Prawa autorskie: AFPAFP
01 listopada 2022

Zielony kolonializm, czyli jak Europejczycy zaprzepaścili szansę Afryki na dobrą politykę

Międzynarodowi eksperci chcą ocalić Afrykę od Afrykanów, aby zachować mit afrykańskiego raju. W rzeczywistości wywołują szkody społeczne i niesprawiedliwość. Oparta na błędnych danych inwazyjna ochrona przyrody utrudnia walkę ze zmianami klimatu we współczesnej Afryce

W rozmowie dla OKO.press prof. Guillaume Blanc opowiada o koncepcji „zielonego kolonializmu” – choroby, która uniemożliwia walkę ze zmianami klimatu we współczesnej Afryce.

(Na zdjęciu powyżej: zwiedzający na targach turystyki w Madrycie pozują na tle stoiska, reklamującego safari we wschodniej Afryce, styczeń 2016.)

Krzysztof Katkowski, OKO.press: Czym właściwie jest zielony kolonializm?

Guillaume Blanc*: Można powiedzieć, że jest to cykl działań na poziomie globalnym, prowadzonych przez takie instytucje jak UNESCO i WWF, które próbują naturalizować Afrykę siłą. Pod międzynarodową presją. Ich inicjatorzy chcą rozwiązać kryzys ekologiczny nie tak, jak to robi się w Europie, czyli na przykład poprzez pomoc rolnikom, którzy odpowiednio kształtują przyrodę, ale poprzez całkowite usunięcie mieszkańców i cywilizacji z obszarów chronionej przyrody walkę o dehumanizację przyrody. Oznacza to, że dziś nadal zabija się dziesiątki rolników, a także rdzennych mieszkańców, do których strzela się na terenie afrykańskich parków narodowych. Tysiące ludzi jest eksmitowanych z parków, a setki tysięcy karane są wyrokami więzienia za to, że uprawiali ziemię na tych terenach.

Jest to szokująca rzeczywistość, ale wynika to z faktu kolonizacji Afryki. Dzieje się tak, mimo że dominacja białego człowieka nie jest już tam tak silna. Zmieniły się formy, ale duch pozostał. Teraz na kontynencie afrykańskim nie ma żadnych kolonialnych administracji, są za to międzynarodowi eksperci, którzy pragną ocalić Afrykę od Afrykanów, aby zachować mit afrykańskiego raju. Edenu, jakby powiedzieli podróżnicy sprzed setek lat.

Problem jednak w tym, że afrykański Eden nigdy nie istniał. To mocne oskarżenie, zwłaszcza że wymieniasz organizacje, które wiele robią dla ochrony środowiska naturalnego. A więc i nas, ludzi, którzy w nim żyją.

Właśnie. Co do krytyki tych organizacji międzynarodowych, rzeczywiście, warto to rozwinąć. Kiedy sięgniemy do archiwów i przyjrzymy się konkretnie, jaką politykę prowadzą zachodni eksperci - zdajemy sobie sprawę, że nie chronią oni afrykańskiej przyrody, ale promują kolonialne wyobrażenie o Afryce. Ten mit afrykańskiego raju cofa nas do przyjętych z góry założeń, jak należy chronić naturę. Na przykład lasy pierwotne, czy, inaczej, „dziewicze”. Ale one w większości w ogóle nie istnieją w Afryce!

Afrykanie ukształtowali lasy tak, jak my to zrobiliśmy w Europie. To my po prostu chcemy wierzyć, że są one „dziewicze”, i kultywować mit pięknych krajobrazów, dobrze znany z filmów Animal Planet.

Weźmy przykład Etiopii: eksperci przytaczają statystyki, jakoby na początku XX wieku 40 proc. jej terytorium było pokryte lasami. Dziś ma być to tylko 3 proc. regionu. W rzeczywistości liczby te zostały wymyślone w 1961 roku przez H.P. Huffnagela, jednego z ekspertów ONZ (FAO). Są całkowicie fałszywe! Nie było żadnego badania, które mogłoby to udowodnić.

Jednak, od 1961 roku, dane te były punktem wyjścia dla wszystkich polityk leśnych w tym kraju. Cytuje je m.in. Al Gore w książce, która przyniosła mu nagrodę Nobla. A to wszystko z powodu głupiej idei dziewiczego, nieskażonego afrykańskiego krajobrazu, który my, biali Europejczycy, powinniśmy chronić. Wiara w ten mit powoduje nie tylko złą politykę ekologiczną, ale także szkody społeczne i zwyczajną niesprawiedliwość.

Twierdzisz, że postkolonialną ideologię nie zawsze podtrzymuje administracja, żołnierze czy praktyki kupieckie. Więc co to jest? Kultura? Książki i filmy, które oglądamy?

Tak. To jest, wiesz, ogromna siła mitu, który stworzył ten „zielony kolonializm”. Jako badacz jestem historykiem środowiska naturalnego. W tej dziedzinie ja i moi koledzy musimy badać wszystkie zjawiska, patrząc na trzy wymiary, implikowane przez relację między człowiekiem a naturą. Najpierw aspekt instytucjonalny; potem materialny, a na końcu wymiar idealny – czyli jak natura istnieje poprzez jej różne reprezentacje.

W ten sposób możemy zrozumieć stan umysłu konkretnego człowieka, który robił te wszystkie rzeczy, to jest badania naukowe czy reformy. Tutaj, w wypadku Afryki, to spojrzenie jest bardzo ważne. Bo jeśli zdamy sobie sprawę, że statystyki są fałszywe, musimy spróbować zbadać, jak zachodni eksperci zaczęli w nie wierzyć.

I nie pochodzi tylko o wizję Afryki jako „dzikiego ogrodu”, gdzie można upolować sobie jakieś orientalne stworzenia. Ta wizja, proponowana przez takich ludzi jak Winston Churchill czy Theodore Roosevelt, nie jest jedynym źródłem zielonego kolonializmu. Istnieje także ten bardziej „uczłowieczony” zielony kolonializm. Możemy go zobaczyć na przykład w literaturze, jak choćby w książce „Racines du Ciel” Romaina Gary'ego. Opisuje on historię Morela, który próbuje uratować afrykańskie słonie przed wyginięciem. A dlaczego miałyby wyginąć? Bo Afrykanie widzą w nich „tylko mięso”.

Oczywiście, istnieje wiele wyjaśnień Gary'ego, takich jak „ludzie w Afryce są głodni, więc są po prostu zmuszeni do zabijania i jedzenia mięsa słoni”. Ale, mimo wszystko, jest to tylko romantyczna wizja; w tamtych czasach słonie już prawie zniknęły i nie było hord słoni wędrujących przez Czad, jak opowiada Gary. Nie ma żadnych statystyk, jest to wyłącznie licentia poetica. Bardzo problematyczna, jak widać.

Jednak ten mit to nie tylko wiek XX.

Teraz jest to np. „Król Lew'” ze swoją odhumanizowaną Afryką, gdzie żyją tylko zwierzęta... Albo urocze filmy dokumentalne z komentarzem Davida Attenborough. Kiedy za dużo myślimy o zachowaniu tego pięknego „stanu natury”, bardzo łatwo jest zapomnieć o ludziach, którzy tam żyją.

David Attenborough jest wielkim manipulatorem? Naprawdę? To brzmi jak teoria spiskowa.

Mówię tu o implikacjach, a nie o ich motywach. Piewcy „naturalnej” Afryki – Edenu rzeczywiście, jak skłonny jestem sądzić, wierzą, że to, co mówią, jest prawdą; podobnie wierzył w to wszystko Romain Gary. Twoja interpretacja tego, co mówię, jest jednak zbyt prosta. Ja rozumiem to zjawisko jako konsekwencję nieświadomej logiki, która w uproszczeniu może brzmieć: „skoro niszczymy ten krajobraz, to musimy go też chronić”. Przykładowo, jakiś czas temu National Geographic przeprosił, że pokazywał rasistowską wizję Afryki. Nie sądzę, żeby chcieli zrobić krzywdę mieszkańcom Afryki.

Prawdą jest jednak, że kiedy zachodnie kanały pokazują europejskie krajobrazy, to przedstawiają jakieś budynki i konstrukcje, takie jak Big Ben czy Tour Eiffel. A kiedy pokazują Afrykę, to przedstawiają piękne, „dziewicze” krajobrazy albo zwierzęta... Afrykańczycy są przedstawiani jako plemiona etniczne, które nie wiedzą, jak sobie radzić z ekologią, ze zmianami na poziomie globalnym.

Ta wizja jest również zwyczajnie opłacalna. Dzięki niej my, Europejczycy i ludzie Zachodu, możemy niszczyć przyrodę, zanieczyszczać ją i psuć. Ale przekazując pieniądze na WWF, możemy „odkupić się”, ratując ten piękny, nietknięty, afrykański Eden. Tutaj zielony kolonializm ma pewne punkty wspólne z greenwashingiem, czyli ekościemą.

Im bardziej zanika przyroda w Europie czy w Ameryce Północnej, tym bardziej musimy wierzyć, że gdzieś na Ziemi istnieją jakieś dziewicze tereny, gdzie można znaleźć harmonię z naturą. Dlatego to nie jest manipulacja. To smutne, ale żyjemy w takich czasach, że po prostu musimy wierzyć w takie mity, które niestety są głęboko zakorzenione w rasistowskiej etyce kolonialnej.

Organizacje międzynarodowe posługują się sfałszowanymi statystykami. Dlaczego ci naukowcy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności, chociażby dyscyplinarnej?

Historia pokazuje nam, że nie można nie doceniać siły, jakie mają ludzkie przekonania. I tak: przekonanie, że Afryka to dzikie miejsce, to przekonanie naprawdę silne, które może wpłynąć nawet na największe umysły. W Etiopii miałem okazję rozmawiać z ekspertami UNESCO. Pokazałem im ich własne archiwum danych, dowodząc, że ich analizy nie były oparte na żadnych badaniach naukowych. Jeden z nich odpowiedział, że zgadza się, to fałszywe liczby, ale on uważa, że „nadal są dość zaniżone” i że... 90 proc. terytorium Etiopii musiało być kiedyś zalesione. Powiedziałem mu, że to absurdalne, bo taka statystyka oznaczałaby, że ludzie żyli na drzewach! Odpowiedział, co jeszcze dziwniejsze, że tak było w rzeczywistości, bo „wcześniej w Afryce praktycznie nie było ludzi”.

I to jest ekspert, który pracuje dla UNESCO!

Czy po takich konfrontacjach nadal wierzysz w naukę?

Oczywiście. Sam jestem naukowcem. Rozumiem tylko, że nauka ma pewne ograniczenia. Za Edgarem Morinem stwierdzam, że żyjemy w świecie, w którym globalną politykę definiują eksperci, którzy przedstawiają nam „prawdy oczywiste”. A nie zawsze są one prawdziwe, o czym możemy się przekonać właśnie na omawianym przez nas przykładzie.

Problem polega na tym, że eksperci myślą, że istnieją jakieś uniwersalne rozwiązania kryzysu klimatycznego. A, w rzeczywistości, powinniśmy szukać rozwiązań bardziej regionalnych, nawet lokalnych. Nie można stosować tych samych metod w Kongo, Somalii czy Etiopii. Przecież w Europie w inny sposób postępujemy z lasami francuskimi, a inaczej z polskimi. Tak samo powinno być w przypadku Afryki. Badania powinny być postrzegane jako lokalne, a nie uniwersalne.

Opinię na temat Afryki sformułowali eksperci, którzy nie znali tych regionów. Znali tylko mit, wizję Afryki, której chcieli bronić. To nie jest nauka.

Wspomniałeś, że „zielony kolonializm” szkodzi mieszkańcom Afryki. W jaki sposób?

Posłużę się przykładem Etiopii: kraju, w którym prowadziłem badania, którego językiem, amharskim, się posługuję. Jest to ważny przykład, ponieważ Etiopia była jedynym krajem afrykańskim, który nigdy nie został skolonizowany. Ale mimo to myślenie kolonialne oddziałuje również na nią w szkodliwy sposób.

W 1961 roku UNESCO uruchomiło „The African Special Project”. Podczas otwierającej projekt konferencji padło stwierdzenie - i tu zacytuję archiwa - że kraje zachodnie wysyłają międzynarodowych ekspertów „aby pomóc rządom afrykańskim w pomaganiu sobie”. Również w 1961 roku powstała The African Wildlife Foundation, ponieważ, jak powiedział jeden z jej założycieli, „z Afrykanami u władzy możemy stracić przyrodę”.

Tak powstało WWF, czyli organizacja, która miała na celu ochronę tych terenów, czy raczej ich wyidealizowanej wersji. Chodziło tam również o możliwość przekazywania pieniędzy ekspertom, którzy będą następnie pomagać, doradzać afrykańskim rządom. Co ciekawe, w nowej instytucji zatrudniano również wielu byłych administratorów kolonialnych.

Z pomocy WWF skorzystał na przykład cesarz Etiopii, Haile Selassie. Z pomocą ekspertów WWF stworzył pierwsze trzy parki narodowe w Etiopii. Powstały w regionach, których nie mógł kontrolować. W ten sposób wykorzystał międzynarodową pomoc, aby osiągnąć swoje cele, czyli kontrolę tych terenów. Wiedział, podobnie jak wielu innych przywódców, np. tanzański Julius Nyerere, jak instrumentalizować mit afrykańskiego raju.

Te działania dotknęły i etiopskich rolników, i miejscową ludność.

Z afrykańskich parków narodowych wyeksmitowano od miliona do 14 milionów afrykańskich pasterzy i rolników. Dotyczy to 40 proc. parków w Rwandzie, 30 proc. parków w Tanzanii i w Demokratycznej Republice Konga. Od lat 90. XX wieku nazywa się to „dobrowolnym przesiedleniem”, ale mówienie o tym w ten sposób jest zwykłą hipokryzją.

Dlaczego?

Ponieważ ludzi żyjących w autorytarnych reżimach nikt nie pyta, czy chcą zmienić miejsce zamieszkania. To jednak nie koniec. Ludzie i tak nie widzą w tym problemu, nawet jeśli są świadomi tej hipokryzji. Mówią, że w parkach narodowych przyroda jest chroniona, więc krzywda nielicznych jest tego warta. Czy tak jest naprawdę?

Gdy spojrzy się na statystyki, widzimy, jak problematyczne jest utrzymanie takiego „lasu pierwotnego”. Większość turystów przylatuje samolotami z USA i Europy. Używają smartfonów i noszą ubrania z gore texu i polaru, które są wykonane z teflonu i przetworzonej ropy naftowej. Park ekologiczny nie pomaga przyrodzie, pomaga nam tylko myśleć, że możemy ją zachować.

Z tego wynika, że kraje afrykańskie są uwięzione w postkolonialnej logice prawa międzynarodowego i międzynarodowych ekspertów?

To uproszczenie. Michel Foucault napisał kiedyś, że władza nie jest czymś, co można podzielić na tego, kto ją ma i sprawuje, i tego, kto jej nie ma i jest jej poddany. Władza po prostu krąży w społeczeństwie. Z jednej strony jest tak, jak powiedziałeś. Organizacje międzynarodowe mogą stosować pewne naciski na kraje afrykańskie, jak to się dzieje czasem w Etiopii. Rządy krajów afrykańskich muszą być posłuszne, ale w wielu sytuacjach same wybierają, w jaki sposób mają być posłuszne. Na tym polega złożoność tego problemu.

I dlaczego jest to neokolonialne?

Ponieważ stosowane są podwójne standardy. Bo czy kiedykolwiek zdarzyła się sytuacja, w której UNESCO lub WWF poprosiły Włochy albo Francję o przesiedlenie mieszkańców w celu utworzenia parku narodowego? Nie. Tam nigdy nie odważą się prosić o przymusowe przesiedlenie. Nazywanie tego „neokolonializmem” jest problematyczne, gdyż wiąże się głównie z faktem, że kraje europejskie były ściśle związane ze swoimi dawnymi koloniami w aspekcie gospodarczym i politycznym.

Lepsze jest więc określenie „postkolonializm”. Afrykańscy przywódcy wiedzą, jak wykorzystać mit afrykańskiego Edenu, aby służył ich własnym celom, jakim jest rozwój gospodarki narodowej, a także narzucenie swojej władzy na terytoriach, na których inaczej im się to nie udaje. „Postkolonialny” oznacza, że władza działa również w pewnych aspektach kulturowych i społecznych. Nie chodzi tutaj więc już jedynie o takie kwestie, jak przepływ kapitałów bądź też stricte prawne powiązania. Stosować tutaj musimy teorie krytyczne, albo inne, w jakiś sposób z nimi kojarzone. Chodzi o wyłamanie często nieświadomych mechanizmów. Taki jak ten, który opisuje w swojej książce: podtrzymywany przez różne ośrodki władzy mit afrykańskiego Edenu.

Postanowiłeś zniszczyć mit Afryki jako Edenu. Dlaczego? To musi być naprawdę trudne, także w sensie psychologicznym. Dla wielu ludzi, zmęczonych życiem w późnym kapitalizmie, ważne jest, żeby mieć jakąś utopię. Na przykład obserwować zwierzęta, gdzieś w dalekich krajach...

Ale wiesz, z drugiej strony jestem pesymistą, więc moje badania nie zniszczyły żadnej z moich osobistych utopii. Poza tym zawsze kochałem przyrodę i odnajdywałem się w roli ekologa. W każde wakacje chodzę na piesze wycieczki, i tak dalej. Kiedy odkryłem, że parki narodowe nie są „naturą”, ale człowiek je kształtuje, zainteresowałem się tym tematem. Dlaczego we francuskich parkach narodowych wciąż są pasterze, a w etiopskich - nie ma?

Najpierw zacząłem studiować historię francuskich parków narodowych. Następnie, ponieważ za sprawą moich nauczycieli na Sorbonie polubiłem historię Afryki, postanowiłem dokonać pewnych porównań… Tak to się zaczęło.

Czy uważasz, że odrzucenie logiki „zielonego kolonializmu” pozwoli na skuteczniejszą walkę ze zmianami klimatu?

Oczywiście! Możemy sobie z tym poradzić, jeśli uświadomimy sobie nasze błędy. Po pierwsze, potrzebujemy, aby instytucje międzynarodowe uznały swoje własne błędy. Nawet jeśli era kolonizacji zakończyła się około 60 lat temu, musimy zdać sobie sprawę, że nadal mamy pewne klisze z kolonialnej przeszłości, które naśladujemy. Wtedy będziemy mogli poznać Afrykę w odpowiedni sposób. Musimy także przestać oddzielać naturę od kultury, tylko raczej znaleźć sposoby na ich współistnienie. Jeśli to zrobimy, będziemy mogli zaproponować właściwe sposoby wdrażania zielonych polityk także w Afryce.

Bo to nie Afrykańczycy są winni, ale globalny kapitalizm, eksploatacja ziemi i obsesyjna konsumpcja.

To jest to, co musimy sobie uświadomić. Musimy zmienić nasz sposób życia i nie popadać w pewne szkodliwe mity. Jako Europejczycy, Amerykanie, Afrykanie i Azjaci możemy zdecydować się na komunikację za pomocą prostych telefonów zamiast smartfonów, możemy zdecydować się na spożywanie mięsa lub ryb tylko kilka razy w miesiącu, możemy podróżować samolotem tylko raz w roku, możemy walczyć o zastąpienie samochodu transportem publicznym. Każdy ma swoją rolę do odegrania. Albo możemy nadal obwiniać afrykańskich rolników i pasterzy, którzy żyją w gospodarce opartej na minimum socjalnym. Wybór należy do nas.

*Guillaume Blanc - profesor nadzwyczajny na Université Rennes 2 i członek Institut Universitaire de France. Studiował w Canada Research Chair in Environmental History. W swojej pracy naukowej zajmuje się funkcjonowaniem wiedzy i działaniami ekspertów w związku z globalnym zarządzaniem ludźmi i naturą we współczesnej Afryce. Kieruje serią „Environmental History” w Éditions de la Sorbonne, gdzie opublikował także „Une histoire environnementale de la nation” (2015) oraz współredagował „Humanités environnementales. Enquêtes et contre-enquêtes” (2017). W 2020 roku Guillaume Blanc opublikował również, w Flammarion, „L'invention du colonialisme vert. Pour en finir avec le mythe de l'Éden africain” („The invention of green colonialism”, „Wynalazienie zielonego kolonializmu”, Polity Books 2022).

Udostępnij:

Krzysztof Katkowski

publicysta, student prawa i socjologii w ramach MISH UW. Publikuje m.in. w „Krytyce Politycznej”. Współzałożyciel Otwartego Uniwersytetu im. Karola Modzelewskiego.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne