Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Kamil / Forgotten ChornobylFot. Kamil / Forgott...

Oglądam nagranie z 24 lutego 2022 roku. Rosyjska armia nadjeżdża z północy, pokonuje granicę z Białorusią i na wysokości opuszczonej wsi Wilcza wkracza do Zony. Kamery rejestrują jej przejazd przez wewnętrzny punkt kontrolny Lelew. Wideo trwa kilkanaście minut: najpierw nadjeżdżają czołgi i pojazdy opancerzone, później pojedyncze samochody i ciężarówki, wszystkie oznakowane literą V, która według rosyjskiego Ministerstwa Obrony ma odwoływać się do frazy „siła w prawdzie”. Stąd kolumna ma już tylko parę kilometrów do Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej.

Rosjanie dotrą tam wczesnym popołudniem i bez jednego wystrzału zajmą obiekt, który w powszechnej świadomości kojarzy się z katastrofą sprzed 40 lat.

Agresorzy przejmują kontrolę nad Czarnobylską Strefą Wykluczenia (ukr. Zona widczużennja Czornobyl’s’koji AES) w tempie błyskawicznym, ale szybko zostają też z niej wypędzeni. Nieco ponad miesiąc później znowu panują nad nią Ukraińcy. Ale kilka tygodni obecności agresora i realia trwającej już piąty rok wojny na powrót zmieniają legendarną Zonę w miejsce niedostępne i budzące grozę.

Perła postapo-turystyki

Trzeba bowiem pamiętać, że Strefa – obszar ponad 2500 km², z którego po katastrofie elektrowni jądrowej 26 kwietnia 1986 roku ewakuowano prawie 100 tys. ludzi – przed rosyjską inwazją wcale nie była postapokaliptyczną ziemią, do której dopuszczano tylko wybranych. Zonę od razu po katastrofie regularnie odwiedzali naukowcy oraz pracownicy elektrowni jądrowej, bo nawet po eksplozji reaktora numer 4 pozostałe trzy działały jeszcze przez lata. Niedługo po zarządzonej przez władze ewakuacji do Strefy powróciło także około 1200 mieszkańców, tak zwanych „samosiołów”. Natomiast piętnaście lat temu ukraińskie władze podjęły decyzję, by otworzyć Zonę dla turystów.

W rekordowym 2019 roku, na fali popularności serialu Czarnobyl, Strefę odwiedziło ponad 124 tysiące osób.

— Kolejek może jeszcze nie było, ale zawsze się na kogoś wpadło – jak nie na autokar turystów z jednodniową wycieczką z Kijowa, to na mniejsze, prywatne grupy odwiedzających, naukowców czy dziennikarzy — wspomina Kamil, fotograf prowadzący stronę Forgotten Chornobyl [nazwa Czornobyl oparta jest na pisowni ukraińskiej. Po wybuchu wojny zaczęto jej używać znacznie częściej, zwłaszcza wśród osób chcących wyrazić swoje wsparcie dla Ukraińców. W dalszej części tekstu stosowana jest pisownia przyjęta w polskim nazewnictwie – dopisek autora].

— Ta popularność Zony zmniejszyła się podczas pandemii COVID-19, a od 2022 roku wjazd turystyczny jest już praktycznie niemożliwy. Można dostać się tam jako specjalna delegacja naukowa czy prasowa. Mnie udało się od wybuchu wojny być w Zonie trzykrotnie, ze względu na pomoc humanitarną — dodaje Kamil.

Strefa wojny

Ponad cztery lata od pełnoskalowej inwazji Rosjan nie sposób sobie wyobrazić, by Czarnobylska Strefa Wykluczenia na powrót mogła na powrót stać się tym, czym była przed wybuchem wojny: intrygującym naukowców gigantycznym laboratorium badającym kwestie radiacji, oraz wprawdzie ponurą i podlegającą poważnym obostrzeniom, ale jednak atrakcją dla specyficznego rodzaju turystów.

Słowem, Zona przed 2022 rokiem była przynajmniej częściowo „obłaskawiona” i gdyby nie pandemia, pewnie aż do rosyjskiej agresji cieszyłaby się rosnącym zainteresowaniem podróżników z całego świata. Teraz znowu przeistoczyła się w miejsce pełne grozy.

O ile bowiem wizja ponownej inwazji na Kijów przez Strefę raczej przyszłaby obecnie na myśl wyłącznie najbardziej oderwanym od rzeczywistości rosyjskim propagandystom, to ukraińska armia nadal traktuje to terytorium bardzo poważnie w kontekście potencjalnej infiltracji. Militarną obecność da się odczuć na wiele sposobów: słychać okazjonalne wystrzały, bzyczenie latających nad głowami dronów i szum generatorów.

Pod wieloma względami Czarnobyl dziś znacznie bardziej niż kilkanaście lat temu przypomina kultową w Polsce grę S.T.A.L.K.E.R., którą jako swoją inspirację wymienia wielu zafascynowanych Strefą.

(W kontekście Czarnobyla określenia „stalker” nie należy łączyć z nękaniem czy prześladowaniem. Nazwa oznacza po prostu osoby, które wchodzą do Strefy bez odpowiednich zezwoleń, a została zaczerpnięta z książki Piknik na skraju drogi braci Arkadija i Borysa Strugackich, w której stalkerami określano ludzi, którzy nielegalnie wkraczali na obszar po lądowaniu obcych i wynosili z niego artefakty. Na motywach książki powstał słynny film Andrieja Tarkowskiego Stalker).

— Wszędzie jest dużo wojska, zasieki i naprawdę można tu zginąć — ostrzega Staszek, jeden z członków społeczności „stalkerów”. — Te tereny pomiędzy Białorusią a Kijowem, które były przez 35 dni okupowane przez Rosjan, nawet teraz wyglądają dla mnie bardziej „wojennie” niż choćby Charków czy droga prowadząca do Bachmutu, gdzie cztery lata temu też udało mi się dojechać — zauważa.

— Droga z Iwankowa do głównego punktu kontrolnego, gdzie wcześniej sprawdzano turystom paszporty i pozwolenia, wyglądała, i w wielu miejscach nadal wygląda, jak scena z Call of Duty. Po obu stronach zasieki, rowy, wszędzie jakieś posterunki, dużo wojska, druty kolczaste. A potem im bardziej jechało się w głąb Strefy, tym więcej widać było zasieków, napisów „Uwaga! Miny”, stanowisk karabinów maszynowych, opancerzonych samochodów. Mam teorię, że gdyby wyglądało to tak w momencie wybuchu wojny, to Rosjanie nigdzie w pobliże Kijowa by nie doszli — dodaje Staszek.

Jeśli ktoś miałby zapomnieć o ciągłym zagrożeniu ze strony Rosji – wystarczy spojrzeć w stronę elektrowni, na dziurę w Arce. Arka – to potoczna nazwa stalowej powłoki zakrywającej pozostałości reaktora numer 4 po katastrofie w 1986 roku.

Przeczytaj także:

Konstrukcja przykrywała dotychczasowe zabezpieczenie – czyli postawiony tuż po eksplozji „sarkofag”, którego rozbiórkę miała w przyszłości umożliwić, by ostatecznie zamknąć wciąż radioaktywne pozostałości reaktora pod hermetyczną kopułą.

Jednak 14 lutego 2025 roku dron Szahed wleciał w Arkę, powodując trwałe uszkodzenie struktury i pożar wypełnienia izolacyjnego. Według specjalistów z Międzynarodowej Agencji Energetyki Atomowej atak ten sprawił, że powłoka nie spełnia już swojej funkcji. Arkę budowano niemal dekadę, w założeniach mogła funkcjonować przez następne 100 lat. Za sprawą wojny wytrzymała sześć.

krajobraz Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia z tzw. Arką
Nowa Bezpieczna Powłoka, czyli Arka, nad sarkofagiem skrywającym szczątki zniszczonego reaktora - jeszcze przed atakiem rosyjskiego drona. Fot. Kamil / Forgotten Chornobyl

Krajobraz porosyjski

Z ponad 30 dni, na które Rosjanie okopali się w Strefie Wykluczenia, narodziło się parę mitów. Inwazja miała m.in. zwiększyć poziom promieniowania na terytorium Zony, co zwiększyło w naszym kraju popyt na płyn Lugola, dystrybuowany za darmo przez władze PRL-u tuż po katastrofie w 1986 roku. Zagrożenia dla Polski, co potwierdziła natychmiast Polska Agencja Atomistyki, oczywiście nie było, a chwilowy skok w pomiarach radioaktywności wynikał z wznieconego przez przejazd ciężkich maszyn pyłu.

Ten sam pył miał się także okazać cichym zabójcą Rosjan stacjonujących w Czarnobylu: niektóre redakcje donosiły o całych autobusach wypełnionych żołnierzami z symptomami ostrej choroby popromiennej. Agresorzy rzeczywiście kopali okopy w Czerwonym Lesie, gdzie gleba pozostanie skażona jeszcze przynajmniej na kilka pokoleń naprzód, narażając się na zwiększone dawki promieniowania. Wkrótce okazało się jednak, że zagrożenie dla życia żołnierzy było znacznie wyolbrzymione przez ukraińskie źródła, które starały się przerazić Rosjan.

W rzeczywistości inwazja miała znacznie bardziej prozaiczne skutki. Zona, podobnie jak tuż po katastrofie z 1986 roku, stała się przedmiotem szabru. Rosyjscy najeźdźcy ukradli z Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia przede wszystkim specjalistyczny ekwipunek, wart według ukraińskich szacunków ponad 25 milionów hrywien (ok. 2 mln złotych): komputery, sprzęt pomiarowy, czujniki. Potencjał naukowy w Strefie raczej nie został w pełni odbudowany, bo prowadzenie obrony kraju przez piąty rok sprawia, że priorytety leżą jednak gdzie indziej. Poza tym doszły zniszczenia mniejszej wagi: rozjechane budki z pamiątkami, przestrzelone szyby w oknach, rozbity bankomat.

Pojawiły się natomiast nowe elementy, przypominające o toczącym się konflikcie. Staszek opowiada, że w trakcie przemierzania Strefy w ciągu ostatnich czterech lat zauważył elementy systemów obrony przeciwlotniczej oraz ich atrapy czy anteny Starlinków. Wojna i związane z nią wstrzymanie ruchu turystycznego sprawiły też, że w Zonie – gdzie we wcześniejszych latach utworzono najpierw rezerwat dzikich zwierząt, a następnie Radio-Ekologiczny Rezerwat Biosfery – widać jeszcze więcej fauny.

— Tu każdego dnia spotykało się jakieś zwierzę, a co chwilę trafiało się na ich ślady. Jednak z reguły było to kilka saren czy jeleni dziennie, czasem jakiś łoś czy wyjątkowo koń Przewalskiego, jeśli wiedziało się, gdzie go szukać. Tym razem trafiałem na coś kilka razy na godzinę. Od ptactwa, które z trzepotem skrzydeł niespodziewanie wylatywało z krzaków w momencie największego skupienia i podbijało tętno do szalonych wartości, przez jelenie i sarny, aż po kilka borsuków i wilka, których nigdy wcześniej w Zonie nie widziałem — wspomina Staszek.

Najważniejszym elementem nowej wojennej rzeczywistości są jednak miny. — To właśnie nimi byłem najbardziej przerażony. Wcześniej jeśli ktoś w Strefie chciałby sobie zrobić krzywdę, to są tam obiekty, które nadal są mocno skażone, ale jednak w zdecydowanej większości ma się do czynienia z podobnymi poziomami promieniowania, jak w wielu innych miejscach w Polsce czy Europie — mówi “stalker”.

Dziś Ukraina to najbardziej zaminowany kraj na świecie. Przy nowych technikach umożliwiających stawianie min na duże odległości, tak naprawdę nikt do końca nie jest w stanie powiedzieć, gdzie Rosjanie zostawili swoje i czy Ukraińcy nie dołożyli czegoś od siebie.

Zona zdekomunizowana

Ale nie wszystkie zmiany w Zonie zostały podyktowane potrzebami militarnymi. Przez długie lata Czarnobylska Strefa Wykluczenia była traktowana niemalże jak skansen upadłego Związku Radzieckiego, zachowując specyficzną sowiecką estetykę oraz symbole. Po napaści Rosji, postrzeganej jako sukcesorkę imperialnych ambicji ZSRR, Ukraińcy najwidoczniej stwierdzili, że przynajmniej częściowo

należy te tereny zderusyfikować i zdekomunizować.

Zmieniła się m.in. tabliczka przy wjeździe do Prypeci – pisownia została zmieniona na ukraińską, z apostrofem. Zniknął także jeden z wyjątkowych w skali kraju monumentów.

— O ile Ukraina w ostatnich latach urządziła sobie dekomunizację z prawdziwego zdarzenia, tak w mieście Czarnobyl dalej stał pomnik Lenina. On zresztą też przyciągał turystów. Amerykanie przyjeżdżali, robili sobie z nim zdjęcia, bo dla nich to była jakaś zupełna abstrakcja. Stał tak przez lata, trzymał rękę za klapą, jak to Lenin. Natomiast wojna go wykończyła. Kiedy ostatnio tam jechałem, już go nie widziałem, zdjęto go, zostały dwa wystające druty. Ponoć Ukraińcy po prostu sami mieli go dość — mówi Kamil.

Ukraińska armia postanowiła się także odciąć od Białorusi, skąd nadjechały rosyjskie czołgi w lutym 2022 roku, i to w zupełnie dosłownym sensie. Wkrótce po inwazji wysadzono most kolejowy, przez który przechodziło jedyne połączenie kolejowe pomiędzy Czarnobylem a Sławutyczem.

Sławutycz jest ostatnim w historii zbudowanym przez ZSRR miastem–domem dla pracowników, którzy przez ostatnie 40 lat obsługiwali najpierw działanie, a następnie likwidację elektrowni jądrowej. Przed wojną podróż stamtąd do Czarnobyla zajmowała niecałą godzinę dzięki kolei przechodzącej przez terytorium Białorusi. Dziś to niemożliwe – a że elektrowni nadal trzeba doglądać, tworzy to spore utrudnienia logistyczne. Dziś pracownicy działają w systemie zmianowym – dwa tygodnie spędzają w Zonie, kolejne dwa poza nią.

— Większość osób dojeżdżała ze Sławutycza linią kolejową. Ale teraz musieliby się przesiąść na autobusy jadące przez Kijów, a to jest kilkanaście godzin drogi. Nikt nie będzie jeździł cały dzień tam i z powrotem. Więc wszystkie zasady poszły w las, bo promieniowanie i tak jest już w miarę bezpieczne, a elektrownia musi jakoś funkcjonować — mówi Kamil.

Witacz przy wjeździe do Prypeci - z dodanym ukraińskim apostrofem. Fot. Kamil / Forgotten Chornobyl

Ci, którzy zostali

O ile jednak pracownicy i żołnierze trafiają do Zony tymczasowo, to są jeszcze tacy, dla których Czarnobylska Strefa Wykluczenia pozostaje domem. Z wspomnianych na samym początku 1 200 „samosiołów”, którzy wrócili tam tuż po katastrofie, została garstka – w 2017 roku było ich zaledwie 135, a że są to osoby w podeszłym wieku, dziewięć lat później

stałą populację tego odizolowanego terenu można liczyć co najwyżej w dziesiątkach.

Przed wybuchem wojny mogli liczyć na pomoc z zewnątrz: turystów instruowano, by przywieźli ze sobą trochę leków czy żywności, przewodnicy podwozili osiedleńców do lekarzy czy urzędów w Kijowie, zaś miłośnicy Strefy, odwiedzający ją regularnie, organizowali pełnoprawną pomoc humanitarną. W ubiegłym roku Krystian Machnik, popularyzator wiedzy na temat radioaktywności, napisał nawet zbiór reportaży o „samosiołach” o tytule Ostatni ludzie Czarnobyla.

Agresja rosyjska i związane z nią załamanie się turystyki jest ogromnym utrudnieniem i tak niełatwego życia, bez dostępu do produktów pierwszej potrzeby czy bieżącej wody. Turyści zniknęli, a na podobną skalę pomocy ze strony wojskowych mieszkańcy Strefy nie mogą liczyć. Niektórych w końcu zmusiło to do opuszczenia wyludnionych terenów, które na powrót uczynili swoimi domami.

— Trochę mieszkańców zostało, tych naprawdę najtwardszych, ale to w większości są przecież schorowani ludzie, ciężko im wyżyć za te grosze z emerytury, a każda wizyta w mieście to jest dla nich teraz ogromny problem — mówi Kamil.

— Podczas ostatniego wyjazdu spałem dwie noce w domu byłych „samosiołów”, którzy musieli się ze Strefy wynieść. Nie wygoniła ich stamtąd największa w historii ludzkości katastrofa nuklearna, nie wygonił ich upadek ZSRR, nie złamało ich 30 lat mieszkania w miejscu na krańcu cywilizacji, bez dostępu do bieżącej wody, lekarza i tym podobnych. A wojna w końcu ich pokonała — kończy „stalker“.

Serdecznie dziękuję za pomoc osobom zaangażowanym w powstanie tego materiału – Kamilowi z Forgotten Chornobyl, Staszkowi oraz doktorowi Pawłowi Sekule.

Na zdjęciu Jakub Mirowski
Jakub Mirowski

Magister filologii tureckiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, niezależny dziennikarz, którego artykuły ukazywały się m.in. na łamach OKO.Press, Nowej Europy Wschodniej, Balkan Insight czy Krytyki Politycznej. Zainteresowany przede wszystkim wpływem globalnych zmian klimatycznych na najbardziej zagrożone społeczności, w tym uchodźców i mniejszości, a także rozwojem i ewolucją skrajnie prawicowych ruchów i ideologii.

Komentarze