaż 27-letni Amadeusz od ośmiu lat mieszka w Warszawie, jak zaznacza, patrzy na rzeczywistość z punktu widzenia Polski powiatowej. Pochodzi z małej miejscowości z okolic Krakowa. Odkąd pamięta, z rodzicami omawiał bieżącą sytuację w kraju. Dom był liberalny, ale bez konkretnych afiliacji partyjnych.

- Nieco inaczej jest z moją babcią. Głosuje na PiS, bo według niej ta partia przywróciła szacunek ludziom z mniejszej miejscowości – opowiada Amadeusz. Dodaje: – Pomimo zdecydowanych programowych różnic partii, które wybieramy, kiedy rozmawiamy o sprawach kraju, we wszystkim się z babcią zgadzamy.

Mój rozmówca ma poglądy lewicowe, co przyznaje po chwili wahania. Brakuje mu alternatywy. Zarówno w PiS, jak i w PO nie widzi młodych osób.

- Dla mnie te partie są takie same, tyle tylko, że zakorzenione we własnych poglądach. Obie skupiają się na problemach swojego elektoratu – stwierdza. – Mniejsze partie nie mają siły przebicia, ale też młodym niczego fajnego nie proponują.

Amadeusz twierdzi, że Lewica przynajmniej chce rozwiązać problemy, które i jego zajmują, jak sytuacja mieszkaniowa i społeczna. Dlatego przekonuje znajomych, aby nie głosowali na „mniejsze zło”, tylko wybierali partie zgodnie z własnymi poglądami.

Sam najprawdopodobniej zagłosuje w województwie małopolskim, śląskim lub lubelskim, skąd pochodzi jego rodzina.

- Dowiedziałem się, że głos oddany w Warszawie słabiej się liczy niż ten, oddany w innych okręgach. Tak mógłbym lepiej wpłynąć na politykę.

Warszawocentryzm go odrzuca, bo, jak twierdzi, buduje fałszywy obraz rzeczywistości.

- Osoby z mniejszych miejscowości nie mają pieniędzy – zauważa Amadeusz. – Moi znajomi zastanawiają się, czy będzie ich stać na wesele, na założenie rodziny. Nie mają opcji pracy na miejscu, muszą dojeżdżać do większych miast, co pochłania nie tylko czas, ale też… pieniądze. Tymczasem warszawiacy myślą, że comiesięczny wyjazd zagraniczny to coś, co nam się należy i to takie oczywiste. W Polsce tak życie nie wygląda.

Z goryczą zauważa, że politycy i polityczki deprecjonują małomiasteczkowy elektorat. Wspomina wypowiedź Sławomira Nitrasa, jednego z czołowych polityków KO, który nazwał mieszkańców wsi „ludźmi z prowincji”.

- Jak takie określenie miałoby osobę z małej miejscowości przekonać do głosowania na niego? – pyta retorycznie.

Amadeusz zarzeka się, że w razie wojny w miarę możliwości pomagałby „zdalnie”, angażując się w zbieranie środków na rzecz rodaków i rodaczek oraz informując o sytuacji w kraju.

- Kiedyś powiedziałbym, że walczyłbym o kraj. Dziś nie wiem, czy miałoby to sens. Wolałbym sobie spokojnie pożyć, a nie iść na barykady. Sytuacje konfliktowe sprawiają, że mógłbym bardziej zaszkodzić sobie i państwu, niż pomóc.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, niepokoją, zaskakują właśnie.

;

Udostępnij:

Jakub Wojtaszczyk

pisarz i dziennikarz. Autor „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Współpracuje z m.in. Vogue.pl, magazynem „Replika”, portalem Kultura u Podstaw.

Komentarze