0:00
0:00

0:00

"Wszystkie to ludzie. Nie chodzi tu o wiarę ani kolor skóry" - mówi mi 71-letnia pani Anna (imię zmienione - chce być anonimowa). Mieszka w ostatnim domu w małej wsi na Podlasiu. Od miesięcy dożywia uchodźców, „stopę okopową” leczy własną zasypką z widłaka, kupuje jedzenie.

Z emerytury trochę jej jeszcze zostaje. „To mój obowiązek. Moją mamę w bieżeństwie na Ukrainie uratowali". Wokół jej domu lasy, do granicy kilka kilometrów. Przez tę okolicę biegnie popularny szlak migrantów.

Tuż przed Wigilią prawosławnego Bożego Narodzenia – 6 stycznia – lokalni aktywiści z Podlasia dowiedzieli się o cichej działalności pani Anny od migranta, który dotarł do Niemiec. Zadzwonił do nich wdzięczny za jej pomoc. Po wigilii, w ramach kolędowania, zawieźli jej prezenty. Za serce i pomoc, jaką samotnie niesie ludziom ukrywającym się w lesie.

Pani Anna to najstarsza samodzielnie działająca kobieta, jaką spotkałem, która ratuje uchodźców.

Przeczytaj także:

Krzysztof Boczek: Pani tak codziennie spaceruje po lasach?

Pani Anna: Ja ciekawa jestem, chodzę do lasu i wilków do siebie wołam. To i poszłam zobaczyć, czy są w lesie uchodźcy – słyszałam, że chodzą.

Pamięta pani pierwszy raz, gdy ich spotkała?

We wrześniu szłam do cerkwi i widzę, coś niebieskiego w lesie. Podchodzę – śpiwór pusty. Za nim drugi i trzeci zwinięty. W jednej reklamówce pozbierane butelki i śmieci, w drugiej – jedzenie i woda. A potem długo, długo nic i czwarty śpiwór. Coś podłużnego w nim. Podchodzę. Niepusty. Myślę: a może to dzieciak jaki? Może jeszcze żyje? Ale boję się. Wzięłam patyk i szturcham. Ruszyło się. Ktoś żył.

Zamek w śpiworze otworzył się, oczy wytrzeszczył. Młody facet. Ciemniejsza skóra od naszej – ja mówię na takich „polskie Cygany”.

Machnęłam ręką i poszłam. Potem w sklepie mi gadali, że pakował się. A mąż mówił, że rano policja tam stała przy szosie – może tych bliżej złapali, a tego dalej nie zauważyli?

Czyli nie dali im nawet śpiworów zabrać?

Policja śpiwory każe zostawiać. A jak przyjeżdża po nich samochód, by ich wywieźć [na Zachód -red.] to wszystko każą zostawiać. Plecaki także. Bo miejsce zajmuje.

Chłopaki tutaj widziały, jak trzech chciało siadać do auta z plecakami. Kierowca wyrzucił je het. I pojechali bez.

Raz w lesie, koło nas, spotkałam legowiska. Grupka większa – 11 osób. Młodzi, faceci i kobiety. Spali tak jak szli – z plecakami na plecach. Na siedząco, na ziemi.

Mówię: halo, halo!

Obudzili się. Proszą, by nie dzwonić na policję i proszą o wodę.

Zrozumiała pani?

Co nieco rozumiem po angielsku, bo ja parę razy była w Stanach.

Poszłam do domu, zrobiłam herbaty, wody nabrałam, jedzenie – mogą być muzułmany to konserwów rybnych wzięłam i zaniosłam.

To tak mi dziękowali....

Było tak, że codziennie spotykałam. Ale nie zawsze ludzi, a ich świeże ślady, legowiska.

To ilu w sumie grupom pani pomogła?

Ja nie liczyła. Ale takich dużych, po 10 i więcej osób, to z 9-10 grup przynajmniej było.

Raz dziewczyna i chłopak szli boso [pokazuje zdjęcia na telefonie]. To jest dziewczyny stopa – gruba, biała. A ta chłopaka – przeszorowana.

Ile miałam bandaży to zabrałam z domu. Wody utlenionej litrową butelkę, plastry.... I zrobiłam im zasypkę z widłaka. To dobrze goi. Gdy wróciła, już tam byli ludzie z jakieś fundacji.

Innym razem jeden miał oko czarne i mówił, że plecy miał też czarne. Pytam się: to Polacy czy Ruskie? „Ruś”. Mówili mi, że od granicy 4 doby szli, nocami głównie.

Te kilka kilometrów?

To przez bagna i powały. Teraz ani zwierzę, ani człowiek nie da tam rady.

Czasami to ja bałam się iść.

Raz widzę tu i tam kupka siedzi. Tak po przeszło 10 osób. Szli razem. Poszłam do domu, a jakiś sąsiad z sąsiedniej wioseczki zadzwonił na policję czy gdzie, bo za chwilę tam było pełno wojska. Dużo dzieci niedużych tam było, bo jak ich zabrali, to zostały po nich to kurteczki, a to spodenki małe.

Jakoś wtedy syn wieczorem przyszedł i wziął 2 kg ciastek.

A co ty tyle słodyczy? - pytam.

„Taka duża grupa, dużo dzieci. One głodne”. Konserwy zabrał, do sklepu pobiegł i zaniósł tu niedaleko, dla nich. Nocą ich samochody zabrali. Wszystko po nich zostało. Jak zostawiali żywność, jakie konserwy, białoruskie przeważnie, to zabierałam. Bo i tak żeśmy dużo w sklepach kupowali.

Co lubią jeść?

Rybne puszki i pasztety. Herbatę niosę, czasami na drzewie butelki z wodą układałam, ale to mało ludzie brali.

Jeden raz deszcz pada. To już późniejszy październik był. Poszłam ja. Het. Między powałami koło drogi widzę leżą. Śpiwory rozpięte, jednym przykryte wszystkie. Przytuleni jedno do drugiego. Wzięłam gałąź i tak w nogę jednego. Oczy wytrzeszczył. Może po czterdziestce. Same chłopy. Widać, że bardzo przemęczone. Zawsze o wodę proszą, a ci jeść prosili.

Powiedziałam, by nie bali się, że nie będę dzwonić na policję, że pójdę do domu i przyniosę jedzenie. I zeszło trochę czasu – ja stara tak szybko nie chodzę – i jak wróciła to już ich nie było. Bali się widać.

Chłopaki, tu stąd, też codziennie chodzili w las (pomagać – red.). Kupowali jedzenie, wodę i nosili. Plecaku ich nie dałam rady ruszyć – taki ciężki. Syna plecak się porwał od tego. On tylko dorywczo na gospodarce dorabia. Śmiałam się z niego: co zarobisz, to oddasz na te zakupy.

„A mama emerytury nie oddaje całej?”

„Nie, trochę zostaje” mówię. „A co mama mówiła? Że moja babcia w bieżeństwie urodzona”.

Gdzie?

Na Ukrainie, przed pierwszą wojną. Tam był głód, a cztery osoby przyjęli. Dziadek, młody, z głodu tam zmarł, a mama urodziła się później. Żołnierze z wagonów obierki wyrzucali, to nasi zbierali i jedli. A suchary dla dzieci zostawiali.

Ludziom trzeba dać pić i jeść. No to co, że innej wiary są.

Jeden raz to kobieta spała tutaj w lesie i dzieciak. Zostawili ją i poszli.

Kto?

Grupa. Nie wiem czemu. Jeden chłopak od nas znalazł tę grupę, het koło szosy. Byli tam przewodnik - taki handlarz ludźmi, co ogoli z pieniędzy i spieprzy. Dwa dni tu w okolicy błądzili. Męczył tych ludzi, a oni to wyczuli. Gdy chłopaki doprowadzili tę kobietę z dzieckiem, to przewodnik spieprzył. Potem, po jakimś czasie, do tego chłopaka co ich znalazł, ci ludzie dali znać, że już są w Niemczech.

Inny raz widzę od drogi, biegną jak te zające. Jeden przez drugiego. Grupkami, potem sznurkiem. Myślę sobie: Boże, mój Boże, ten świat taki nowoczesny, a oni jak ta zwierzyna.

Godzinę potem rowerem pojechałam i sąsiada spotkałam. Mówił, że 40 osób w tej grupie doliczył.

Dziękują pani jakoś za tę pomoc?

Gdy kiedyś im przywiozłam dwie torby jedzenia, to jeden podbiegł, by z roweru zdjąć, drugi mnie w policzek pocałował, a trzeci rozciągnął śpiwór bym usiadła. Coś między sobą pogadali i jedna kobieta wyjęła coś i daje w reklamóweczce czarnej. Ja dziękuję i mówię, że nie. Ale ona daje i upiera się.

To biorę. Te owoce suszone z pestkami, jak to...?

Daktyle.

Daktyle. Tak mnie proszą, że wzięłam, bo im przykro by było. I jeszcze pieniądze mnie dawali. Nie wzięłam.

Jak to się nazywa? (łapie za coś na parapecie).

Power bank.

A możliwe, ja i tak nie wymówię. Syn znalazł w lesie jeden taki, potem inne i ładuje teraz. Na wymianę im daje, jak mają wyładowane. Zamienia.

Skąd są migranci, którym pani pomogła?

Czasem mówili, ale ja tam nie pamiętam. I mówili, że krześcijanie. Sąsiad kiedyś przynosi krzyżyk, taki niewielki, rozerwany. Znalazł na legowisku, na damskiej chustce. Ani srebro ani złoto. Wziął. „Widzisz, jednak krześcijanie idą” - mówił.

Co pani czuje, gdy idzie pani im pomagać?

Żal do wszystkich ludzi, że takie są ludy, które tylko myślą o sobie. Tylko o sobie. Jeden drugiego zamordowałby, żeby jemu było dobrze.

A to katoliki niedobre, a to Żydzi niedobre. A nie, bo wszystkie to ludzie. Nie chodzi tu o wiarę ani kolor skóry.

Moja siostra przeszła na katoliczkę i w Niemczech jej syna ledwo nie zamordowali. Katoliki. Polacy z lubelskiego! Tak zbili, że dwa tygodnie nieprzytomny w szpitalu leżał.

Ani jeden migrant nie przyszedł na moje podwórko, a w Białowieży to mówią, że boją się wyjść z ich powodu.

Sąsiedzi wiedzą o tym, co pani robi?

Wiedzą.

I co mówią?

„A ty nie masz co do roboty?”

„Ty stara i w las?”

A ja las to bardzo lubię. Bardzo daleko jeżdżę, pod granicę na jagody, pod Białowieżę rowerem. Ja tu już 50 lat ale pierwszy raz w tym roku wilki zobaczyłam. Widziałam świerki gęste. Myślę: tu popatrzę, może kurki są. A tam łania, a potem wilk. Ale duży! On tę łanię gonił. Zaczęłam krzyczeć – toć wiem, że nie można, ale krzyczałam. Trzy razy już tu wilki widziałam.

Z 10 dni temu słyszałem od aktywistów, że jakieś zwierzęta poszarpały ciało migranta w lesie.

Może jeszcze dziki? A jak ciało zacznie śmierdzieć, to ani wilk ani dzik nie podejdzie.

Ale będą w lesie, czy w bagnach kości ludzkie, oj będą.

A jakby policja panią zatrzymała na tym pomaganiu?

To powiedziałabym, że nosiłam jedzenie i będę nosić! Tu bez przerwy kiedyś policja jeździła, a teraz to czasami wojskowy jedzie.

Wczoraj mój syn zapakował plecak i poszedł. Daleko daleko. Ale nigdzie ślada teraz nie ma. A śnieg jest.

To, co pani teraz robi, to duża zmiana w pani życiu, prawda?

Nie, nie. Wychowana w rodzinie wielodzietnej i moja mama pomagała dla ludzi i my do tego przyzwyczajone. Kiedyś żebrzące kobiety chodzili i nikt nie przyjął. Moja mama przyjmowała. W kuchni zrobiła obrządek i pościeliła.

Potem szmaciarze chodzili, to też u nas nocowali. I ostatnim kęsem mama nakarmiła. Jestem przyzwyczajona.

Trzeba z każdym potrzebującym się podzielić. Niosłam do lasu i już. To mój obowiązek.

;
Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze