Takiego sukcesu nie spodziewał się nikt. Ministerstwo Zdrowia ujawniło dane, które dowodzą, że rządowy program in vitro leczenia niepłodności z lat 2013-2016 był znacznie większym sukcesem, niż wszyscy sądzili. Na świat przyszło ponad 21 tys. dzieci, z tego - według szacunków OKO.press - blisko 10 tys. z zarodków zamrożonych podczas programu

Aż trudno w to uwierzyć. Z trzyletniego programu „Leczenie Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego” uruchomionego przez rząd PO-PSL w lipcu 2013 roku urodziło się w sumie 21 666 dzieci – informuje Ministerstwo Zdrowia.

To ponad dwukrotnie więcej niż szacowaliśmy rok temu, uwzględniając poprzednie statystyki ministerstwa i doliczając dzieci, które wciąż rodzą z zarodków zamrożonych w trakcie programu.

Bo „dzieci Tuska i Kopacz” wciąż przychodzą na świat mimo tego, że PiS, ze względów ideologicznych, zamknął rządowy program leczenia niepłodności. Program wciąż daje szansę rodzenia dzieci kobietom, których nie stać na drogie procedury.

Dopytaliśmy więc ministerstwo o szczegóły i 7 grudnia 2018 roku dowiedzieliśmy się, że w programie udział wzięło 19 tysięcy 617 par.

Oznacza to, że skuteczność metody – liczona jako stosunek urodzeń żywych do liczby par zakwalifikowanych do programu – wyniosła 110 proc.

Niespotykany wynik, bo skuteczność in vitro sięga maksymalnie 40-50 proc. – taki odsetek kobiet zachodzi w ciążę przy trzech cyklach zapłodnienia pozaustrojowego (do czego miały prawo kobiety w rządowym programie).

Oznacza to, że mniej niż 10 tys. par doczekało się potomstwa. Średnio każda z tych szczęśliwych par musiała mieć ponad dwoje dzieci.

Jak to możliwe? Spróbujemy wyjaśnić dalej.

Sukces przerósł oczekiwania najlepszych ekspertów. Dr Katarzyna Kozioł, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii, mówi OKO.press: „Liczba urodzonych dzieci jest imponująca, szczególnie biorąc pod uwagę liczbę par, które wzięły udział w programie. Szacowaliśmy, że będzie to ok. 10 tys. dzieci.

W najśmielszych prognozach nie podejrzewaliśmy, że urodzi się aż tyle. Widzimy, że program był niesłychanie skuteczny. Powinniśmy go kontynuować i chwalić się na całym świecie naszymi ośrodkami”.

Skąd tyle dzieci? Blisko 10 tys. z zamrożonych zarodków

We wrześniu 2018 ekonomista Uniwersytetu Wrocławskiego Rafał Mundry poprosił ministerstwo zdrowia o podsumowanie rządowego programu in vitro.

Otrzymał tabelę:

W uzupełnieniu do tabeli ministerstwo podało, że z zarodków powstało w sumie 25 716 ciąż (choć według tabeli było ich 26 838), z czego 21 666 zakończyło się żywymi urodzeniami.

Wśród wszystkich ciąż było 23 816 ciąż pojedynczych i 1 900 wielopłodowych, czyli mnogich.

Spróbujmy policzyć (a dokładniej – oszacować), jak to możliwe, że 19,6 tys. kobiet uczestniczących w programie urodziło się aż 21,7 tys. dzieci, zwłaszcza że wiele par nie doczekało się potomstwa.

Przyjmijmy, że skumulowaną skuteczność zachodzenia w ciążę (tzw. cumulative pregnancy rate), czyli odsetek ciąż w wyniku dostępnych kobiecie maksymalnie trzech cykli zapłodnienia, w rządowym programie wyniosła aż 50 proc.

Oznacza to, że:

  • spośród 19,6 tys. par dzieci doczekało się 9,8 tys. par;
  • skoro ciąż mnogich było 1,9 tys., to mogło się z nich urodzić ok. 3,0 tys. dzieci (nie wiemy, ile było poronień);
  • pozostałe kobiety (7,9 tys.) rodziły po jednym dziecku;
  • RAZEM daje to 10,9 tys. dzieci urodzonych przez kobiety, które wykorzystały maksymalnie trzy cykle.
  • Brakuje 10,8 tys. dzieci. Nie wiemy, ile z nich przyszło na świat z ciąż mnogich.

Wyjaśnienia może być tylko jedno. Kobiety korzystały z zamrożonych zarodków już po zakończeniu programu, od połowy 2016 do września 2018, kiedy ministerstwo podało najnowsze statystyki. Te tzw. kriotransfery zostały dopisane w tabeli do wcześniejszych lat na zasadach, które nie są znane.

Blisko 10 tys. dzieci z mrożonych zarodków, przechowywanych przez kliniki, pokazuje na ogromny potencjał tej metody, która oszczędza zdrowie kobiet i pieniądze par dotkniętych chorobą niepłodności.

Tak się dzieje wbrew obrzydliwej propagandzie przeciw in vitro, a zwłaszcza przeciw „mrozakom”, jak nazywała metodę mrożenia zarodków ekspertka obecnego Ministerstwa Edukacji Narodowej ds. wychowania do życia w rodzinie Urszula Dudziak.

Nie tylko ona publicznie deprecjonowała kriokonserwację zarodków. Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin mówił o krzyku „mrożonych zarodków”, a poseł PiS Jan Klawiter metodę nazywa eugeniką.

Cała procedura in vitro, poza transferem zarodków do macicy, obejmuje przygotowanie organizmu kobiety, stymulację hormonalną, by pobudzić jajniki do wytworzenia odpowiedniej liczby komórek jajowych, a także punkcję (zabieg w znieczuleniu), podczas której pobiera się te komórki. Gdy kobieta korzysta z zamrożonych wcześniej zarodków, nie musi przechodzić tych zabiegów.

W programie rządowym lekarzom in vitro wolno było zapładniać tylko sześć komórek jajowych, czyli tworzyć maksymalnie sześć zarodków. Podczas jednego cyklu kobiecie podawano jeden „świeży” zarodek, a gdy to okazywało się nieskuteczne, kolejny wcześniej zamrożony.

W razie niepowodzenia – jeszcze dwa razy po dwa zamrożone zarodki. W razie pełnej porażki cyklu lekarze wykorzystaliby zatem wszystkie zarodki, ale w razie zajścia w ciążę przy którymś z pierwszych transferów, zostawały zamrożone zarodki na zapas, do następnych ciąż.

Rok temu było 13 tys. dzieci mniej

Nowe dane znacząco różnią się od statystyk sprzed roku. 13 listopada 2017 Ministerstwo Zdrowia twierdziło, że w rządowym programie urodziło się łącznie 8 tysięcy 395 dzieci, z tego:

  • w 2013 – 1079;
  • w 2014 – 3046;
  • w 2015 – 2580;
  • w 2016 – 1689.

Różnica jest ogromna. W 2017 roku ministerstwo zdrowia nie doliczyło się aż 13 271 dzieci.

Dr Kozioł tłumaczy, że dane od klinik mogły spływać z opóźnieniem. „Na bieżąco uzupełnialiśmy rejestr w latach działania programu, czyli do czerwca 2016 roku. Po zakończeniu programu  kliniki nie zawsze uaktualniały te dane. Ministerstwo Zdrowia okresowo przypominało, byśmy dodawali informacje o nowych transferach z zamrożonych zarodków. Część dodatkowych urodzeń w danych MZ może wynikać właśnie z uzupełniania zaległości”.

Ministerstwo dziwnie liczy, ale sprawdza „na piechotę”

Ministerstwo zdrowia podaje liczbę urodzeń w roku 2013 (prawie 4,5 tys.), kiedy nie mogło urodzić się żadne dziecko, bo program wystartował 1 lipca 2013 roku. Pierwsze „dzieci Tuska i Kopacz” mogły przyjść na świat w kwietniu 2014 roku.

Dr Kozioł: „Zapewne chodzi tu o dzieci urodzone z zabiegów wykonanych w 2013 roku”. Oznaczałoby to, że wbrew opisowi tabeli rok nie oznacza „zakończenia ciąży” lecz datę transferu. Dlatego w okresie półrocza 2013 i 2016 dzieci „rodzi” się o połowę mniej niż w latach 2014 i 2015.

To by tłumaczyło brak statystyk za 2017 i 2018 roku, kiedy rodzą się dzieci z zarodków zamrożonych w czasie in vitro, z tzw. kriotransferów.

„Odnośnie liczby urodzeń w 2017 i 2018 roku uprzejmie wyjaśniam, iż rejestr nie wyodrębnia przedmiotowych danych we wskazanych latach. Liczba ta jest liczona na bieżąco z wprowadzanych danych” – pisze nieco tajemniczo ministerstwo.

Oznaczałoby to, że – zgodnie z naszą hipotezą – dzieci urodzone po zakończeniu programu z mrożonych zarodków są dorzucane do systemu i ujmowane w statystykach za lata 2013-2016.

Jak dowiaduje się OKO.press,

liczba dzieci z vitro zaskoczyła też Ministerstwo Zdrowia, zwłaszcza że oznacza ona większy niż się spodziewano sukces poprzedniego rządu. Resort zarządził odręczne liczenie – urodzenia żywe sprawdzano „na piechotę”.

Na pewno nie ma możliwości, by ministerstwo do liczby dzieci z rządowego programu dołożyło inne z in vitro, np. z programów uruchomionych po 2016 roku przez samorządy.

Dr Kozioł: „W Polsce nie ma ogólnego informatycznego rejestru zabiegów in vitro, takich jak  za granicą. Samorządy same zbierają dane na temat skuteczności lokalnych programów. Są też prywatnie robione zabiegi in vitro, które nie wchodzą do żadnych rejestrów. Kliniki same nadzorują swoje dane, raportują je co roku zbiorczo do MZ i ESHRE (European Society of Human Reproduction and Embryology). Będziemy zabiegać o stworzenie ogólnego rejestru, ale to duże przedsięwzięcie organizacyjno-finansowe”.

  • Zobacz inne nieścisłości w danych ministerstwa zdrowia

    Chaos w liczeniu zarodków uniemożliwia pełną ocenę skuteczności programu. W dokumencie z września 2018 roku czytamy, że stworzono 67 754 zarodków, a przeniesiono ich 102 719, czyli… o 34 965 więcej niż stworzono.

    W wyjaśnieniach z listopada znajdziemy inne liczby: stworzono 165 253 zarodki, a przeniesiono w sumie 102 719. Zaufać należałoby raczej tym drugim, wyższym liczbom, bo liczba transferów mogła osiągnąć 30-40 tys. (po 1,5-2 na parę), a w każdym wykorzystywano od 1 do 6 zarodków.

    Ministerstwo zaznacza, że „nie jest właściwe badanie skuteczności w oparciu o liczbę zakwalifikowanych par”, ale raczej o liczbę transferów. Średnia europejska – jak wyjaśnia dr Kozioł – to 20-30 proc. skuteczności jednego transferu.

    Jedyne, co możemy policzyć to stosunek liczby żywych urodzeń (21 666) do podanych zarodków (102 719). Wynosi on 21 proc

In vitro 90 razy tańsze niż 500 plus

Cały program kosztował nieco ponad 244 mln zł. Jedno dziecko to zatem koszt dla budżetu rzędu 11 tys. 200 zł. Bez in vitro nie byłoby go na świecie.

Pronatalistyczne programy PiS wypadają przy tym blado – nieefektywnie i niezwykle drogo.

Program „Rodzina 500 plus” według PiS miał mieć aspekt prodemograficzny. Jak się okazało, efekt wzrostu urodzeń szybko się jednak wyczerpał. A koszt był ogromny. Wzrost liczby urodzeń rzędu 20-25 tysięcy dzieci rocznie uzyskano przy pomocy nakładów rzędu dwudziestu kilku miliardów złotych, co oznacza, że

jedno „dziecko ekstra” z programu 500 plus kosztowało w 2017 roku budżet ok. milion złotych. To 89 razy więcej niż z in vitro Tuska i Kopacz.

Oczywiście trzeba pamiętać, że efekt demograficzny nie był jedynym, a nawet nie najważniejszym celem programu 500 plus.

Prokreacja bez kreacji

Lukę po in vitro miał wypełnić „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego” zaplanowany przez rząd PiS na lata 2016-2020. Ale dokonania finansowanej w tym programie tzw. naprotechnologii trudno nazwać inaczej niż porażką.

Do programu mogą zakwalifikować się tylko pary, które wcześniej nie były diagnozowane.

Do grudnia 2017 roku z zakładanych 987 par zgłosiło się zaledwie 107. Z tego 98 par rozpoczęło diagnostykę, a tylko dwie z nich zostały skierowane do postępowania terapeutycznego. Dane z 2018 roku nie są jeszcze znane.

Kontrola NIK wykazała szereg nieprawidłowości. Program nie jest dostępny, nie tylko dlatego, że dotyczy par niezdiagnozowanych, ale także dlatego, że powstało dopiero 6 z 16 zaplanowanych ośrodków referencyjnych. Na 23,5 mln zł wydanych z programu w 2017 roku tylko 46,7 tys. zł zostało przeznaczonych na diagnostykę.

Według ministerstwa, to nie liczba ciąż przesądza jednak o skuteczności programu. „Oba programy są nieporównywalne i ich skuteczność nie powinna być oceniana według takich samych kryteriów, w szczególności liczby urodzonych dzieci. Ocena skuteczności »Programu kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce w latach 2016-2020« wymaga dłuższej perspektywy czasowej, niewłaściwe byłoby jej dokonywanie w czasie trwania” – czytamy w piśmie, które MZ przysłało nam 7 grudnia 2018 roku.

Dziś pary, które starają się o dziecko, mogą liczyć na wsparcie niektórych samorządów. Dr Kozioł: „Koszt zabiegu – w zależności od kliniki – to 7-8 tys. zł. Do tego dochodzą leki hormonalne, które w jakimś stopniu są dziś refundowane przez NFZ. Można założyć, że w sumie jedna para na in vitro musi wydać od 10-12 tys. zł. W Warszawie dofinansowanie wynosi 5 tys. zł”.

OKO.press pisało o programach in vitro w Warszawie, Gdańsku, Łodzi, Słupsku i Sosnowcu


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.

Piotr Pacewicz
Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym