0:00
08 grudnia 2020

8 tys. punktów szczepień na koronawirusa? To mrzonka. Sprawdzamy zapowiedzi rządu

Szczepienia na SARS-CoV-2 to ogromne przedsięwzięcie wymagające świetnej organizacji. Początek operacji nie wygląda dobrze. Opracowane przez rząd kryteria naboru zespołów szczepiennych raczej utrudnią, niż ułatwią Polakom dostęp do szczepienia

Wydrukuj

Szczepienia w każdej gminie, blisko miejsca zamieszkania - obiecuje rząd. Ale założenia programu szczepień, które ogłasza, będą nie do spełnienia dla małych ośrodków, co może zniechęcić ludzi. Część założeń robi wrażenie co najmniej nieprzemyślanych, a na "szerokie konsultacje" będzie tylko tydzień. Zanim omówimy założenia i zgłosimy wątpliwości - informacje ogólne o szczepionce i szczegóły programu brytyjskiego, bo 2 grudnia 2020 Wielka Brytania dopuściła do użycia szczepionkę Pfizera przeciwko SARS-CoV-2 i jako pierwszy kraj na świecie rozpoczyna program szczepień.

W Unii Europejskiej preparat zostanie najprawdopodobniej dopuszczony do użytku 29 grudnia 2020. Dlaczego Wlk. Brytania zrobiła to szybciej?

Dr Paweł Grzesiowski, ekspert Naczelnej Izby Lekarskiej ds. COVID-19 podczas cotygodniowego webinarium Stowarzyszenia Higieny Lecznictwa w piątek 4 grudnia tłumaczył, że Brytyjczycy zastosowali tzw. kroczącą procedurę analizy wyników badań. Europejska Agencja Medyczna jeszcze analizuje zbiorczo wszystkie dokumenty.

I tak cały proces maksymalnie przyspieszono. Szczepionki przeciw COVID-19 będą najszybciej dopuszczonymi do użycia tego typu preparatami w historii medycyny.

Zaczyna się nowy etap w walce z COVID-19.

Nie da się z człowieka zrobić nietoperza

O nowatorskiej szczepionce Pfizera i podobnym preparacie Moderny, który Europa prawdopodobnie zarejestruje 11 stycznia 2021, pisaliśmy w OKO.press kilkukrotnie. Obie szczepionki mają postać maleńkich tłuszczowych nanocząsteczek zawierających krótki fragment wirusowego RNA, który koduje tzw. białko S, czyli tzw. białko kolcowe wirusa SARS-CoV-2.

Ten fragment wirusowej informacji genetycznej omija więc całkowicie jądro komórkowe, tj. miejsce, w którym mieści się gros ludzkiego DNA. Podłącza się do naszych rybosomów i wykorzystuje ludzką maszynerię komórkową do wytworzenia własnego białka S. Organizmowi wydaje się, że do jego wnętrza dostał się kompletny wirus i rozpoczyna walkę z wrogiem. W efekcie nabieramy odporności na prawdziwe z nim spotkanie w przyszłości.

„To jest właśnie ta droga z ominięciem jakiejkolwiek sytuacji, która mogłaby nam zagrażać, bo już słyszałem, że ludzkie DNA może być zmienione przez tę szczepionkę – uspakaja dr Grzesiowski. - Nie ma takiej fizycznej możliwości. Wbrew obawom antyszczepionkowców nie da się zrobić z człowieka nietoperza”.

195 fiolek, 975 dawek na kontener

Piątkowe webinarium było także okazją zapoznania kilkuset jego uczestników z gorącym jeszcze dokumentem brytyjskim – Charakterystyką Produktu Leczniczego szczepionki Pfizera, czyli szczegółową informacją dla pracowników ochrony zdrowia o samym produkcie, warunkach przechowywania, drogach podawania, skuteczności, etc.

Preparat Pfizera jest skoncentrowanym suchym produktem, który należy przechowywać w temperaturze minus 60 – minus 80 st. C. Szczepionkę należy użyć w ciągu 6 miesięcy.

Będzie pakowana w fiolki, każda zawiera 5 dawek. 195 fiolek, czyli 975 dawek będzie pakowanych w pojedyncze specjalne kontenery wielokrotnego użytku. Wypełnione suchym lodem i nieotwierane w międzyczasie zapewniają żywotność szczepionki przez 30 dni.

Każdy kontener zawiera czujnik termiczny z obsługą GPS, który na okrągło śledzi, czy przypadkiem temperatura w czasie transportu czy przechowywania się nie podniosła.

„Szczepionki te były już transportowane do 150 ośrodków na świecie, latały samolotami, więc nie ma tu mowy o żadnej improwizacji. To jest przemyślane działanie, osadzone w najnowszych technologiach” – podkreślił dr Grzesiowski.

„Musimy o tym mówić, bo wiele osób podważa bezpieczeństwo tych szczepionek. Nie znając się na tym, opowiada androny, które potem kosztują nas dużo czasu w gabinetach lekarskich na odkręcania tych głupstw”.

Po otwarciu kontenera i rozmrożeniu szczepionka może być przechowywana w lodówce, w temperaturze 2-8 stopni C przez 5 dni.

Po tym czasie nie nadaje się do użycia, dlatego planując ilość dawek, jakie dany punkt szczepień może zużyć w ciągu tych pięciu dni, należy brać to pod uwagę.

Ponieważ w jednej fiolce mieści się 5 dawek, osoby szczepiące muszą odpowiednio zgrać podawanie preparatu z wchodzeniem i wychodzeniem pacjentów. Szczepienia nie mogą być dokonywane taśmowo, tj. w gabinecie nie może być 5 pacjentów jednocześnie, chociażby ze względów bezpieczeństwa epidemicznego, a także intymności.

Na dwie godziny przed podaniem szczepionka może być przechowywana w temperaturze pokojowej.

Konieczne dwie dawki

Ważna informacja – szczepionka Pfizera jest w Wielkiej Brytanii zarejestrowana dla osób powyżej 16. roku życia. Najmłodsi uczestnicy badań mieli wprawdzie 12 lat, ale preparat przeznaczony jest – przynajmniej na razie – dla osób co najmniej o 4 lata starszych.

Firma Moderna, która czeka na rejestrację podobnej szczepionki, również na bazie RNA, już zapowiedziała badania z udziałem nastolatków. To duża grupa potencjalnych użytkowników, dlatego firmy nie szczędzą środków na kolejne testy.

Szczepionkę Pfizera (bo o niej tu cały czas mowa) należy po rozpuszczeniu podawać domięśniowo w objętości zaledwie 0,3 ml. Nie wiadomo jeszcze, czy firma dostarczy w komplecie strzykawki.

Trzeba stosować dwie dawki. Odstęp pomiędzy nimi ma wynosić 21 dni, nie krócej. Wymaga to precyzyjnego umówienia na drugi zastrzyk.

„Największym problemem w punktach szczepień jest niezgłaszanie się pacjentów na drugie, ewentualnie trzecie dawki (jeśli szczepionkę podaje się w systemie trzydawkowym)” – mówił dr Grzesiowski. „Wiemy, że wielu ludzi nie przychodzi, zapomina, przekłada terminy i w efekcie ma niewykonany pełny schemat szczepienia”.

Tymczasem w przypadku ochrony przed COVID-19 pełne działanie rozwija się 7 dni po podaniu drugiej dawki. Producent określa to wyraźnie – konieczne są 2 dawki. Wówczas – zgodnie z dotychczasowymi wynikami badań – skuteczność preparatu sięga 95 proc.

Lista objawów niepożądanych

Kolejna istotna sprawa – bezpieczeństwo.

Główne działania niepożądane wymienione w brytyjskim dokumencie to:

  • ból w miejscu ukłucia – odczuwało 80 proc. badanych,
  • uczucie zmęczenia - 60 proc.,
  • bóle głowy - 50 proc.,
  • bóle mięśni - 30 proc.,
  • dreszcze - 30 proc.,
  • bóle stawów - 20 proc.,
  • i wreszcie gorączka – skarżyło się na nią 10 proc. badanych.
„Reakcja na szczepionkę jest ogólnoustrojowa. Trudno więc udawać, że ten preparat nie jest immunogenny i nie prowadzi do odpowiedzi przeciwzapalnej” – mówił dr Grzesiowski.

Ale przecież tak naprawdę o to chodzi w każdej szczepionce. Nie wywołuje choroby, ale ma przygotować nasz organizm na spotkanie z wywołującym ją wirusem lub bakterią.

„Jeśli ktoś ma skłonność do silnych reakcji zapalnych, może mieć silniejsze objawy niepożądane” – mówi Grzesiowski.

„Natomiast w trakcie dotychczasowych badań nie stwierdzono poważnych działań niepożądanych, a więc takich, które kończyłyby się hospitalizacją lub stanowiły zagrożenie życia".

"Bardzo szerokie konsultacje" i poprawki przez tydzień

Po zapoznaniu się z podstawowymi właściwościami szczepionki Pfizera zejdźmy teraz na polską ziemię i przyjrzyjmy się jak wyglądają przygotowania do ogromnej operacji logistycznej, jaką będą u nas szczepienia na koronawirusa.

Po pierwsze, już jesteśmy spóźnieni. O tym, że szczepionki na COVID będą szybko dostępne, wiadomo od dość dawna. Nic nie stało na przeszkodzie, aby ustalić zawczasu kto, gdzie, kiedy i jak podejmie się szczepienia milionów obywateli. Tymczasem rząd zwlekał aż do 4 grudnia, by ogłosić kryteria naboru dla punktów szczepień (o czym więcej za chwilę), a dopiero we wtorek 8 grudnia ma zostać ogłoszona strategia szczepień.

Według zapowiedzi ministra Michała Dworczyka z 2 grudnia potem będzie czas na „bardzo szerokie konsultacje z ekspertami, z samorządem lekarskim, ośrodkami naukowymi (…) tak, żeby w połowie grudnia Rada Ministrów mogła jako oficjalny dokument przyjąć strategię szczepień na COVID-19”.

Z zapowiedzi ministra wynika, że na te „szerokie konsultacje” i poprawki przeznacza tylko tydzień. Dlaczego nie można było tego zrobić wcześniej – nie wiadomo.

Clinton, Obama, królowa Elżbieta i…

Coraz ważniejszym problemem staje się, kto będzie chciał ze szczepień skorzystać. Kolejne badania opinii publicznej pokazują, że nieufność do preparatów mających chronić przed koronawirusem jest wysoka. Rząd zdaje sobie z tego sprawę, stąd zgodnie z zapowiedzią Dworczyka w połowie grudnia ma rozpocząć pierwszą akcję profrekwencyjną i informacyjną we wszystkich możliwych mediach (zobaczymy, czy nie skończy się na mediach prorządowych).

Ciekawe, kto u nas będzie promował szczepionkę.

Wiadomo już, że w Ameryce przed kamerą zaszczepią się byli prezydenci - Bill Clinton, George W. Bush i Barack Obama. W Wlk. Brytanii przykład obywatelom ma dać królowa Elżbieta i książę Karol. Czy w Polsce będzie to prezydent Andrzej Duda, który przeszedł zakażenie, ale na finiszu swojej kampanii prezydenckiej ogłosił Polakom, że „się nie szczepi na grypę, bo nie”?

Dr Paweł Grzesiowski kilka dni temu tłitował, że w Polsce do szczepień powinni raczej zachęcać lekarze niż politycy, ze względu na to, jak niskim poziomem zaufania cieszą się ci ostatni.

Warunki nie do spełnienia

Wracamy do kryteriów naboru dla podmiotów, które mają u nas wykonywać szczepienia. Ukazały się one na stronie Narodowego Funduszu Zdrowia. Z zarządzenia podpisanego przez Filipa Nowaka, p.o. Prezesa NFZ, możemy się dowiedzieć przede wszystkim, że „zadaniem podmiotów będzie przeprowadzenie szczepień w populacji, z wyłączeniem pracowników i pacjentów podmiotów udzielających wyłącznie stacjonarnych i całodobowych świadczeń zdrowotnych (szpitale, zakłady opiekuńczo lecznicze i zakłady pielęgnacyjno-opiekuńcze)”.

A zatem akcja szczepień w Polsce będzie miała różny przebieg i różne kryteria w szpitalach, a inne w przychodniach, punktach POZ, punktach prywatnej praktyki. Dlaczego – nie wiadomo.

Kto może złożyć zgłoszenie do udziału w programie?

„Do udziału w programie może zostać zakwalifikowany podmiot leczniczy albo praktyka zawodowa, w szczególności świadczeniodawca posiadający umowę o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej w zakresie podstawowej opieki zdrowotnej (świadczeniodawca POZ)” – czytamy w dokumencie NFZ.

A zatem startować mogą wszyscy, natomiast władze z góry traktują chętnych nierówno, zaznaczając, że czekają głównie na POZ-y.

To, co jednak najbardziej interesuje potencjalnych chętnych, to wymagania wobec podmiotów leczniczych, jakie stawia władza.

Najważniejsze z nich:

  • prowadzenie szczepień przez co najmniej 5 dni w tygodniu;
  • prowadzenie szczepień przez zespół wyjazdowy (w szczególności w miejscu zamieszkania/pobytu pacjenta, któremu stan zdrowia uniemożliwia samodzielne dotarcie do punktu szczepień);
  • zdolność do wykonywania co najmniej 180 szczepień tygodniowo;
  • udział w programie szczepień świadczeniodawcy posiadającego umowę o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej nie może naruszać warunków tej umowy, w szczególności w zakresie dostępności do świadczeń pozostałych pacjentów.

6 mln szczepień w miesiąc?!

Przyjrzyjmy się dokładniej tym warunkom, biorąc pod uwagę zapowiedzi ministra Michała Dworczyka z 4 grudnia:

„Od dziś mogą zgłaszać się podmioty, które chcą przeprowadzać szczepienia na koronawirusa. Planujemy powstanie ok. 8 000 punktów szczepień, w każdej gminie powinien być jeden taki punkt.

Do akcji szczepień mogą zgłosić się szpitale, przychodnie i pojedynczy lekarze prowadzący samodzielnie praktykę lekarską oraz wybrane szpitale rezerwowe - jeśli spełnią przyjęte kryteria".

2 dni wcześniej minister Dworczyk mówił z kolei: „Chcemy, aby szczepienie było dostępne w każdej gminie. Chcemy, żeby każdy kto zechce poddać się szczepieniu, mógł nie tylko w sposób prosty zapisać się na to szczepienie, ale również zaszczepić się blisko swego miejsca zamieszkania”.

W Polsce jest 2 477 gmin (302 miejskich w tym 66 miast na prawach powiatu, 642 miejsko-wiejskich oraz 1 533 wiejskich). Naturalnie gminy miejskie są znacznie liczniejsze, więc organizowanie na ich terenie większej liczby punktów szczepień jest uzasadnione, ale liczba 8 000 wydaje się wzięta zupełnie z sufitu.

Tym bardziej, jeśli zestawi się ją z następną daną z tego samego dokumentu o zdolności do przeprowadzenia co najmniej 180 szczepień tygodniowo przez jeden zespół w jednym punkcie.

Pomnóżmy. 8 000 punktów razy 180 szczepień = 1 milion 440 tysięcy szczepień tygodniowo! Czyli miesięcznie (30 dni) 6 milionów 171 tys. szczepień.

To zupełnie nierealna liczba. Po pierwsze, nie dostaniemy od razu tylu dawek, szczepionka będzie przychodzić do nas stopniowo. Po drugie, nie mamy tylu lekarzy i pielęgniarek, którzy byliby w stanie pracować w 8 000 punktów dzień w dzień przez miesiąc.

Mała gmina na straconej pozycji

Wyobraźmy sobie mały gminny ośrodek zdrowia z jednym lekarzem rodzinnym na stałe i dwiema pielęgniarkami. Z usług takiego właśnie ośrodka oddalonego o 4 km od wsi, w której mieszkam od kilku lat korzystam (z zadowoleniem). Otóż nie ma on żadnych szans zgłosić się do ogłoszonego naboru.

Wykonanie w nim 180 szczepień tygodniowo - i to przy jednoczesnym zachowaniu dotychczasowych świadczeń dla pacjentów, a jeszcze dodatkowo zapewnieniu szczepień wyjazdowych - w ogóle nie wchodzi w grę.

Gdyby natomiast miejscowa pani doktor z jedną pielęgniarką mogły szczepić mieszkańców np. przez 2 godziny dziennie – ośrodek mógłby obsłużyć w ten sposób 10 osób dziennie (50 tygodniowo).

Część np. starszych osób nie musiałaby udawać się do odległego o 25 km miasta powiatowego, co z pewnością ułatwiłoby im podjęcie decyzji o szczepieniu.

Po zapoznaniu się z dokumentem NFZ wiem, że aby przyjąć dwie dawki szczepionki muszę przejechać samochodem 100 km. Gdyby nie ów zupełnie nieżyciowy limit, mógłbym ograniczyć się do 16 kilometrów.

Naturalnie przejadę 100 km, bo mam 65 lat, nie chorowałem jeszcze na COVID i jestem zdolny do poświęceń, by nie zachorować, ale ilu mieszkańców mojej gminy postąpi podobnie?

Czym dojechać?

Wspomniane 180 szczepień tygodniowo to spore obciążenie także dla większego miejskiego punktu szczepień. Obsłużenie jednego pacjenta przez lekarza i pielęgniarkę wymaga ok. 15 minut. 180 szczepień tygodniowo to 36 pacjentów dziennie, co oznacza 8-9 godzin wytężonej pracy bez przerw na jedzenie. I tak dzień w dzień przez tydzień. A gdzie czas na wymagane wyjazdy do pacjentów?

Czym na taki wyjazd się udać? Najlepiej karetką, której nie posiadają małe podmioty. Jeśli już jechać, to raczej nie do jednego pacjenta.

Ponadto trudno sobie wyobrazić 60-letnią panią doktor rodzinną (a takich pracuje w Polsce niemało), która wraz z pielęgniarką, podręczną lodówką, zestawem antywstrząsowym po 8 godzinach pracy zasuwa własnym samochodem do niemobilnych pacjentów.

Naturalnie istnieje konieczność szczepień wyjazdowych, ale wydaje się, że powinien być to warunek dobrowolny, a nie sine qua non stawiany wszystkim.

Szkoda, że nie ma kursów

I jeszcze słowo o lekarzach mających kwalifikować pacjentów do szczepień.

W dokumencie NFZ czytamy:

„Wymagania osobowe (dla jednego zespołu szczepiącego, dotyczy także zespołów mobilnych)

  • lekarz lub felczer, pielęgniarka, położna lub higienistka szkolna lub osoba wykonująca inny zawód medyczny posiadająca wymagane uprawnienia i kwalifikacje;
  • kwalifikacji do szczepienia i zaszczepienia może dokonywać ta sama osoba (lekarz)”.

Kim są te dodatkowe osoby wykonujące inny zawód medyczny – nie wiadomo.

Co istotniejsze, w Polsce lekarze tylko 5 specjalności mają prawo kwalifikować do szczepień. Są to pediatrzy, epidemiolodzy, lekarze rodzinni, specjaliści medycyny tropikalnej i zakaźnicy.

Dodatkowo mogą to zadanie wykonywać także lekarze, którzy ukończyli stosowny kurs. Nie ma ich w Polsce zbyt wielu. Gdyby rząd podchodził do szczepień poważnie, już od jakiegoś czasu toczyłyby się kursy przygotowawcze dla chętnych. Nic takiego się nie dzieje.

Duzi wygrają

Najwyraźniej pomysłodawca sprzedaje swoją koncepcję pod szyldem „zachęcamy wszystkich do zgłaszania się”, „ułatwiamy dostęp do szczepień wszystkim Polakom” „szczepienia będą się odbywać najbliżej miejsca zamieszkania”.

W rzeczywistości warunki sprzyjają wyłącznie dużym podmiotom, dużym Zakładom Opieki Zdrowotnej, sieciówkom prywatnym typu LUX MED czy Medicover, a także takiej instytucji jak MSWiA dysponującej karetkami i lekarzami.

Jednym z miejsc szczepień mają stać się szpitale tymczasowe, które do tej pory nie przydały się raczej w walce z epidemią.

I dużo zarobią

Dokument NFZ wspomina o płaceniu za usługę szczepienia. I tak za zaszczepienie jednego pacjenta Fundusz zwróci 61,24 zł. Dla dużych sieciówek, które spełnią bez trudu kryteria doboru, to spore pieniądze z publicznej kasy. Dla dużego prywatnego gracza zorganizowanie np. 10 punktów w Warszawie będzie całkowicie realne.

Za takie przedsięwzięcie można zainkasować ok. 440 tys. złotych miesięcznie z budżetu. I po takie pieniądze prywatni przedsiębiorcy z pewnością chętnie się schylą.

Naturalnie dobrze, by w tej wielkiej akcji szczepień wziął udział zarówno sektor prywatny jak i publiczny, ale wbrew zapowiedziom warunki sprzyjają wyłącznie bardzo dużym podmiotom. "Dziennik Gazeta Prawna" podał, że wszystkich punktów szczepień powstanie w Polsce maksymalnie 1 100, czyli ponad 7 razy mniej niż zapowiada rząd.

„Lekarze apelowali o złagodzenie kryteriów, ale resort jeszcze je wyśrubował” – napisał "DGP".

Ogłoszenie wyników naboru do punktów szczepień - już 11 grudnia 2020.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne