Anna Pamuła
Anna Pamuła
Ginekolog: – Mogę publicznie powiedzieć, nawet na Stadionie Narodowym, że moi koledzy oszukują pacjentki dla pieniędzy
Śledztwo o biznesie intymnym to reportaż w trzech częściach poświęcony rynkowi ginekologii estetycznej w Polsce. Pokazuje, jak prywatne kliniki, lekarze-influencerzy i agresywny marketing sprzedają kobietom zabiegi, które nie mają jasnych wskazań medycznych, a niektóre niosą ryzyko okaleczenia. Seria opiera się na rozmowach z pacjentkami, wizytach incognito, analizie dokumentów, reklam oraz stanowisk towarzystw naukowych. Ujawnia brak danych, brak nadzoru i przyzwolenie na funkcjonowanie tej branży poza realną kontrolą państwa.
W pierwszej części śledztwa poznaliśmy Monikę, której zabieg w prywatnej klinice szkoleniowej stał się początkiem tej historii.
W drugiej części pokazaliśmy, jak zabiegi bez solidnych dowodów naukowych są sprzedawane kobietom jako konieczność. Jak działa system oparty na marketingu, forach i „autorytetach”. I jak kończy się to dla pacjentek — bólem, okaleczeniem i brakiem odpowiedzialności po stronie instytucji.
Dziś trzecia i ostatnia część reportażu.
Beata Pilarek, która prowadzi Fundację Jesteś kobietą, przeszła pięć operacji na sromie. Miała raka. Nie zdecydowała się na operację rekonstrukcyjną, choć zna wiele kobiet, które to zrobiły i są zadowolone. Postanowiła zaakceptować siebie, jaką jest.
To z Beatą omawiałam przez te wszystkie miesiące pracy nad reportażem wywiady z lekarzami i bohaterkami. Niektóre skierowałam do niej na rozmowy, po poradę.
- Ty mi nie opowiadasz o pacjentkach, ale o klientkach. Znasz tę historię? Majster przychodzi na budowę i mówi: „Kto tu pani tak spierdolił?” I inkasuje. Oni wszyscy, niektóre kobiety też, mają skrzywiony obraz rzeczywistości przez social media. To jest kreowanie potrzeb, handel, marketing, a nie medycyna.
I jeszcze te celebrytki, co gadają, że operacje są super. Była moda na twarze, weszła na sromy. I te brednie, że nas boli jak na rowerach jeździmy. Co mają powiedzieć Holenderki? A u nich, z tego co wiem, labioplastyka nie jest popularna. Ja rozumiem, że u niektórych ten ból jest – ok. Niech się operują na Fundusz.
Ale większość chciałaby mieć „idealny” srom. Tylko że taki nie istnieje! Mój jest zaszyty, a i tak go kocham! Bo mimo tego co przeszłam – daje mi przyjemność. A jak, przecież łechtaczka jest rozległa i samo mizianie wystarczy. My, kobiety, robimy sobie kuku tymi operacjami estetycznymi. Zgadzamy się na traktowanie nas przedmiotowo. I jeszcze przytakujemy, kiedy ginekolożki-feministki wmawiają nam, że to w imię wolności. W imię prawa do stanowienia o własnym ciele. Że co, niby się wyzwalamy dzięki zastrzykom z kwasu hialuronowego w cipkę za dwa koła, których skuteczności nikt nie potwierdził? Przecież to oszustwo!
Poza tym poddajemy się modzie. A co jak pewnego dnia ktoś wymyśli, że najładniejsze u kobiet są uszy bez płatków? Wszystkie damy się ciąć? Zaraz się znajdą eksperci, którzy ocenią, że rzeczywiście dzięki „płatkoplastyce” uszy są mniej narażone na odmrożenia, albo że dzięki temu zabiegowi będziemy lepiej słyszeć. Dowodów – żadnych, ale kogo to obchodzi?
Skontaktowałam się z dr. Rafałem Zadykowiczem, członkiem komitetu eksperckiego Międzynarodowej Federacji Ginekologii i Położnictwa (FIGO). Jak wyjaśnia, w ramach prac Komitetu Etyki FIGO, w gronie ginekologów reprezentujących różne regiony świata, wskazano brak regulacji w tzw. ginekologii estetycznej jako problem pilny. Konsekwencją było opracowanie i publikacja stanowiska FIGO w tym obszarze.
– W Polsce absolutną podstawą powinno być wprowadzenie jasnych regulacji oraz certyfikacji osób szkolących lekarzy – mówi.
Konieczne jest także opracowanie wzorcowego modelu świadomej zgody, we współpracy z lekarzami wykonującymi te zabiegi. – Nie chodzi o odbieranie kobietom prawa do decydowania o własnym ciele. Jeśli ktoś odczuwa realny dyskomfort, ma prawo szukać pomocy. Kluczowe jest jednak, by decyzja była podejmowana w bezpiecznych warunkach i po rzetelnym przedstawieniu faktów. Jeśli nie ma dowodów naukowych na skuteczność zabiegu, trzeba to jasno powiedzieć. Jeśli istnieją alternatywy – na przykład leczenie uroginekologiczne – pacjentka musi je znać.
– To właśnie jest shared decision making – podsumowuje Zadykowicz. – Model, w którym lekarz nie sprzedaje rozwiązania, lecz towarzyszy pacjentce w wyborze opartym na wiedzy, a nie na marketingu.
Od Karoliny, dostaję kolejne smsy: „Boję się, że pod tym reportażem będą wypowiedzi, że sama jestem sobie winna. Ja chcę tylko przestrzec kobiety. Po operacji u pani doktor zdecydowałam się na rekonstrukcję, bo przy sikaniu mocz spływał mi po udach i nogach. Ja już wiem, że opowiedzenie tej historii raczej mi nie pomoże, bo skutki zabiegu odczuwam do dziś. Zostaje mi tylko pracować w środku nad tym, aby siebie za to nie męczyć i jakoś to poukładać. Kochać siebie”.
Sprawa Karoliny jest w toku. Długotrwałe postępowanie, opinia biegłej będącej znajomą lekarki i brak jednoznacznych standardów spowodowały, że sąd nie mógł dalej prowadzić sprawy.
– Jak można uznać taki zabieg za „udany”, skoro jego skutkiem są trwałe uszkodzenia – fizyczne i psychiczne? – pyta z mocą mecenas Małgorzata Hudziak, która reprezentowała Karolinę. – I tu dochodzimy do sedna: braku standardów. W innych dziedzinach mogę się oprzeć na wytycznych, charakterystykach produktów leczniczych, zaleceniach towarzystw naukowych. W przypadku labioplastyki – nie ma nic. Nie istnieją wytyczne Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego dotyczące zabiegów naruszających integralność tkanek intymnych.
Skoro nie ma standardów, każdy lekarz może robić, co chce. To prowadzi do absurdu: pacjentka po całkowitej amputacji warg sromowych oddaje mocz po udach, ma przewlekły ból, mrowienie, zaburzenia seksualne
– a lekarze nazywają to „zwykłym powikłaniem”.
Jeśli to powikłania, powinny być jasno wpisane w świadomą zgodę. Jeśli nie są – zgoda jest nieważna, a zabieg bezprawny. Nawet jeśli technicznie został wykonany „prawidłowo”.
Mecenas Hudziak podkreśla też, jak trudne jest dochodzenie roszczeń.
– To nie są sprawy o miliony. Mówimy o kwotach rzędu 100 tysięcy złotych. Proces trwa 6–7 lat. Po drugiej stronie są podmioty, które wiedzą, że kobieta nie ma ani pieniędzy, ani siły psychicznej, by to unieść. To realna bariera w dostępie do sprawiedliwości. Państwo zostawia kobiety same.
Po nieudanym zabiegu HIFU Monika szukała innego rozwiązania, ale nie miała pieniędzy na kolejną procedurę. Była w depresji, brała leki. Myśl o operacji paradoksalnie ją podtrzymywała przy życiu. Rozważała złożenie skargi do Rzecznika Praw Pacjenta, ale wahała się. – Może to ze mną jest coś nie tak? Może on zrobił wszystko dobrze, a ja przesadzam?
Zamiast urzędu wybrała internet. Napisała negatywną opinię o lekarzu na Estheticonie – jednym z największych forów, gdzie kobiety wymieniają się doświadczeniami „przed i po” operacjach.
Jeszcze tego samego dnia dostała mail: „Prosimy o dokument potwierdzający wykonanie zabiegu – fakturę lub potwierdzenie płatności”.
Odpisała, że płaciła gotówką, bo o to poproszono, i nie dostała paragonu, co wówczas uznała za element promocji.
Następnego dnia przyszła odpowiedź: wymagane są dokumenty z kliniki. Monika odpisała, że lekarz obiecał je dosłać po urlopie.
Miesiąc później znów napisała do Estheticonu: „Nie otrzymałam dokumentów ani paragonu. Zostałam zaproszona na darmową wizytę kontrolną, podczas której dowiedziałam się, że HIFU było – według lekarza – rozwiązaniem ‘przedoperacyjnym’. Czuję się oszukana. Na razie nie wystawię opinii, choć negatywna byłaby zasłużona. A z ciekawości: czy pozytywne opinie też podlegają weryfikacji?”.
Wszystkie bohaterki tego reportażu, zanim trafiły do gabinetu, znalazły Estheticon. Sprawdziłam, że to międzynarodowa platforma poświęcona chirurgii plastycznej i medycynie estetycznej, działająca w kilkunastu krajach – od Hiszpanii po Meksyk. Od 2021 roku należy do amerykańskiej firmy RealSelf, komercyjnego marketplace’u łączącego lekarzy z pacjentami. Portal przedstawia się jako neutralna przestrzeń wymiany doświadczeń i „rzetelnych informacji”. W regulaminie czytam, że nie publikuje reklam i nie utrzymuje się z działalności promocyjnej.
Odpowiedź, którą otrzymałam od Estheticonu, pokazuje jednak inny model. Platforma przyznaje wprost, że jej klientami są lekarze i kliniki, a biznes opiera się na usługach płatnych: pakietach premium, wyróżnieniach profili, kampaniach banerowych oraz zwiększaniu widoczności w „kluczowym momencie procesu decyzyjnego pacjenta”.
Celem – jak pisze portal – jest „przekształcenie zainteresowania w zaufanie, a w efekcie w nowych pacjentów”.
Na stronie wygląda to jak statystyczny cud. Labioplastyka jest „polecana” przez 99 proc. użytkowniczek. W Polsce portal wymienia 145 lekarzy wykonujących ten zabieg. Zaledwie kilkunastu ma ocenę poniżej 4,7. Reszta – niemal wyłącznie maksymalne noty: 10. Artykuły opisujące procedury, wraz z przeciwwskazaniami, są weryfikowane przez praktykujących lekarzy – tych samych, którzy oferują zabiegi i prowadzą na portalu płatne profile.
Kluczowy jest też mechanizm weryfikacji opinii. Estheticon potwierdza, że w przypadku recenzji negatywnych pacjentki muszą przedstawić dokumentację medyczną potwierdzającą wykonanie zabiegu. Przy opiniach pozytywnych taka weryfikacja nie jest wymagana – chyba że treść wzbudzi wątpliwości moderatora. To, jak podkreśla portal, „standard rynkowy”.
Platforma nie ujawnia jednak, jaki odsetek opinii i profili pochodzi od użytkowników korzystających z usług płatnych ani w jaki sposób algorytm widoczności wpływa na prezentowane rankingi.
Wciąż czekałam na odpowiedź Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników.
W październiku 2025 roku zwróciłam uwagę na wpis prezesa PTGiP, prof. Piotra Sieroszewskiego, opublikowany na Facebooku. Informował, że Towarzystwo zostało po raz pierwszy wybrane do Rady FIGO, nazywając to „historycznym sukcesem” i „ogromnym wyróżnieniem dla polskiej ginekologii i położnictwa”.
Podkreślał, że obecność w Radzie potwierdza rosnący autorytet PTGiP na arenie międzynarodowej i jest efektem wieloletnich działań na rzecz podnoszenia standardów opieki nad kobietami. Jako partnerów wymienił m.in. European Board and College of Obstetrics and Gynaecology, American College of Obstetricians and Gynecologists oraz Royal College of Obstetricians and Gynaecologists.
Sprawdziłam stanowiska tych organizacji. Wszystkie w kontekście ginekologii estetycznej zalecają daleko idącą ostrożność, indywidualną ocenę pacjentek, konsultacje psychologiczne oraz ograniczanie zabiegów do realnych wskazań medycznych.
Napisałam więc do prof. Sieroszewskiego ponownie.
Basia opowiada dalej, ćwicząc do procesu.
„Po tym jak zdałam sobie sprawę, że żadne ćwiczenia nie pomogą, dostałam załamania nerwowego. Nie było dnia, żebym nie płakała. Wszystko kręciło się wokół żalu do samej siebie. Bolało przy myciu, przy sikaniu. Mocz bryzgał na boki, a ja czerwieniałam ze wstydu. Każda czynność stała się problemem: obcisłe spodnie, dotyk męża, nawet jego spojrzenie – przypominało mi, że już nie jestem kobietą.
Bałam się miesiączek, bałam się biegać w legginsach. Przestałam wychodzić z domu, a nawet pić, żeby nie cierpieć. Chudłam, miałam ziemistą cerę, wypadały mi włosy. W pracy co chwilę uciekałam do toalety, żeby płakać. Mam siedzącą pracę, ledwo wytrzymywałam osiem godzin. Tam na dole cały czas czułam ciągnięcie, jakby ktoś wyrwał mi kawałek ciała. Wejście do pochwy nie było już chronione przez wargi sromowe, zaczęły się infekcje – wcześniej nigdy ich nie miałam.
Z mężem ciągle się kłóciliśmy. Obiecałam sobie, że jeśli nie znajdę ratunku, odejdę. Czułam się bezużyteczna. Nienawidziłam siebie – i swojego ciała, i decyzji o zabiegu. Po pół roku pozwoliłam mu się dotknąć. Przez blizny w pochwie i resztki warg czułam pieczenie i ból. Odsłonięta łechtaczka bolała. Wtedy poznałam Karolinę. Przeżyła podobne piekło, ale została naprawiona. Dała mi kontakt do lekarza. Po raz pierwszy poczułam nadzieję.
Dr Serafin złapał się za głowę. Powiedział, że będzie bardzo trudno to naprawić. Płakałam na fotelu. Uświadomił mi, co zostało zrobione źle, jak będzie wyglądała rekonstrukcja i że to będzie kosztowało ponad trzydzieści tysięcy złotych: operacja, podróże, pobyt, komora hiperbaryczna. Powiedział też wprost, że asymetria zostanie na zawsze. Dzięki mężowi jakoś oprzytomniałam. Pomyślałam: jakoś to będzie, jakoś zbierzemy pieniądze, byle wyzdrowieć.
Po powrocie do domu i tak nie spałam. Ciągle bałam się, że rekonstrukcja się nie uda. W głowie słyszałam głos: i tak już zawsze będziesz tam obrzydliwa. Nikt ci nie odda zdrowia psychicznego, spokoju, pewności siebie. Nikt nie wynagrodzi tych wojen, które toczysz z mężem i sama ze sobą. Ani wszystkich wylanych łez”.
Monika, wciąż szukając rozwiązania, jesienią 2022 roku zapisała się na konsultację do drugiego lekarza – wybranego z Instagrama. Zbadał ją i obiecał, że „będzie słuchał tylko jej”.
– Zrobię tak, żeby miała pani średnicę pochwy jak nieródka – powiedział.
Dodał, że HIFU to „bzdura”, u niego „stoi i się kurzy”.
Zaproponował pakiet czterech zabiegów: waginoplastykę, perineoplastykę, labioplastykę i hoodoplastykę. Potwierdził „przerost”. Cena promocyjna: 18 tysięcy złotych.
Kwota była dla niej nieosiągalna. Myślała o kredycie. A potem Instagram – karmiony jej wcześniejszymi kliknięciami i wizytami – podsunął rozwiązanie: „Klinika poszukuje modelek”.
– Miałam do niego żal, ale już nie mogłam wytrzymać z tym luzem – mówi.
W listopadzie 2022 roku przeszła waginoplastykę w ramach szkolenia. Po kilku miesiącach uznała, że nic się nie zmieniło. Po roku, w 2024 roku wróciła więc do pierwszego lekarza. Na drugiego wciąż jej nie było stać. Zapytała, co jeszcze można zrobić.
– RF mikroigłowy – usłyszała.
Sprawdziłam w bazie Open Evidence: radiofrekwencja pochwy – brak danych o skuteczności i bezpieczeństwie długoterminowym.
– Ale HIFU nic mi nie dało – powiedziała Monika. – To nie to samo. Teraz trzeba się skupić na elastyczności – odpowiedział lekarz.
Wycena: od 3200 do 3800 złotych.
– W gabinecie się uśmiechałam. Dopiero w samochodzie powiedziałam mężowi, że doktor leci ze mną w ch.
Proszę Monikę, żeby wystąpiła do kliniki o dokumentację medyczną. Po miesiącu dzwoni do niej sam lekarz.
– Te paragony i faktury będzie piekielnie ciężko uzyskać od księgowości. Proszę mnie zrozumieć…
Monika zapłaciła w klinice dwukrotnie gotówką: za HIFU i za waginoplastykę. Łącznie około 4 tysiące złotych.
– Po co pani ta dokumentacja? – pyta lekarz. – Chcę skonsultować się z innym lekarzem.
Tego samego dnia Monika dostaje maila: kilka stron dokumentów i dwa paragony – z wizyt w 2021 i 2024 roku. W notatkach z pierwszej wizyty ginekologicznej widnieje rozpoznanie: „Brak”. Czyli lekarz nie stwierdził żadnej choroby. W zaleceniach wpisał jednak: HIFU. Karty wizyty – brak.
Jest też czterostronicowy formularz świadomej zgody przed operacją waginoplastyki. Widnieje w nim rozpoznanie: „Defekt powięzi odbytniczo-pochwowej, rectocele, zastarzałe pęknięcie krocza II stopnia. Istnieją wskazania do leczenia operacyjnego: plastyka tylnej ściany pochwy i krocza”.
„Pierwsze słyszę” – pisze mi w smsach Monika. „Czuję się jak w Matrixie”. „Mój mąż też zdziwiony. Walą ściemę”. „Porody trwały po piętnaście minut. Czułam się świetnie. Przy trzecim sama poprosiłam o nacięcie. Mam tylko małą bliznę. Tyle”
– W ostatnich latach obserwujemy gwałtowny rozrost rynku tzw. ginekologii estetycznej i odpływ lekarzy z publicznych szpitali do prywatnych klinik – mówi prof. Artur Ludwin, kierownik I Katedry i Kliniki Położnictwa i Ginekologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. To uznany w Polsce i za granicą specjalista w zakresie minimalnie inwazyjnych operacji ginekologicznych oraz leczenia wad macicy. Spotykamy się na kolacji w Warszawie.
– Trwa walka o klientki. Kupuje się drogi sprzęt, lasery albo tanią wirówkę do przygotowania osocza, wysyła lekarzy na kursy organizowane przez podmioty bez naukowego umocowania. Po kilku miesiącach ci sami lekarze zaczynają sprzedawać kolejne szkolenia młodszym kolegom – mówi. – Tymczasem większość tych procedur nie ma żadnego oparcia w medycynie opartej na dowodach.
Jeśli zdrowie lub życie jest zagrożone, można – za świadomą zgodą pacjentki – sięgać po procedury słabiej przebadane. Czy w przypadku zabiegów czysto estetycznych wolno je oferować?
Podkreśla, że nie chodzi o demonizowanie prywatnej praktyki. – Sam ją prowadzę, wykonywałem labioplastyki.
Przestaliśmy, ponieważ zaczęło trafiać do nas zbyt wiele kobiet okaleczonych przez innych lekarzy albo z objawami dysmorfofobii – tłumaczy.
– Często były to młode dziewczyny, które na pierwszej wizycie ginekologicznej usłyszały, że mają „za duże” wargi sromowe. Wcześniej, rozpoznania przerostu warg sromowych należały do rzadkości.
– Niektórzy naukowcy uważają, że labioplastykę estetyczną – gdy dojdzie do amputacji napletka łechtaczki – można porównać do FGM – okaleczania żeńskich narządów płciowych – mówię. – Nie znamy pełnego rozmieszczenia zakończeń nerwowych, a mimo to tnie się tkanki w obszarze kluczowym dla seksualności kobiety. Z prawnego punktu widzenia częściowe wycięcie warg sromowych mniejszych może spełniać kryteria ciężkiego uszczerbku na zdrowiu według definicji WHO. Amputacja pozostaje amputacją. Oczywiście FGM odbywa się bez zgody i w warunkach brutalnej presji kulturowej. Ale czy u nas tej presji naprawdę nie ma?
Profesor apeluje o pilne wprowadzenie regulacji i jasnych standardów.
– Dopóki nie ma odpowiednich badań, lekarze balansują na granicy eksperymentu medycznego, narażając się na odpowiedzialność cywilną i karną – dodaje. – Czy w razie roszczeń będą mogli powołać się na opinię kolegi prowadzącego szkolenia, który twierdzi – wbrew stanowisku FIGO – że dana procedura jest bezpieczna i skuteczna?
Profesor zastrzega, że nie chciałby być jedynym autorytetem alarmującym w tej sprawie. – Wielu lekarzy nie ma odwagi mówić o tym głośno, nawet w trosce o zdrowie kobiet – podkreśla. – Rynek procedur określanych jako „ginekologia estetyczna” musi zostać uregulowany – podsumowuje. – Potencjalną klientką może być każda kobieta. W przypadku powikłań lub trwałych okaleczeń staje się już pacjentką, wymagającą długotrwałej terapii.
Odezwała się Naczelna Izba Lekarska. Na mój telefon czeka ppłk rez. lek. Artur Płachta – ginekolog, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej Wojskowej Izby Lekarskiej i przewodniczący Konwentu Prezesów Okręgowych Rad Lekarskich.
– Jestem prostym lekarzem. Bez tytułów. Całe życie pracuję na dnie systemu – zaczyna. Od niemal czterdziestu lat można go spotkać w tej samej przychodni we Wrocławiu i w Oleśnicy.
– Coraz częściej kobiety przychodzą i mówią, że „tam na dole” coś im się nie podoba. A ja pytam: dlaczego? Skąd pani bierze wzorzec? To są cechy genetyczne. Jedna kobieta ma większe wargi, inna mniejsze. Każdy srom jest inny.
To pani wyjątkowość. Dlaczego chce pani wyglądać jak wszyscy?
Zastrzega, że jeśli pojawia się ból – kieruje pacjentkę dalej. – Ale jeśli problemem jest „nie podoba mi się”, to nie ma nic wspólnego z medycyną.
Podkreśla, że zgadza się, że medycyna nie zawsze ma gotowe odpowiedzi i że czasem trzeba testować nowe metody. Ale zawsze uprzedza pacjentki o ryzyku. – Każdy zabieg w tej okolicy może doprowadzić do odnerwienia tkanek. Nikt nie jest w stanie zagwarantować pełnego czucia ani sprawności seksualnej. Jeśli lekarz obiecuje inaczej, nie mówi prawdy. Problem polega na tym, że lekarze nie przekazują całej prawdy pacjentkom. Trzeba jasno powiedzieć: to jest poniekąd eksperyment.
Często mówię pacjentkom: „nie wiem”. Przekazuję im wiedzę. Jeśli decydują się na operację, to powinna być decyzja autonomiczna – oparta na informacji, nie na obietnicy.
Jego zdaniem odpływ lekarzy z systemu opieki zdrowotnej do prywatnej estetyki jest duży i niepokojący. – Jestem wrogiem takiego podejścia. I mogę publicznie powiedzieć, nawet na Stadionie Narodowym, że moi koledzy oszukują pacjentki dla pieniędzy.
Potem, w trakcie autoryzacji prosi jeszcze by dodać: „Cieszę się, że ktoś wreszcie się tym problemem zajmie, bo mnie martwi od dawna”.
Basia ostatni raz przygotowuje się do procesu.
„Czas po operacji rekonstrukcyjnej i przeszczepie był koszmarem. Pierwsze dni jak wyjęte z życia: przeszywający ból, brak snu, każda wizyta w toalecie i prysznic kończyły się płaczem. Do tego dojazdy na zabiegi w komorze hiperbarycznej, żeby przeszczep się przyjął. Silne leki przeciwbólowe pomagały tylko trochę. Naprawdę myślałam, że umieram. Czułam rozszarpujący ból, ciągnięcie w dół, pulsowanie całego ciała – jakby w środku wybuchł pożar. A potem kolejna męka: ściąganie szwów.
Przeszczep się przyjął. Po kilku miesiącach tkanki odzyskały kolor i miękkość. Zabieg się udał, wygląda dobrze, jest funkcjonalnie. Uważam, że doktor Serafin mnie uratował. Ale moje życie seksualne zmieniło się na zawsze. Nie ma zbliżenia bez myśli, że jestem kaleką. Mąż musiał nauczyć się mnie od nowa. Po wydaniu wszystkich oszczędności nie było nas stać na psychologa ani seksuologa. Potem mąż stracił pracę. A ja ratowałam się ziołami, olejkami uspokajającymi. Z czasem pomogły mi joga i medytacja.
Labioplastyka była najgorszą decyzją w moim życiu. A właściwie: zaufanie nieodpowiedniemu lekarzowi, który obiecywał idealny zabieg. Choć zostałam naprawiona, wciąż czuję się okaleczona. Wygrana w sądzie nie zwróci mi szczęścia, ale liczę, że odzyskam poczucie sprawiedliwości – także w imieniu kobiet, które nie miały takich możliwości jak ja”.
W grudniu 2025 roku otrzymuję zaskakującą odpowiedź z Ministerstwa Zdrowia.
Ministerstwo przyznaje, że żyjemy w rzeczywistości, w której „osobista estetyka góruje nad innymi walorami osobowymi”, a pacjentki coraz częściej traktują ginekologię estetyczną jak procedury medyczne. W tej sytuacji – czytam – lekarzom coraz trudniej wyznaczyć granicę między zabiegami estetycznymi a naprawczymi. Pacjentkom niemal zawsze towarzyszy presja psychiczna: lęk o związek, rodzinę, życie seksualne, depresja i obniżone poczucie własnej wartości. Odmowa wykonania zabiegu ma prowadzić do frustracji, która „rozlewa się” na inne obszary życia.
Ministerstwo powołuje się na stanowisko PTGEiR i zgadza się z FIGO, że namawianie pacjentek do zabiegów estetycznych jest nieetyczne. Podkreśla konieczność informowania o braku wskazań medycznych do procedur czysto kosmetycznych oraz edukacji na temat naturalnej różnorodności anatomicznej. Jednocześnie zaznacza, że część zabiegów bywa elementem leczenia bólu, suchości pochwy, nietrzymania moczu czy urazów poporodowych. Kluczowa ma być „właściwa kwalifikacja pacjentki”, obejmująca także jej psychikę i kontekst społeczny.
Resort przyznaje, że docierają do niego niepokojące sygnały o zabiegach i szkoleniach prowadzonych przez osoby nieuprawnione. W odpowiedzi przesyła mi link do nagrania,
w którym dwie kosmetolożki deklarują, że szkolą lekarzy i pielęgniarki m.in. z zabiegów na wargach sromowych i penisie.
Ministerstwo zapowiada walkę z tym procederem i rozważa w przyszłości certyfikację umiejętności w zakresie ginekologii estetyczno-naprawczej.
W całym piśmie nie ma ani jednego odwołania do badań klinicznych, skuteczności czy bezpieczeństwa konkretnych procedur. Nie ma też mowy o standardach ani wytycznych.
Tego samego dnia otrzymuję też obszerną odpowiedź z Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników, podpisaną przez prezesów Piotra Sieroszewskiego i Rafała Stojko oraz konsultantkę krajową Ewę Wender-Ożegowską (pełny dokument publikujemy poniżej).
PTGiP jednoznacznie zgadza się z FIGO: wiele procedur określanych jako „ginekologia estetyczna” nie ma wystarczających dowodów naukowych potwierdzających skuteczność i bezpieczeństwo, a ich wykonywanie rodzi poważne wątpliwości etyczne – zwłaszcza u kobiet bez jasnych wskazań medycznych i pod presją kulturową oraz marketingową. Zabiegi służące wyłącznie modyfikacji wyglądu prawidłowych narządów płciowych nie powinny być traktowane ani jako standardowa praktyka ginekologiczna, ani jako leczenie.
Towarzystwo podkreśla konieczność wyraźnego rozróżnienia między chirurgią rekonstrukcyjną a estetyczną oraz postuluje postępowanie etapowe: edukację, wsparcie, ewentualną konsultację psychologiczną lub seksuologiczną, a dopiero na końcu – rozważenie zabiegu.
Dystansuje się od promowania procedur takich jak hymenoplastyka, „rewitalizacja pochwy”, G-shot czy O-shot. Zwraca uwagę na brak ogólnopolskich danych dotyczących liczby zabiegów i powikłań – większość wykonywana jest prywatnie i nie podlega raportowaniu. Brak rejestru nie oznacza braku powikłań, lecz brak systemowych narzędzi ich monitorowania. Wymienia możliwe konsekwencje: zakażenia, krwawienia, zaburzenia czucia, przewlekły ból, dyspareunię i konieczność kolejnych operacji.
Na koniec PTGiP wskazuje na pilną potrzebę regulacji prawnych, opracowania standardów kwalifikacji i świadomej zgody oraz ochrony pacjentek – także niepełnoletnich – przed nieuzasadnioną medykalizacją fizjologicznej różnorodności kobiecego ciała. Pisze: „chcemy oprzeć się zarówno na rekomendacjach FIGO, ACOG, towarzystw australijskich i europejskich, jak i na praktycznych doświadczeniach PTGEiR, które od lat zajmuje się chirurgią rekonstrukcyjną i plastyczną narządów płciowych kobiet w Polsce”.
PTGEiR kierowane jest przez lekarza prowadzącego prywatną klinikę, w której wykonywane są m.in. labioplastyki, waginoplastyki, zabiegi rozjaśniania okolic intymnych oraz hymenoplastyki.
Monika, dwa lata po zabiegu HIFU i waginoplastyki, w czerwcu 2024 roku miała próbę samobójczą. Poczuła, że nie wie jak pokierować swoim życiem. Tym razem rozmawiamy, gdy jest w domu. Dzieci w szkole, mąż w pracy. Pokazuje mi swojego puszystego kota i królika. Ociera łzy.
- No, ale dobra, ogarniam się. Nie chcę o tym więcej mówić.
Chwilę milczy i dodaje: – Ta strefa psychologiczna ma bardzo duże znaczenie. U mnie wszystko zaczęło się sypać po związku z toksycznym partnerem. Nie on zapisał mnie na konsultację z ginekologii estetycznej, ale… wpłynął na wszystko. I na to też. A u mnie jak głowa nie działa, to seks też nie. Jak to analizuję na chłodno, mój brak przyjemności nie jest związany tylko z tym, że ja czuję ten luz. To dla mnie odkrycie!
Mimo to wciąż gdzieś głęboko wierzy, że dobrze wykonana waginoplastyka rozwiązałaby wiele problemów. Bierze też pod uwagę wizytę u seksuologa i terapię uroginekologiczną.
- Tylko zastanawiam się: jeśli operacja, to u kogo? W tym roku straciłam zaufanie też do lekarza mojego drugiego wyboru. Na Insta zaczął gwiazdorzyć. Podczas wizyty skrytykował HIFU, a niedawno je reklamował jako doskonały zabieg. A może podświadomie ja już chcę zostawić ten temat? Może tak naprawdę nie chcę iść do żadnego lekarza, bo boję się, że znów zostanę oszukana? Wciąż chcę dowodu, czy naprawdę coś jest ze mną nie tak. Ale kto mi da uczciwą odpowiedź? – mówi przez łzy.
Od połowy 2025 roku dużo się w Moniki życiu zmieniło na lepsze. Z mężem zaczęło się układać. – Mniej czasu spędzam w telefonie. Usunęłam też Instagrama. I lepiej mi z tym.
W październiku zaczęła studia z zarządzania zespołami sztucznej inteligencji i baz danych. Zapłaciła za rok z góry, żeby się nie wycofać.
- Nie mam wyższego wykształcenia, a przez lata to był mój kompleks. – Uśmiecha się, pierwszy raz od miesięcy naprawdę spokojnie. – No właśnie, urodę da się przypudrować. Ale emocje? Pudrujesz i nic.
Kiedy myśli o tym co ją spotkało, właściwie najbardziej zszokowało ją ile za kurs, na którym zwężono jej pochwę, zapłacili lekarze. Sprawdziła na stronie kliniki: dwa dni szkolenia za prawie 20 tysięcy złotych.
- Czułam się wręcz zażenowana, że oni tyle wydali. Przecież to nie jest warte tej ceny! Gdybym ja była na ich miejscu, uznałabym, że to oszustwo.
Imiona bohaterek zostały zmienione. Ich dane są znane redakcji.
Redakcja pozostaje otwarta na stanowiska lekarzy i instytucji, które chciałyby odnieść się do przedstawionych ustaleń.
Reportaż nie stanowi porady medycznej ani prawnej.
Szukam kontaktu z kobietami, które doświadczyły powikłań po zabiegach określanych jako „ginekologia estetyczna” – m.in. labioplastyce, waginoplastyce, HIFU, O-shot, G-shot, RF czy innych procedurach wykonywanych na narządach płciowych.
Jeśli chcesz podzielić się swoją historią – anonimowo lub imiennie – napisz do mnie. Każda wiadomość traktowana jest poufnie. Zależy mi na udokumentowaniu skali zjawiska i oddaniu głosu kobietom, które zwykle pozostają niesłyszane.
Kontakt: [email protected]
Przez kilka miesięcy zespół dziennikarek z Rumunii (Luiza Vasiliu) i Polski (Anna Pamuła) dokumentował przemysł ginekologii estetycznej w obu krajach. To śledztwo jest częścią serii realizowanej przy wsparciu Journalismfund Europe.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze