0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Agata StachowiakIl. Agata Stachowiak
Śledztwo

Obetniemy pani tu, naciągniemy tam. Śledztwo o biznesie intymnym, cz.1

  • Anna Pamuła

Leży na stole z nogami w górze. Oślepia ją białe światło. Zaciska zziębnięte dłonie na ceracie, która nieprzyjemnie szeleści i przylepia się do pośladków. Pachnie jak u dentysty. Słyszy brzęk jakby sztućce wrzucane do szuflady. Za ścianą ktoś się śmieje, odpowiadają mu przyciszone, niskie głosy. Nie wie, ilu ich jest. Boi się.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej myślała, że to jej szansa.

Krótki kurs waginoplastyki

– Dzień dobry, mam dla pani dobrą wiadomość! – ciepły, dziewczęcy głos w słuchawce. – Została pani zakwalifikowana do naszego programu jako modelka.

Skakała ze szczęścia. W końcu to promocja życia: zamiast kilkunastu tysięcy złotych – dwa. Wierzyła, że to zmieni wszystko. Tak obiecywał jej ulubiony influencer. Czuła się szczęściarą.

W sali obok chyba leży druga dziewczyna, Monika słyszy jej głos. Pewnie robią jej co innego, choć właściwie sama nie jest pewna co ją czeka.

Patrzy na swoje rozłożone nogi. Zaciska powieki. I nagle widzi główkę swojego pierwszego dziecka. Po pierwszym wspomnieniu pojawiają się kolejne: niebieskie światła radiowozu. Policja właśnie zabiera ją od rodziców. Ma trzy lata. Teraz ma dwanaście. Widzi kłótnię rodziców adopcyjnych. A potem pojawia się jeszcze jedno, to najgorsze wspomnienie. Ale właśnie dziś się od tego odetnie.

Do sali wślizgują się białe cienie. Najpierw ginekolog – nauczyciel. Potem uczniowie. Piętnaście osób. Wszyscy w błękitnych czepkach, z telefonami w dłoniach. Obiektywy skierowane w jej stronę, jakby byli paparazzi. Ale Monika nie czuje się jak gwiazda.

– Przepraszam, czy jest szansa na to, co zamówiłam? – pyta, choć głos jej się łamie. Nikt nie odpowiada. Czuje ukłucie, potem nic. „Obcinamy tu, naciągamy tam” – tłumaczy lekarz. Jego głos brzmi lekko. Uśmiecha się. Monika oddycha z ulgą – robi ją jeden z topowych specjalistów z Instagrama, który umie w rolkach sprzedać kobietom pewność siebie.

Rozluźnia dłonie na fotelu. Migają czerwone światełka telefonów, którymi uczniowie wszystko nagrywają. Przemieszczają się między kroczami w dwóch salach i podglądają mistrzów przy pracy.

Gdy Monika się budzi, boli. Ale lekarz mówi, że wyszło idealnie. Płaci gotówką 2 tysiące złotych, cena jest podejrzanie niska i dopiero wtedy rozumie, że zrobiono jej tylko jeden zabieg, a nie dwa jak zamawiała. Paragonu nie dostaje.

Tydzień później widzi film z operacji na Insta: „Pacjentka w trakcie waginoplastyki, zabiegu zwężania pochwy”. Rozpoznaje się po skarpetkach. Mówi do męża, że to lekarze z klasą – nie opublikowali jej twarzy.

Śledztwo o biznesie intymnym to reportaż w trzech odcinkach poświęcony rynkowi tzw. ginekologii estetycznej w Polsce. Pokazuje, jak prywatne kliniki, lekarze-influencerzy i agresywny marketing w mediach społecznościowych sprzedają kobietom zabiegi, które nie mają jasnych wskazań medycznych, a niektóre niosą ryzyko okaleczenia.

Seria opiera się na rozmowach z pacjentkami, wizytach incognito, analizie dokumentów, reklam oraz stanowisk towarzystw naukowych. Ujawnia brak danych, brak nadzoru i przyzwolenie na funkcjonowanie tej branży poza realną kontrolą państwa.

Wszystkie imiona bohaterek zmieniłam na ich prośbę. Obawiają się konsekwencji ujawnienia swoich historii: reakcji lekarzy i lekarek, oceny ze strony bliskich, którzy często nie wiedzą, przez co przeszły. Boją się lęku i ataków paniki, które wracają ze wspomnieniem traumatycznych doświadczeń.

Nie cytuję części lekarzy z nazwiska. W toku pracy reporterskiej natrafiłam na rozbieżności między deklaracjami a praktyką oraz na zachowania budzące poważne wątpliwości etyczne (rozmawiałam z dziewięcioma lekarzami), ale skupienie się na pojedynczych osobach odwracałoby uwagę od istoty problemu, który ma charakter systemowy. Celem tego śledztwa nie było piętnowanie konkretnych nazwisk, lecz doprowadzenie do zmian regulacyjnych, które realnie zwiększą bezpieczeństwo pacjentek.

Doktor leczył orgazm-shotem

W sierpniu 2025 roku podjeżdżamy taksówką pod okazałą willę. Fasada błyszczy jak w reklamie luksusowego spa. Pachnie kurzem i rozgrzanym asfaltem. Silnik gaśnie. Serce podchodzi mi do gardła. Jest ze mną siostra.

– Jak to rozegramy? – pytam. – Ty jesteś pacjentką. Ja – nadzianą siostrą, która chce ci kupić komfort.

Udawać nie musi. Jest pielęgniarką, zna kobiece zdrowie. Chciałam świadka. Drugą parę oczu i uszu. Za chwilę mam pokazać intymne części ciała, by sprawdzić, co proponuje się kobietom „tam na dole”.

W klinice medycyny estetycznej recepcjonistka podaje mi formularz „Historia zdrowia i choroby” oraz klaser z ofertą zabiegów. Siadam na czerwonej kanapie. Przez cienką sukienkę czuję chłód skórzanego materiału. Wnętrze przypomina galerię: białe ściany, połysk podłóg, starannie ustawione światło. Pod sufitem masywny żyrandol jak z sali balowej. Pachnie wanilią i środkiem dezynfekującym.

Przeglądam Facebooka kliniki: plastyka powiek, makijaż permanentny, liposukcja pośladków, fryzjer. „Rewitalizacja intymna”. Całe życie kobiety w jednym miejscu.

Otwieram klaser. „Ginekologia estetyczna”: ceny od 1,5 do 7 tysięcy złotych za zabieg. Czytam:

„Labioplastyka – usunięcie nadmiaru tkanek oraz odpowiednie wymodelowanie warg sromowych, tak aby przywrócić im symetrię oraz anatomiczny kształt.

Waginoplastyka – poprawa wyglądu okolicy krocza, wzrost poczucia własnej wartości, atrakcyjności seksualnej i doznań.

Hoodoplastyka – usunięcie nadmiaru tkanki pokrywającej łechtaczkę.

Hymenoplastyka – rekonstrukcja błony dziewiczej. Kobiety po gwałtach, dzięki zabiegowi, odzyskują pewność siebie, czują się moralnie czyste i mają większe szanse, by zapomnieć o koszmarze i odzyskać równowagę psychiczną”.

Robi mi się zimno. Może przez klimatyzację. Czytam dalej.

„Lifting warg sromowych – laserowe odmładzanie sromu.

Powiększanie punktu »G« – iniekcja kwasu hialuronowego.

Rewitalizacja warg sromowych – iniekcja fibryną lub Magellanem”.

– Przetłumacz mi na ludzki język te dwa ostatnie – proszę siostrę.

– „Punkt G” to umowne miejsce na przedniej ścianie pochwy – mówi cicho. – Lekarz lokalizuje je palcem, chyba na ślepo, bo przecież nie wie dokładnie, gdzie to jest. Przez śluzówkę wprowadza igłę i wstrzykuje kwas hialuronowy w tkanki.

– Po co?

– Żeby zwiększyć objętość. Tarcie podczas penetracji ma być silniejsze.

– A Magellan?

– Pobierają krew, wirują ją w urządzeniu, oddzielają osocze bogatopłytkowe. Potem wstrzykują je w srom albo do pochwy. Chodzi o wywołanie reakcji zapalnej.

Sprawdzam w telefonie: klinika jest zarejestrowana jako podmiot ambulatoryjny.

– Czyli wszystko robią na fotelu, mimo że niektóre z tych zabiegów to inwazyjne operacje – mówi siostra.

– Pani pierwszy raz? – zagaduję pacjentkę naprzeciwko.

– Leczę się tu od półtora roku – mówi kobieta prawie szeptem i przysuwa się bliżej. – Mam liszaja twardzinowego. Tam, no – kieruje wzrok w stronę krocza. – Do maja doktor leczył mnie orgazm-shotem, słyszałyście? Ale przestało działać. Wszystko mi tam popękało. Swędzi, boli. Nie wiem, może to jego wina?

Trzaskają drzwi i doktor wchodzi do kliniki szybkim krokiem. Fartuch zarzuca na ramiona w locie, recepcjonistka biegnie za nim z plikiem dokumentów.

Serce mi przyspiesza. Siostra ściska moją rękę. Czas wejść na fotel.

Post o rewitalizacji pochwy

Na początku 2025 roku moją uwagę przyciągnęła rolka na Instagramie. Różowe tło, uśmiechnięty ginekolog i obietnica: „Rozwiąż problem przerostu warg sromowych i odzyskaj pewność siebie”. Hasztagi: #kobietazadbana #świadomadecyzja #kobietabeztabu. Klikam. Kolejne rolki i posty. Pojawiają się słowa, których nie rozumiem: labioplastyka, g-shot, o-shot, laserowa rewitalizacja intymna, HIFU, RF. Kilka tygodni później jestem po uszy w świecie, o którym w Polsce się nie mówi. Zwłaszcza gdy coś pójdzie nie tak.

Czytam wpisy na facebookowych grupach o ginekologii estetycznej – także o nieudanych zabiegach. Wysyłam ponad czterysta wiadomości do kobiet, które prawdopodobnie je przeszły. Algorytm uznaje mnie za podejrzaną, dostaję bana od Mety, więc zaczynam szukać ich przez wyszukiwarki. Odpowiadają nieliczne. „Chcę o tym zapomnieć”. „Jestem w ciąży, nie chcę wracać do najgorszego momentu życia”.

Wreszcie sms od Karoliny, która zostawiła na różnych forach maila, że przygotowuje się do pozwu zbiorowego i prosi, by zgłaszały się do niej inne okaleczone kobiety. Okaleczone?! Napisała: „Lekarze w Polsce doprowadzają do tragedii i są nietykalni. Moja sprawa jest w toku. To jest strasznie bolesne i nie wiem na ile jestem w stanie to ruszyć. Już tyle razy zderzałam się z murem, że muszę dbać o swoją psychikę. To jedyne czego w życiu żałuję”.

Na Instagramie znajduję też Monikę – komentuje post o „rewitalizacji pochwy”. Piszę do niej.

Kontaktuję się z mecenas Małgorzatą Hudziak z kancelarii Lazer & Hudziak, specjalizującej się w błędach medycznych. Odpowiada krótko: „To horror. Mamy sprawy w sądzie. Tylko ciężkie – z uszkodzeniem ciała. Pogadamy”.

Dzwonię też do znajomego ginekologa onkologa. Nie wykonuje zabiegów estetycznych, ale zna rynek. Prosi o anonimowość. Mówi, że w Polsce wciąż obowiązuje niepisana zasada: na kolegów się nie donosi.

– Dużym problemem jest Instagram – mówi.

– Lekarze w rolkach bombardują kobiety informacjami o niepotrzebnych zabiegach. Generują potrzeby.

Na oddziale śmiejemy się, gdy mówią, że są „przyjaciółmi kobiet” albo że „przywracają przyjemność”. Przecież chodzi o pieniądze.

Przeczytaj także:

Trzy lata po waginoplastyce

Z Moniką pierwszy raz rozmawiam w sierpniu 2025 roku. Od operacji waginoplastyki, na której wystąpiła w skarpetkach, minęły trzy lata. Ja jestem w domu, ona w aucie.

– Na żywo byłoby za trudno – mówi. – Mam fobię społeczną.

Mówi szybko, zdania wylewają się z niej strumieniem, a ja próbuję je uporządkować, jakbym plotła warkocz. Nie chcę opisywać jej wyglądu, bo od dziecka była oceniania tylko w ten sposób. Poprosiłam, żeby sama wybrała początek swojej opowieści.

– Mogą być łzy, ale… – nerwowy śmiech. Za oknem kraczą wrony.

Monika mówi z trudem, że zdecydowała się na waginoplastykę, bo czuła luz w pochwie. I że to przez tamto. Nie precyzuje. Nie dopytuję.

W wieku 18 lat zakochała się. Rok później zaszła w ciążę i wyszła za mąż. W wieku 22 lat poznała obecnego męża. Zaszła w kolejną ciążę i po porodzie wciąż czuła to samo. Mąż przyjął dodatkowe pół etatu. Wracał do domu, zjadał obiad i wychodził do drugiej pracy. Finansowo powodziło im się nieźle, ale co z tego, skoro nigdy jej nie przytulał? Monika wyprowadziła się z dziećmi do Krakowa. Znalazła pracę i nowego mężczyznę.

– To był człowiek, z którym mi było najlepiej w życiu. Funkcjonowaliśmy od wow miłości, do super nienawiści. Jak się godziliśmy, to był ogień.

Dopóki nie zaczął sprawdzać, czy Monika nie chodzi w zbyt obcisłych leginsach. Karał ciszą. Manipulował. Straszył. Poniżał.

– Blizny mam do tej pory – Monika odwraca wzrok i patrzy przez okno samochodu.

Po roku wróciła do drugiego męża. W 2020 roku urodziła trzecie dziecko. Ale wciąż była nieszczęśliwa. Orgazmów też nie było. Uznała, że coś jest z nią nie tak. Przypomniała sobie koleżankę sprzed lat, która zrobiła labioplastykę. Dorabiała, umawiając się z bogatymi mężczyznami przez internet. Mówiła, że w tej branży są standardy. Twierdziła, że seks po zabiegu jest świetny – dzięki pewnemu doktorowi z dużego miasta.

Monika tego samego dnia wyszukała go w internecie.

– Wierzyłam, że ta wizyta zmieni moje życie. I w sumie miałam rację. Zmieniła. Tylko nie tak, jak myślałam.

Brak rejestru i danych o powikłaniach

Próbowałam ustalić, czym dokładnie są zabiegi i operacje, których nazw nie rozumiałam. W wyszukiwarkach trafiałam jednak głównie na strony klinik albo porno. Dopiero międzynarodowe raporty towarzystw naukowych i kilka książek pozwoliły mi zrozumieć, że chodzi o FGCS – female genital cosmetic surgeries, czyli kosmetyczne operacje żeńskich genitaliów. W języku reklam funkcjonują jako ginekologia estetyczna, plastyczna, funkcjonalna albo regeneracyjna.

Na podstawie ofert klinik przyjęłam, że w Polsce najczęściej wykonuje się labioplastykę (zmniejszanie warg sromowych mniejszych) oraz waginoplastykę (zwężanie pochwy). Nie byłam jednak w stanie ustalić, ile takich operacji się wykonuje. Nie znalazłam żadnego rejestru ani danych o powikłaniach.

Globalnie labioplastyka jest jedną z najszybciej rozwijających się procedur medycyny estetycznej – wzrost popularności o 48,2 proc. w latach 2020–2023.

wykonano niemal pół miliona operacji estetycznych na żeńskich genitaliach. W krajach europejskich – średnio 4-5 tysięcy labioplastyk rocznie. Danych z Polski brak.

W korespondencji ISAPS wyjaśnił mi, że publikuje statystyki wyłącznie dla krajów, które przekazują wystarczającą liczbę ankiet od lekarzy. Brak danych oznacza więc brak obowiązku raportowania i brak systemu monitorowania procedur wykonywanych poza publiczną ochroną zdrowia.

Napisałam w tej sprawie do Ministerstwa Zdrowia, NFZ oraz Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników.

Znany lekarz w algorytmie

– W jaki sposób wybrałaś lekarza? – pyta siostra w drodze do kliniki. – Najpierw sprawdziłam ZnanyLekarz.pl. W Krakowie 47 lekarzy oferuje konsultacje z „ginekologii estetycznej”. W Warszawie – dwa razy tyle. Labioplastykę wykonuje 23 lekarzy w Krakowie i 60 w stolicy. – A w całej Polsce? – W dwudziestu największych miastach – 259. Część pracuje w kilku klinikach, większość ma prywatne gabinety. Kliknęłam w pierwszego dostępnego lekarza. Zaskoczyło mnie tylko jedno: 96 proc. pozytywnych opinii. Brzmi jak ściema.

Siostrze nie muszę tłumaczyć, że mieszkam we Francji i korzystam z Doctolib – platformy, na której można umawiać wizyty, ale nie ocenia się lekarzy. Francuskie prawo uznało takie rankingi za nieetyczne: lekarz ma leczyć, nie spełniać oczekiwania klienta.

Sprawdzam więc informacje i czytam jej na głos: ZnanyLekarz.pl to polska filia międzynarodowej grupy Docplanner, wycenianej na ponad miliard dolarów, założonej przez Mariusza Gralewskiego, twórcę GoldenLine. Serwis był wielokrotnie krytykowany przez środowisko lekarskie: anonimowe opinie dotyczą raczej „wrażeń z wizyty” niż jakości leczenia i mogą szkodzić reputacji.

– Czyli to komercyjny marketplace – podsumowuję. – Pacjent jest użytkownikiem, ale prawdziwym klientem jest lekarz, który płaci za widoczność. Myślałam, że wybieram neutralnie. W rzeczywistości decydował algorytm.

Zrobię pani szew dla męża

Co wymyśliłyście dziewczyny? – zabiegany doktor wskazuje mi i siostrze dwa krzesła.

– Panie doktorze… – otwieram usta, ale słowa utykają mi w gardle. Ciało przechodzi w tryb „grzeczna pacjentka”. – Jestem po porodzie 11 lat i odczuwam brak przyjemności. – Wreszcie wyrzucam z siebie. Zmyślam. – Wydaje mi się, że może mogłabym coś poprawić w wargach sromowych.

Lekarz wskazuje na fotel. Wywiad ogranicza się do jednego pytania: czy miałam nacięcie krocza.

– Kładziemy się wygodnie. Niech mi pani opowiada, jakie są chęci, życzenia, możliwości. Czego oczekujemy.

Rozchylam nogi. Od zawsze wizyty ginekologiczne kojarzą mi się z bólem, gdy zimny wziernik wchodzi do pochwy. Lekarz szarpie moje wargi sromowe. I ten dźwięk gumowej rękawiczki szorującej o skórę…

– Powiedziałam Ani, że czego jej trzeba, ja pokryję. – Siostra świetnie gra rolę.

– Niech pani zakaszle. Nietrzymanie moczu jest?

– Rzadko. – Jestem tak spięta, że każdy ruch wziernika boli coraz bardziej. Zaciskam zęby.

– I to jest źródło problemu, widzi pani – mówi, zdejmując rękawiczki. – Wargi można delikatnie skorygować, ale to estetyka. Natomiast jest pani pretendentką do operacji obniżenia przedniej i tylnej ściany pochwy. To uroginekologia. My tego tu nie robimy, ale mogę skierować do zaprzyjaźnionej kliniki.

– A potem można zrobić coś estetycznie? – pyta spokojnie siostra.

– Nie ma problemu, ale musi być zachowana kolejność. No, niech pani się ubiera, wszystko dalej powiem.

Doktor zwija moją dokumentację medyczną w rulon.

– Niech pani posłucha. Pochwa to jest rura. Najzwyklejsza rura, która ma receptory. Jeżeli ściany opadają, pojawia się oddawanie moczu, stan zapalny, luz. Podczas stosunku nie czuje pani objęcia penisa, seks jest byle jaki. Dlatego trzeba podciągnąć, wyprostować, zwęzić. Dopiero potem labioplastyka, O-shot, G-shot.

Milczę. W głowie jedno pytanie: dlaczego jakość seksu znów mierzy się „ciasnością” i penisem, skoro większość kobiet nie ma orgazmu z penetracji?

– Panie doktorze, a nie da się tego zrobić inaczej niż chirurgicznie? – przytomnie pyta siostra.

– Jeśli chcemy zwężenie dla przyjemności – tylko chirurgia. Po porodach wszystko jest porozciągane. Pani pochwa to luźna rura.

Głos lekarza oddala się.

– Szycie robimy tak: nakładamy śluzówkę, powstaje wał, potem laserem nacinamy, żeby była nierówność. Podczas stosunku to będzie coś à la tarka – penis chodząc po tylnej ścianie, będzie całkiem inaczej odczuwał pochwę. Do tego podamy kwasy hialuronowe, które wspomagają podniesienie boczne. Damy również oszoty, które zwiększają jakość odczuwalnego nacisku i od razu wszystko lepiej funkcjonuje.

– A ryzyko uszkodzenia nerwów? – pytam cicho. – Nie ma takiej możliwości – ucina. – Potem zajmiemy się symetrią warg. RF, osocze, Magellan. To jest dosyć kosztowne, ale daje bardzo dobre efekty. Kwas bursztynowy można dodać. Ale to wszystko zależy od kieszeni.

– A jeśli nic z tym nie zrobię? – pytam. W głowie liczę szybko, że proponuje mi operacje i zabiegi za około 50 tysięcy złotych.

– Może zostać jak jest. Ale jeśli przytyje pani w brzuchu, pochwa może wypaść. Może też złamać się cewka i będzie pani stale oddawała mocz.

W recepcji płacę 400 złotych za wizytę. Dopiero w taksówce udaje mi się wziąć pełny wdech. Ale ciało wciąż jest jak po zderzeniu – drętwienie, szum w uszach, lekkie odrealnienie.

– „Pochwa to rura”! Idiota! – siostra zaciska dłonie na pasku torebki.

– A nie? – pytam słabo. Nie jestem w stanie myśleć.

– Pochwa to wąski przewód mięśniowy, zwykle zaciśnięty. Po porodach kobiece ciało się regeneruje. I jeszcze to straszenie…

Patrzy na mnie. – On zaproponował ci „szew dla męża”! Celowe zwężenie wejścia do pochwy, nie dla ciebie, tylko dla penisa. Ten „efekt tarki”. Robi się nierówną bliznę, żeby było więcej tarcia. Nie mogę, co za kretyn! – mówi głośniej siostra. I wtedy czuję pierwsze ciepło pod skórą. Gniew. Jakby moje ciało właśnie wracało do siebie.

Estetyka bez etyki

Poruszenie w świecie chirurgii plastycznej.

W czerwcu 2025 roku przeczytałam stanowisko Międzynarodowej Federacji Ginekologii i Położnictwa (FIGO), na którą powołują się najważniejsze towarzystwa naukowe, w tym Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników (PTGiP). FIGO stwierdziła: „Rekomendowanie, wykonywanie lub kierowanie pacjentek na operacje estetyczne narządów płciowych przez ginekologów-położników jest etycznie niewłaściwe”. Podkreślono, że procedury te nie mają wskazań medycznych i wiążą się z ryzykiem, a labioplastyka bez wskazań może naruszać integralność cielesną, godność kobiet i podstawowe zasady etyki lekarskiej.

Napisałam więc do dr Rafała Zadykowicza, polskiego lekarza należącego do grupy eksperckiej FIGO, do prof. Piotra Sieroszewskiego – prezesa PTGiP, oraz do Ewy Wender-Ożegowskiej – krajowej konsultantki ginekologii i położnictwa. Pytałam, czy planują wydać oficjalne stanowisko wobec tzw. ginekologii estetycznej. Pytałam o granicę między zabiegami estetycznymi a rekonstrukcyjnymi, o skalę wykonywanych zabiegów. Interesowało mnie też, czy widzą potrzebę regulacji prawnych i etycznych, działań edukacyjnych oraz jasnych standardów kwalifikacji pacjentek – w tym obowiązku rzetelnej informacji o ryzyku i świadomej zgody.

Równolegle zaczęłam przyglądać się w sieci lekarzom, których Monika wskazywała jako „najlepszych” – według Instagrama.

Czy lekarz może być influencerem?

Sprawdziłam, że pierwszy lekarz wybrany przez Monikę i jego klinika mają łącznie około 4 tysięcy obserwujących na Facebooku oraz kolejne 1,5 tysiąca na Instagramie. Drugi lekarz gromadzi na Instagramie ponad 20 tysięcy followersów, a jego klinika – kilka tysięcy kolejnych. Obie placówki intensywnie inwestują w reklamy w mediach społecznościowych.

Widać to w Meta Ads Transparency Center – narzędziu wprowadzonym po wejściu w życie unijnego Aktu o usługach cyfrowych, które ujawnia, kto finansuje reklamy i do jakich grup są one kierowane. Z danych Mety wynika, że jedna z klinik opłaciła ponad 200 reklam w ciągu czternastu miesięcy (wrzesień 2024 – listopad 2025), druga – ponad 300 w tym samym okresie. Jedna z reklam brzmiała: „Straciłaś zdolność przeżywania orgazmu? Pora na O-shot, inaczej mówiąc orgazm shot. Ginekologia estetyczna i plastyczna potrafią pomóc kobiecie w problemach związanych z doznaniami seksualnymi. Kluczem jest dobra diagnoza i wybór najlepszego zabiegu”.

Reklama trafiła do 4580 osób – połowę stanowiły kobiety w wieku od 35 do 44 lat.

Pytam mecenasa Oskara Lutego, prawnika specjalizującego się w prawie medycznym, czy takie kampanie są legalne.

– Czy lekarz może być influencerem? – Tak. Sam influencing jest neutralny, może nawet służyć promocji zdrowia. Problem zaczyna się przy reklamie świadczeń zdrowotnych, która co do zasady jest zakazana. To wykroczenie zagrożone karą do 5 tysięcy złotych, ale w praktyce martwe. Dodatkowo od 1 stycznia 2025 roku nowy Kodeks Etyki Lekarskiej znacząco liberalizuje zasady udziału lekarzy w reklamie. Ponadto, prowadzenie reklamy wyrobów medycznych niezgodnie z prawem, na przykład reklama sprzętów profesjonalnych kierowana do pacjentów, może skutkować karą do 2 mln zł.

Pytam o O-shot reklamowany na Instagramie. Wyjaśniam, że to komercyjny pakiet stworzony w USA przez Charlesa Runelsa, przed którego promowaniem FDA ostrzegała, i którego nie rekomenduje żadne towarzystwo ginekologiczne.

– Jeżeli da się wykazać, że jakikolwiek zabieg jest negatywnie oceniany przez medycynę opartą na dowodach, jego wykonywanie jest bezprawne – mówi mecenas. – Lekarz działający niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną narusza standard lege artis, niezależnie od tego, czy nazywa taką procedurę medyczną, estetyczną czy „lifestyle’ową”.

– A jeśli metoda jest nowa lub słabo przebadana? – Wtedy mamy do czynienia z eksperymentem medycznym, który wymaga nie tylko zgody pacjentki, ale też uprzedniej zgody komisji bioetycznej.

– A gdy jest znana, ale budzi kontrowersje i tylko część środowiska ją akceptuje? – Wówczas kluczowa jest udzielona przez pacjenta zgoda i poprzedzająca ją informacja. Przy zabiegach estetycznych informacja musi być wyjątkowo szeroka: o ryzykach, powikłaniach, rekonwalescencji i alternatywach, takich jak psychoterapia czy urofizjoterapia oraz o wspomnianych kontrowersjach, jeżeli istnieją. Sama kartka do podpisu nie wystarczy – konieczna jest realna rozmowa.

– Dlaczego? – Bo to nie są zabiegi ratujące życie ani konieczne obiektywnie. Tu nie wystarczy standardowa zgoda. Liczy się pełna wiedza, na podstawie której pacjentka podejmuje decyzję. Bez odpowiednio przekazanej wiedzy, zgoda jest wadliwa i nieskuteczna.

Jesteśmy kawałkiem mięsa i zarobkiem

Kolejna wymiana wiadomości z Karoliną, która szukała innych okaleczonych kobiet: „Wpadamy w depresję i staramy się później jakoś żyć, ale to już nie to samo życie. Najgorsze są niestety amputacje. Wycinanie warg w całości, za duża redukcja napletka łechtaczki. Zebrałam dużo wiedzy na ten temat. Wiadomo, że jeśli lekarz wyciął za dużo, to jest okaleczenie. Lekarze popełniają błędy. Szkolenia, po których udostępniają certyfikaty w swoich klinikach, brak znajomości lasera, który źle ustawiony obkurczy tkanki, pośpiech, ponieważ na następny dzień wakacje… Dla niektórych lekarzy jesteśmy kawałkiem mięsa i zarobkiem. Oczywiście jeszcze dochodzi wysokie ego, brak pokory. Lekarze są chronieni. Jeden boi się drugiemu wydać opinię, nawet jak jest błąd, bo to mały światek. Chyba nie dam rady opowiedzieć, co mi się przydarzyło. Ale powinnaś porozmawiać z Basią”.

Grupa „Nieudana labioplastyka”

Basia jest jedną z nielicznych kobiet w Polsce, które zdecydowały się pociągnąć lekarza do odpowiedzialności karnej. Reprezentuje ją kancelaria Lazer & Hudziak. Od 2019 roku prowadzą dziesięć spraw dotyczących okaleczeń po labioplastyce. Zgłosiło się do nich kilkadziesiąt kobiet w podobnej sytuacji.

– Wszystkie nasze klientki mierzą się z poważnymi następstwami psychicznymi – mówi mecenas Małgorzata Hudziak. – Jedna przestała wychodzić z domu. To młode kobiety, często w związkach, z życiem przed sobą. Funkcjonują jak ofiary przemocy – tylko że w białych rękawiczkach. Rzadko decydują się na proces. Wstyd, poczucie winy i lęk przed reakcją otoczenia – „sama chciałaś” – sprawiają, że temat okaleczeń po labioplastyce funkcjonuje w podziemiu: na zamkniętych grupach wsparcia, nie w systemie prawnym.

Z tej bezsilności powstała facebookowa grupa „Nieudana labioplastyka”, założona przez mecenas Hudziak i mecenas Lazer. Należy do niej ponad 400 osób.

Sprawa Basi jest dziś najbardziej zaawansowana. Jeśli sąd przyzna jej rację, będzie to pierwszy prawomocny wyrok tego typu w Polsce.

Basia ćwiczy do procesu. Spisuje co pamięta, by potem opowiedzieć to na sali sądowej:

„Najbardziej marzyłam o macierzyństwie. Przez dziesięć lat staraliśmy się o dziecko, pięć razy in vitro. Mamy rzadką niezgodność chromosomów. Moje ciało odrzucało zarodek. Lekarze powiedzieli: szansa jak wygrana w totka. Poddałam się. Nawet adopcja się nie udała. Tak mi powiedział świat i Bóg – trudno.

Kilka załamań nerwowych później, uznałam, że muszę coś zrobić dla siebie, na dowód kobiecości. Koleżanka poleciła mi chirurga plastycznego. Jej piersi wyglądały idealnie. To był mój największy kompleks.

– Płaska deska! Włóż skarpetki do stanika! – krzyczeli za mną chłopaki w podstawówce. Chowałam ciało pod push-upami i bluzami. Gdyby nie ta trauma, może niczego bym nie zmieniała.

Operacja piersi się udała. Nagle miałam rozmiar C i poczułam, że wyleczyłam się z kompleksów. Pomyślałam, że mogę zawalczyć jeszcze raz. Kolejnym problemem były wargi sromowe. Zbyt długie. Zwróciłam na nie uwagę już przy pierwszej miesiączce. Napuchły i rozkładały się nieładnie na podpasce. Widziałam przyjaciółkę pod prysznicem – nic jej nie wystawało. A u mnie mały siurek.

Mąż powtarzał mi, że przecież »nic tam nie mam«. Ale co on mógł wiedzieć? Mnie one przeszkadzały: przy podcieraniu, przy seksie zawijały się do środka. Po co żyć z taką krępacją?

W telewizji trafiłam na program o operacjach plastycznych. Bohaterka miała przerost, operacja trwała pół godziny, po dwóch tygodniach wróciła szczęśliwa. »Pan mi życie uratował« – powiedziała. To mnie przekonało. Pomyślałam: zrobię to, za te wszystkie moje cierpienia. Stać mnie, żeby być szczęśliwą i wreszcie piękną. I to w pół godziny!

Zadzwoniłam do mojego chirurga.

– Basiu, będzie dokładnie tak! Labioplastyka zapewni ci komfort, o którym marzysz.

– Czy pan ją już wykonywał?

– To prosty zabieg. I cena niewysoka – 4 tysiące złotych.

Byłam zaskoczona, bo w innych klinikach – nawet trzy razy tyle. Wiedziałam z forów, że niektóre dziewczyny brały kredyty gotówkowe. Ale ufałam mu, przecież już raz ulepszył mi ciało. Boże, czemu ja się wtedy nie wycofałam?”.

Jutro druga część reporterskiego śledztwa. Wracam do Moniki i poznaję kolejne okaleczone kobiety po zabiegach. Kto za to odpowiada?

;
Na zdjęciu Anna Pamuła
Anna Pamuła

Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.

Komentarze