Anna Pamuła
Anna Pamuła
Narysował na kartce trójkąt. Powiedział, że będzie operował metodą Trim. Skinęłam głową. Pomyślałam: ty się znasz, ja nie. Dziś wiem, że powinnam wyjść. Na początku zabiegu nucił, potem warczał: dostrzyknąć. Cięcie. Przypalanie. Ból jak przykładanie rozżarzonego żelaza do łechtaczki
Śledztwo o biznesie intymnym to reportaż w trzech częściach poświęcony rynkowi ginekologii estetycznej w Polsce. Pokazuje, jak prywatne kliniki, lekarze-influencerzy i agresywny marketing sprzedają kobietom zabiegi, które nie mają jasnych wskazań medycznych, a niektóre niosą ryzyko okaleczenia. Seria opiera się na rozmowach z pacjentkami, wizytach incognito, analizie dokumentów, reklam oraz stanowisk towarzystw naukowych. Ujawnia brak danych, brak nadzoru i przyzwolenie na funkcjonowanie tej branży poza realną kontrolą państwa.
W pierwszej części śledztwa poznajemy Monikę. Decyduje się na zabieg, który ma zmienić jej życie. Trafia do kliniki szkoleniowej, gdzie operację obserwują i nagrywają obcy ludzie. Lekarz zapewnia, że „będzie idealnie”. To, co dzieje się później, staje się początkiem tej historii. Wchodzę do świata ginekologii estetycznej: sama odwiedzam kliniki, słyszę, że seks można „naprawić” chirurgią, a „pochwa to rura”. Sprawdzam, że nikt nie liczy tych zabiegów ani ich powikłań – i że za marketingowymi obietnicami kryją się historie kobiet z trwałym bólem, okaleczeniami i walką o sprawiedliwość.
Znów rozmawiam z Moniką, która dzwoni do mnie z auta. Zaparkowała pod blokiem.
– Chciałam dwie konsultacje, więc wybrałam jeszcze jednego lekarza. O obu czytałam na ZnanymLekarzu. Część opinii wyglądała na fejkowe – no bo jak można być aż tak zajebistym? Sprawdziłam też Google Maps: same ochy i achy. W końcu trafiłam na forum Estheticon. Na początku wydawało się wiarygodne.
Słucham Moniki i wpisuję w Google „waginoplastyka labioplastyka forum”. Estheticon wyskakuje jako pierwszy wynik. Obaj lekarze wybrani przez Monikę mają tam po pięć gwiazdek, oznaczenie „100 proc. klientów poleca” i status „verified doctor”. Brzmi profesjonalnie. Tylko kto ich właściwie weryfikuje?
– Z Estheticonem były jaja, ale najpierw opowiem ci jak prawie złożyłam zawiadomienie na pierwszego doktora do Rzecznika Praw Klienta… tfu, Pacjenta – mówi Monika. – Pierwsza wizyta na początku stycznia 2021 roku. Na Instagramie – wyluzowany, sympatyczny. Na żywo fajny z gadki. Tylko że, jak się później okazało, już wtedy mnie okłamał.
Wyjaśniła mu, że chciałaby być ciaśniejsza. Nie miała objawów nietrzymania moczu, ani obniżenia narządów – doktor potwierdził to w badaniu.
– Zasugerował poprawę warg sromowych. Zapytał, czy przeszkadza mi to w jeździe na rowerze. Odpowiedziałam, że nie jeżdżę. I wtedy pogłębił się mój kompleks. O labioplastyce wcześniej nawet nie myślałam – zawiesza głos. – Byłam rozczarowana diagnozą. Tygodniami przygotowywałam się do tej wizyty, czytałam wszystko o waginoplastyce, także po angielsku. Oglądałam filmy na YouTubie: animacje „efektu po”, pochwa ciasna jak u nieródki. Wiedziałam, że są zabiegi bezinwazyjne, ale ja chciałam iść pod nóż.
Lekarz próbował podejść ją od strony psychologicznej.
– Jest seksuologiem, wiedział co robi. Ja zaczęłam mówić o relacji z mężem, a on, że ten luz może mam w głowie. Zaproponował HIFU.
Monika się wahała. Lekarz zachwalał zabieg i zapewniał, że „będzie super”.
W recepcji usłyszała cenę: 3500 zł. Nie pracowała – to była duża kwota. Za samą wizytę zapłaciła 300 zł.
– Dużo, ale przynajmniej poświęcił mi czas.
Czym jest zabieg HIFU? Czytam Monice definicję z aplikacji Open Evidence, narzędzia AI przeszukującego publikacje naukowe. To skupione ultradźwięki o wysokiej intensywności. Do pochwy wprowadza się głowicę emitującą fale cieplne, które mają „podgrzać” i „obkurczyć” tkanki. Żadne międzynarodowe towarzystwo ginekologiczne nie zaleca HIFU jako rutynowej terapii, zwłaszcza przy subiektywnym poczuciu „luzu” bez obiektywnych zmian w badaniu.
– No widzisz… A ja myślałam, że jestem za głupia, żeby zrozumieć co mi proponuje lekarz – Monika spuszcza wzrok. Po wizycie wpisała w Google: „zabieg hifu pochwa skuteczność”. Robię to i ja. Pierwsze sto wyników to reklamy klinik ginekologii estetycznej. Sprawdzam kilka: jedna z nich, znana z programu TVN, zaleca serię 2-3 zabiegów co 6-12 miesięcy, potem powtarzanie co roku.
Cena jednej sesji: 2600 zł. Brak informacji, że metoda nie jest oparta na solidnych dowodach naukowych.
– W tamtym okresie miałam już obsesję – opowiada dalej Monika. – Śledziłam konta lekarzy i klinik ginekologii estetycznej przez wiele godzin dziennie. Widziałam efekty „przed i po”, pacjentki zachwycone, komentarze pełne wdzięczności. I nagle promocja, która była jak obietnica: 2100 złotych za HIFU plus O-shot. Obniżka o tysiąc złotych. Wtedy nie pracowałam, mąż zarabiał dziesięć tysięcy i utrzymywał naszą piątkę. Ale zawsze starał się mi nieba przychylić.
Dzień przed zabiegiem, w lutym 2021 roku, Monika była niespokojna i wysłała doktorowi mail. – Później się go wstydziłam – mówi cicho.
Lekarze się pokłócili.
W Polsce działają co najmniej dwa podmioty używające nazwy „towarzystwo” w obszarze tzw. ginekologii estetycznej. Pierwszy to Polskie Towarzystwo Ginekologii Estetycznej i Rekonstrukcyjnej (PTGEiR), którego prezesem jest dr Tomasz Basta, właściciel kliniki Intima w Krakowie. Na stronie kliniki czytam, że można tam wykonać m.in. O-Shot, G-Shot, wybielanie okolic intymnych, a także labioplastykę czy waginoplastykę. Drugi to Polskie Towarzystwo Ginekologii Plastycznej (PTGP), spółka z o.o. kierowana przez dwóch ginekologów – dr. Rafała Kuźlika i dr. Piotra Kolczewskiego. Pierwszy jest właścicielem kliniki „Saska Med” w Warszawie, drugi – „Esthegyn” w Szczecinie. Udzielają również konsultacji w prywatnych klinikach w Dubaju.
W lipcu 2025 roku PTGEiR opublikowało stanowisko do rekomendacji FIGO, która uznała promowanie i wykonywanie estetycznych operacji narządów płciowych za nieetyczne. Towarzystwo zgodziło się, że namawianie pacjentek jest nieetyczne, ale jednocześnie stwierdziło, że zabiegi te mogą być elementem leczenia dolegliwości takich jak ból, suchość pochwy, nietrzymanie moczu czy urazy poporodowe.
W tym samym miesiącu prof. Artur Ludwin z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego opublikował na Instagramie cytat ze stanowiska FIGO i napisał: „Żaden ginekolog-położnik nie ma prawa zalecać kobiecie genitalnej chirurgii kosmetycznej”. Poparła go m.in. Nicole Sochacki-Wójcicka, znana jako „Mama Ginekolog”.
Pod wpisem pojawiła się odpowiedź dr. Rafała Kuźlika, który określił dokument FIGO mianem „paszkwilu” i zarzucił jego autorom brak kompetencji. Napisał m.in.: „Przeciwnicy zabiegów z zakresu ginekologii estetycznej i rekonstrukcyjnej wpisują się w ruch wydający opinie na temat, na którym się w ogóle nie znają. Otóż pragnę powiedzieć, że jak każda dziedzina, tak i ta jest psuta przez niewykwalifikowanych kolegów. To tak jakby odsądzać od czci i wiary chirurgów plastycznych za to, że powiększają piersi. Ale czy oni robią tylko to?”.
Basia, która po operacji piersi zdecydowała się na labioplastykę i właśnie przygotowuje się do procesu, zeznaje dalej:
„Sierpień 2021 roku. Podpisałam zgodę na operację. O skutkach ubocznych nie padło ani jedno słowo. Lekarz coś narysował na kartce – chyba trójkąt. Powiedział, że będzie operował metodą Trim. Skinęłam głową. Pomyślałam: ty się znasz, ja nie. Dziś wiem, że to był moment, w którym powinnam wstać i wyjść.
Na początku zabiegu nucił pod nosem. Potem spojrzałam na jego twarz i już wiedziałam, że coś jest nie tak. Zniknęło podśpiewywanie, pojawiło się napięcie. Nerwowe ruchy. Asystentka też była spięta. Znieczulenie puszczało co chwilę. Byłam cała mokra od potu, jęczałam. On warczał: dostrzyknąć. Cięcie. Kolejne. Przypalanie. Poczułam zapach palonej skóry. Ból jak przykładanie rozżarzonego żelaza do łechtaczki. Potem szycie – przy pochwie. Ból był tak silny, że czułam ucisk w klatce piersiowej.
Na stole leżałam dwie, może trzy godziny. Mąż był ze mną, ale z nerwów też nie wiedział, ile to trwało.
Wszystko jest ok – powiedział lekarz. – Proszę dzwonić w razie »w«.
Byłam szczęśliwa, że to koniec. Naiwna.
W domu zaczęłam krwawić. Ból był nie do zniesienia. Mąż zrobił zdjęcie. Wargi były tak opuchnięte, że niemal rozerwały szwy. Wyglądało to jak surowe mięso. Kolor: granatowo-bordowy. Płakałam: »Baśka, co ty sobie zrobiłaś?«. Byłam przekonana, że gniję. Że zostanę kaleką. Nie mogłam ani siedzieć, ani chodzić. Na wizytę kontrolną jechałam na leżąco.
Lekarz uznał, że to »normalny krwiak«. Nie zajrzał między nogi. Spojrzał tylko na zdjęcie.
– Może bakteria. Albo brak higieny – powiedział. Przepisał antybiotyk.
– Ale dlaczego nie mam warg? – zapytałam. Jedna była całkowicie wycięta, druga w połowie.
– Proszę czekać do wygojenia.
Leżałam całymi dniami, czekając, aż ból minie. Na kolejnej kontroli usłyszałam, że »wygląda super«. Mnie bolało dalej.
W końcu spojrzałam w lustro. Odsłonięta, spuchnięta łechtaczka. Szwy w pochwie. Kawałki poszarpanej tkanki. Do dziś blizny potrafią zakłuć tak, że podskakuję na krześle.
Pisałam do lekarza, że nie zgadzałam się na amputację, tylko skrócenie. Że łechtaczka boli, że jestem załamana. Odpisał: »za wcześnie«. Kazał naciągać napletek łechtaczki. Robiłam to, płacząc z bólu. Nic się nie zmieniało.
W końcu zrozumiałam, że zostałam skrzywdzona. Usłyszałam jeszcze, że można napletek »przyciąć« i »to się naprawi«.
Zaczęłam szukać pomocy. Dołączyłam do grup i forów. Poznałam inne kobiety. Co najmniej sześć z nich przeszło podobne piekło. Niektóre popadły w fobię społeczną. Nie będą walczyć. Nie stać je na rekonstrukcje ani prawników. Do końca życia będą okaleczone. Ich kobiecość przestała istnieć. A to jest dokładnie to, co obiecano im, że odzyskają”.
Basia mówi, że wtedy życie uratowała jej Karolina, poznana na jednym z forów.
Mec. Jolanta Budzowska, w pierwszej w Polsce pracy naukowej o labioplastyce, „Labioplastyka w celu leczniczym czy na życzenie? Aspekty prawnokarne i etyczne” (w przygotowaniu do druku) pisze:
„Nawet więc, gdyby uznać, że procedura labioplastyki nie wypełnia znamion przestępstwa »wycięcia« żeńskiego narządu płciowego, nadal rozważana powinna być jako przypadek zbrodni objętej zakazem karnym wynikającym z art. 156 § 1 pkt 3 k.k. w postaci innego trwałego i istotnego okaleczenia żeńskiego narządu płciowego. Podobnie bowiem jak podawane w literaturze jako przykłady przypalanie, rozciąganie czy przekłuwanie, czy inne niż wycięcie i infibulacja ingerencje chirurgiczne w ich anatomiczną strukturę – powoduje zmiany o znacznym stopniu, mające głęboki charakter, o dużej skali, w zauważalny sposób wpływając na podstawowe, newralgiczne funkcjonowanie narządu, które powinny być ocenione jako ciężki uszczerbek na zdrowiu”.
Karolina pisze do mnie kolejne SMS-y: „Odkąd wróciłyśmy do tematu mojego okaleczenia, budzą mnie nocne ataki paniki. Wszystko odtwarza się od nowa. Ale postaram się opisać to, co mnie spotkało w mailu”.
Sprawdziłam międzynarodowe kongresy poświęcone tzw. ginekologii estetycznej. Odbywa się ich kilka rocznie. Na przykład w Marrakeszu, w listopadzie 2025 roku, wystąpiło 52 speakerów. Najwięcej było Polaków – ośmiu. Dalej lekarze z Turcji, Hiszpanii i Brazylii. Wielu ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Jordanii, Iranu i USA. Nie było ani jednego specjalisty z krajów skandynawskich ani z Kanady.
Pytam jednego z polskich lekarzy, skąd ta dysproporcja. Odpowiada, że „może tam kobiety o siebie nie dbają”. Inna lekarka spekuluje, że w tych krajach „ważniejsza jest natura”, choć – dodaje – ma pacjentki z Irlandii, które wracają do Polski, bo „nie mają gdzie zrobić operacji”.
A może – dopowiadam – chodzi raczej o coś innego: o brak regulacji. Tak jak w Polsce. Tak jak w Turcji.
Oglądam film na YouTube, nagranie z gali przyznania nagród dla lekarzy – najlepszych operatorów ginekologii estetycznej. Galę organizuje International Society of Cosmetogynecology, amerykańska organizacja szkoleniowo-handlowa. Żeby zostać nominowanym, trzeba wysłać zdjęcia „przed” i „po” operacji oraz zapłacić za udział w konferencji ok. 1000 dolarów.
Prezenter wyczytuje kolejne kategorie: „najlepsza plastyka warg sromowych mniejszych”, „najlepsze powiększenie warg sromowych większych”, „najlepsze chirurgiczne odmłodzenie pochwy”. Jest też kategoria: „najlepsza operacja naprawcza po nieudanym zabiegu”. Przy muzyce jak do „Star Warsów”, nagrody odbierają głównie mężczyźni. Za nimi, na kinowym ekranie, wyświetlane są zdjęcia sromów „po”: gładkie, nieowłosione, wyglądające jak należące do dziewczynek, nie do dorosłych kobiet.
Monika przed zabiegiem HIFU wysłała mail do lekarza, bo nie wierzyła do końca, że zabieg trzydziestominutowy naprawi całe jej życie.
Panie Doktorze, z uwagi, że podczas pierwszej wizyty byłam lekko zestresowana, chciałabym uzupełnić o pewne informacje nasz wywiad lekarski. Zaproponowany przeze mnie zabieg waginoplastyki Pan Doktor z wielką stanowczością stwierdził, że jest niepotrzebny. Chciałabym jednak podzielić się z Panem pewną bardzo intymną informacją. Otóż będąc małym dzieckiem byłam regularnie wykorzystywana seksualnie (miałam wówczas 4/5 lat i trwało to nawet do około 8 r.ż.). Nie wiem co to znaczy „pierwszy raz„, błona dziewicza etc. i nie wiem też, jak powinna wyglądać „prawidłowa” pochwa.
Piszę to Panu, bo mimo, że zabieg HIFU wydaje się być zabiegiem dobrym, to nie jestem przekonana, czy na to, jaki efekt chciałabym osiągnąć, może być po prostu niewystarczający i nie długotrwały, a też chciałabym nie za każdym razem inwestować w coś, co być może okaże się studnią bez dna, bo i kwestie finansowe są dla mnie ważne przy trójce dzieci i niedalekiej zmianie samochodu.
Bardzo bym chciała, aby udało się Panu znaleźć czas mimo wolnego dnia w klinice i odpisać na tą wiadomość.
Mail pozostał bez odpowiedzi.
Mówię Monice, że w Wielkiej Brytanii lekarz ma obowiązek przerwać konsultację, jeśli podejrzewa u pacjentki dysmorfofobię (to zaburzenie psychiczne polegające na obsesyjnym przekonaniu, że ma się poważny defekt wyglądu, który dla innych jest niewidoczny) albo doświadczenie przemocy seksualnej. Wtedy kieruje ją do psychologa. W Polsce takiego przepisu nie ma.
– To miałam szczęście, że doktor jest seksuologiem – wzdycha Monika. – Sprawdziłam. W rejestrze figuruje tylko jako ginekolog. – No to ładnie poleciał. Może nawet polecił psychologa, nie pamiętam. Ale HIFU wykonał. Z uśmiechem. „Wszystko będzie super”.
Monika nie odezwała się w trakcie zabiegu – bała się, że doktor zrobi coś źle. Bardzo bolało.
– Włożył do pochwy głowicę jak wibrator i kręcił nią, jak fryzjer suszarką. Dwa tysiące poszły w błoto. Przez kilka dni byłam szczęśliwa – było ciasno. Tyle że to był obrzęk. Po wygojeniu wszystko wróciło do punktu wyjścia.
Teraz mówi twardo: – W rolkach ciągle opowiada, że chce dla kobiet dobrze. A ja mu się zwierzam i on nawet nie odpisuje?
Przecież zarabia na takich jak ja: po traumach seksualnych, porodowych, po nieudanych zabiegach. Ufamy mu bardziej niż bliskim.
Oddajemy historie, które miały zostać w grobie. I co? Nawet słowa wsparcia. Chciałabym, żeby mnie wtedy wysłuchał jak kardiolog serca przez stetoskop.
Po nieudanym zabiegu Monika zaczęła szukać innego rozwiązania.
Pod koniec listopada dostaję maila od Karoliny:
„Do dnia dzisiejszego nie mogę sobie tego ułożyć w głowie. Przed zabiegiem byłam wesołą kobietą, pełną ufności w ludzi i ich dobroć. Kilka lat temu udałam się na zabieg do pięknej kliniki. Zabiegi – same superlatywy, o skutkach ubocznych minimum. Przywitała mnie uśmiechnięta pani doktor i spokojnym głosem zapewniła, że jestem w dobrych rękach. Pomyślałam, że kto jak kto, ale kobieta wie najlepiej jak funkcjonują miejsca intymne. Niestety już po kilku tygodniach od operacji wszystko runęło.
Na wizycie kontrolnej usłyszałam, że jestem roszczeniowa, przewrażliwiona i że powinnam się cieszyć, że nie mam wiszących frędzli między nogami. Byłam w szoku. Nie mogłam zrozumieć: dlaczego to ja czuję się winna? Przecież widzę efekt po zabiegu i odczuwam skutki uboczne. Stwierdziłam, że muszę poszukać pomocy u kogoś innego. Od drugiego doktora otrzymałam informację, że doszło do nieprawidłowego i zbyt głębokiego wycięcia.
Dalszy ciąg historii to ratunek siebie. Wszystkiego dowiedziałam się na zagranicznych portalach. Kobiety pisały o nieprawidłowo wykonanych zabiegach i licznych skutkach ubocznych. Tymczasem w Polsce zaczęło odzywać się do mnie coraz więcej kobiet czujących to samo co ja, podobnie potraktowanych. Również z poczuciem winy i wstydu. Płaczące w poduszkę. Uświadomiłam sobie skalę problemu. Kiedyś w życiu nawet bym nie pomyślała, że takie rzeczy mogą mieć miejsce. Jest to bardzo smutne. Ta sytuacja bardzo zmieniła mnie wewnętrznie. Zawiodłam się. Zawsze uważałam, że lekarz powinien nieść pomoc, ratować. Chciałabym bardzo, aby coś się w Polsce zmieniło”.
Skontaktowałam się z pięcioma ginekologami zajmującymi się tzw. ginekologią estetyczną, w tym z jednym, który „leczył” Monikę. Nie zgodzili się jednak na autoryzację swoich wypowiedzi.
Lekarze zgodnie przyznają, że przez lata kobieca seksualność była w medycynie marginalizowana: ból, dysfunkcje i brak satysfakcji traktowano jako problemy drugorzędne, a ginekologia koncentrowała się niemal wyłącznie na ciąży i porodzie. Ich zdaniem, ginekologia estetyczna i rekonstrukcyjna pojawiła się jako odpowiedź na realne potrzeby części pacjentek. Nie chcieli jednak zdradzić, czy częściej zajmują się na przykład leczeniem pochwicy czy raka sromu, czy raczej zabiegami stricte estetycznymi.
Wszyscy rozmówcy – niezależnie od podejścia do zakresu wykonywanych zabiegów – podkreślają, że do ich gabinetów regularnie trafiają pacjentki okaleczone po interwencjach wykonanych przez innych operatorów. Opisywali kobiety z trwałymi uszkodzeniami anatomicznymi, przewlekłym bólem, zaburzeniami czucia i funkcji seksualnych.
Jeden z lekarzy zwraca uwagę na presję kulturową i internetową, która skłania pacjentki do domagania się konkretnego zabiegu, często bez wskazań medycznych.
W jego ocenie część zgłoszeń wynika nie z problemów anatomicznych, lecz z kryzysów relacyjnych, doświadczeń straty lub zaburzeń obrazu ciała.
W takich przypadkach operacja może pogłębić cierpienie, zamiast je rozwiązać. Brak obowiązkowych protokołów kwalifikacji sprawia jednak, że decyzje zależą wyłącznie od indywidualnej etyki lekarza.
Niektórzy wręczają swoim pacjentkom kwestionariusz, w którym pytają o problemy psychiczne, inni – proszą o dostarczenie zaświadczenia od psychologa, że jest gotowość do zmiany w ciele. Część wyraziła żal, że nie ma odgórnego rozporządzenia, które by to regulowało, jak podstawowe badania krwi przed operacją.
Próbowałam też ustalić skalę labioplastyk w Polsce. NFZ przekazał mi dane o refundowanych „zabiegach dolnej części układu rozrodczego” z lat 2014-2024, podkreślając, że finansuje wyłącznie procedury medycznie uzasadnione: głównie operacje naprawcze po porodach, leczenie przetok, nietrzymania moczu oraz raka sromu. Zabiegów estetycznych NFZ nie obejmuje.
Co z sektorem prywatnym? Ginekolożka z Warszawy mówi mi, że od kilku lat wykonuje średnio dwie labioplastyki tygodniowo. W samej stolicy – według ZnanyLekarz – zabieg oferuje około 60 lekarzy. Nawet przy jednym zabiegu tygodniowo daje to około 3 tys. operacji rocznie tylko w stolicy.
W skali kraju labioplastykę oferuje ponad 250 lekarzy w dwudziestu największych miastach. To oznacza – w dolnym progu – co najmniej 13 tysięcy operacji rocznie.
Jeden z lekarzy, popularny na Instagramie, mówi mi, że sam wykonuje około 500 labioplastyk rocznie. Cena zabiegu w jego klinice to około 12 tysięcy złotych, co daje blisko sześć milionów złotych przychodu rocznie z jednego typu operacji. Twierdzi, że około 30 procent jego pacjentek to kobiety okaleczone przez innych lekarzy – także pracujących w publicznych szpitalach. To 150 pokrzywdzonych kobiet rocznie u jednego operatora.
Oznaczałoby to, że tysiące kobiet rocznie w skali Polski są ofiarami okaleczających zabiegów.
– Dlaczego nie zgłasza pan tych przypadków do Naczelnej Izby Lekarskiej? – pytam. Nie odpowiada.
Napisałam więc do Naczelnej Izby Lekarskiej. Wciąż czekałam na odpowiedzi z Ministerstwa Zdrowia i PTGiP.
Po pierwszej wizycie w klinice estetycznej, podczas której dowiedziałam się, że powinnam zwęzić sobie pochwę dla przyjemności, udałam się do ginekolożki, u której leczę się od lat. Zbadała mnie. – Wszystko w porządku – powiedziała. Poprosiłam jednak siostrę, by to ona poszła incognito do kolejnego lekarza. Czułam się zdecydowanie lepiej w roli jej strażniczki.
W poczekalni pachnie płynem do dezynfekcji. Drzwi gabinetu otwierają się bezszelestnie.
– W czym mogę pomóc?
Ginekolożka długo i uważnie zbiera wywiad. – Schudłam czterdzieści pięć kilo. Twarz ogarnęłam, ale ciało… no cóż. Dowiedziałam się, że można coś zrobić również tam. Tylko jeszcze nie wiem co. – Siostra zmyśla tak samo jak ja wcześniej.
– Po dużej utracie wagi zanikają tzw. poduszeczki tłuszczowe w wargach sromowych większych. Stąd ból i dyskomfort. Są trzy możliwości: radiofrekwencja igłowa, czyli Morfeusz…
– To boli?
– To wbijanie igieł w srom i puszczanie prądu między nimi. Znieczulenie niewiele pomaga. Jest jeszcze HIFU albo przeszczep własnego tłuszczu. Kwas hialuronowy się nie sprawdza – spływa grawitacyjnie i wydłuża skórę.
– A labioplastyka? Widziałam na Instagramie, że wszyscy to robią – wtrącam. – My nie operujemy dla estetyki. Musi być wskazanie medyczne: ból, otarcia, problemy przy współżyciu.
– A co na większą przyjemność? – pyta siostra. – O-shoty, g-shoty. Zależy, jaki orgazm pani odczuwa.
– Są różne? – pytam, choć wiem, że jest jeden. – Tak. Łechtaczkowy i pochwowy. Ten pierwszy powstaje w punkcie G…
Który nie istnieje, myślę.
– Raczej łechtaczkowy – mówi siostra. – Jak większość kobiet. Polecam o-shot. Ostrzykujemy łechtaczkę fibryną – poprawia się ukrwienie i unerwienie. Jedno wkłucie, ale solidne.
– Boli? – Boli jak cholera. Raz robiłyśmy z koleżanką po pracy – kopnęła mnie z bólu. Można trochę znieczulić kremem. Zabieg nie stworzy orgazmu, jeśli go wcześniej nie było. Wzmacnia tylko to, co już jest.
– A bezpieczeństwo? Łechtaczka jest najbardziej unerwiona… – dopytuję. – Wbijamy się w ciało jamiste, tam nie ma nerwów. Ale wie pani – czasem nie da się być pięknym bez bólu.
Przerost warg sromowych – słyszę o tym w kilkuset rolkach na Instagramie, jakby to była nagła plaga. Panaceum ma być labioplastyka. Czytam w książce „Female Genital Cosmetic Surgery: Solution to what problem”, wydanej przez Cambridge w 2019 roku, że w USA, jeszcze w latach 80. operacje te były niszowe. Wszystko zmieniło się na przełomie lat 90. i 2000, gdy pornografia zaczęła masowo pokazywać jeden, infantylny model gładkiego sromu.
Lekarze przestali mówić o różnorodności i zaczęli powtarzać: „jeśli ci przeszkadza, możemy poprawić”. Labioplastyka wystrzeliła na listę modnych zabiegów.
Rozmawiam o tym z Basią między jej przygotowaniami do procesu. Czytam na głos artykuł naukowy o labioplastyce, napisany przez mec. Jolantę Budzowską, specjalizującą się w błędach medycznych.
– „Najwięcej kontrowersji w kwalifikowaniu pacjentek do labioplastyki budzi diagnoza przerostu warg sromowych mniejszych. Przerost warg sromowych może uzasadniać procedurę chirurgiczną wdrażaną w celu leczniczym (…) jedynie wówczas, gdy nadmiernie rozbudowane lub asymetryczne wargi sromowe powodują ból podczas codziennego funkcjonowania, otarcia i stany zapalne okolicy sromu czy bolesność podczas współżycia seksualnego. W takim przypadku jest to zabieg terapeutyczny objawowy, bez leczenia przyczyny, ponieważ powodująca uciążliwe objawy fizyczne budowa warg sromowych nie jest »chorobą«, lecz wariantem anatomicznym”.
– No tak, czyli norma nie istnieje. Biznes idealny – komentuje Basia.
– Dokładnie. Jest takie plemię w Ugandzie, które wargi sromowe wyciąga. Dla nich piękne są długie.
– U nas wszystko ma być pochowane. Ale moim zdaniem nie chodzi o centymetry. Każdy może inaczej odczuwać dyskomfort. Operacja labioplastyki powinna być możliwa i bywa uzasadniona. Ale czy istnieje system, który rzetelnie oceni wskazania i ochroni nas, pacjentki?
Basia, Monika i inne kobiety zostają z bólem i wstydem. W trzeciej części tego reporterskiego śledztwa sprawdzam, co robi państwo i towarzystwa naukowe, i gdzie kończy się medycyna, a zaczyna biznes. [CZYTAJ JUTRO].
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze