Za 9 mld zł, które rząd Morawieckiego wyda, by zdusić ceny prądu, można postawić tyle wiatraków i paneli słonecznych z mocą równą dużej elektrownię na węgiel kamienny w Polsce – twierdzą przedstawiciele branży zielonej energii. Premier mógłby ich posłuchać, zamiast palić naszymi pieniędzmi w węglowym piecu

Aktualizacja: Dziękujemy za wszystkie komentarze pod tekstem. Niektórzy z Was poruszali istotne kwestie, takie jak to, przez jaki czas dany typ elektrowni może produkować prąd czy to, że energia słoneczna i wiatrowa wymagają wsparcia stabilnych, dyspozycyjnych źródeł, takich jak gaz czy węgiel (co ostateczne wpłynie na koszty i emisje dwutlenku węgla). Dziękujemy Wam za merytoryczny wkład w dyskusję i kontrolowanie naszej pracy. Szersze analizy potencjalnych miksów energetycznych dla Polski OKO.press będzie publikować w najbliższym czasie.

Tymczasem opublikowaliśmy krytyczną odpowiedź Adama Błażowskiego: „Megawat megawatowi nierówny. Odejście od węgla jest pilne, ale koszty OZE są większe niż może się wydawać”


Sejm podczas ostatniego posiedzenia w 2018 roku przyjął głosami PiS-owskiej większości ostateczny projekt („autopoprawkę”) rządowej ustawy, która ma powstrzymać wzrost cen prądu w 2019 roku.

Po licznych i prezentowanych w chaotycznej atmosferze koncepcjach dopłat do rachunków za prąd, o których Ministerstwo Energii informowało w ciągu ostatnich tygodni, rząd Mateusza Morawieckiego zdecydował się na system oparty o obniżkę akcyzy na prąd, obniżkę tzw. opłat przejściowych oraz na wyrównanie z budżetu strat państwowych spółek energetycznych. Łącznie ten pakiet będzie kosztował budżet ponad 9 mld złotych.

Jak podaje PAP, koszty rozkładają się następująco:

  1. Obniżenie podatku akcyzowego na energię elektryczną z 20 zł/MWh do 5 zł/MWh – według oficjalnych wyliczeń do budżetu nie wpłynie 1,85 mld zł.
  2. Zmniejszenie opłaty przejściowej (czyli formy rekompensaty wprowadzonej dla dostawców energii w 2007 roku, gdy przedterminowo wycofano gwarantujące stałą cenę prądu tzw. kontrakty długoterminowe) dla wszystkich odbiorców o 95 proc. oznacza zmniejszenie wpływów o 2,24 mld zł.
  3. Spółki obracające energią otrzymają zwrot utraconych przychodów, szacowanych na 4 mld zł (premier Morawiecki zagroził dymisją prezesom firm, które nie zgodzą się na ręczne sterowanie cenami);
  4. Dodatkowo przewidziano „zasilenie kwotą 1 mld zł krajowego systemu zielonych inwestycji” – brak jednak szczegółów działania tego systemu, który dopiero ma powstać.

Podczas swojego wystąpienia w parlamencie, premier Morawiecki nie podał, skąd wezmą się te pieniądze. Choć chwali się, że to „rozwiązania bardzo konkretne”.

Kukułcze jajo

Z problemem będzie się musiał zmagać również kolejny rząd, który powstanie po wyborach jesienią 2019, bo ceny prądu w przyszłym roku raczej nie spadną, a mogą, jak oceniają analitycy, tylko rosnąć. Tym bardziej że zamiast inwestować w czystą energię, której produkcja nie emituje gazów cieplarnianych (a to rosnąca cena na rynku uprawnień do ich emisji odpowiada m.in. za wzrost cen), rząd sztucznie utrzymuje ceny na niższym poziomie.

  • Skąd wzięły się podwyżki cen energii?

    To wynik rosnących od lat cen węgla, od którego uzależniona jest polska energetyka, a także rynkowych cen praw do emisji gazów cieplarnianych, bez których europejskim przedsiębiorstwom (w tym elektrowniom) generującym mordercze dla klimatu emisje grożą dotkliwe kary.

    Podwyżka cen energii bierze się z czynników, na które Polska nie ma w tej chwili wpływu. Mogła je jednak przewidzieć i się na nie przygotować. Europejski system handlu uprawnieniami do emisji (ETS) został bowiem zaprojektowany w taki sposób, aby ich jednostka (odpowiadająca wypuszczeniu jednej tony CO2 do atmosfery) stopniowo drożała, a państwom opłacało się stymulowanie produkcji czystej energii.

    W istniejącym od 2005 roku rynkowym systemie ETS – za którego wprowadzeniem optowała m.in. Polska, choć istniały inne propozycje rozwiązań, np. stała opłata od tony emisji – każde europejskie państwo otrzymuje od Komisji Europejskiej pulę darmowych uprawnień, które może rozdzielić lub sprzedać. W kolejnych etapach systemu, takich darmowych przydziałów jest mniej. Obecnie ponad połowa uprawnień sprzedawana jest na aukcji. Poza tym istnieje możliwości handlu uprawnieniami tak jak typowym instrumentem finansowym.

    Przez ostatnie lata, aż do końca 2017 roku, ceny emisji utrzymywały się na niskim poziomie ok. 5 Euro. Jedną z przyczyn był kryzys finansowy 2007-2008, który rozpoczął się w USA, ciągnąc za sobą światową gospodarkę. Zapotrzebowanie na energię nie było tak duże, jak zakładał system. Jednak na początku 2018 roku ceny zaczęły szybować w górę, osiągając obecnie cenę nawet 20 Euro. Stało się tak za sprawą dobrej koniunktury, stopniowego ograniczania podaży przez KE oraz spekulacji. Tym ostatnim ryzykiem obciążona jest każda giełda.

    Za każdą tonę CO2 wypuszczoną do atmosfery w procesie spalania węgla czy gazu trzeba dziś zapłacić cztery razy więcej niż rok temu.

    Wykres pokazuje, że w ciągu trzech lat cena węgla węgla wzrosła niemal dwukrotnie.
    Cena tony węgla (w euro) w latach 2015-2018. Źródło: WNP.pl

    Wykres pokazuje, że cena jednostki emisji wzrosła od niespełna 5 euro do ok. 20 euro
    Wzrost ceny uprawnień do emisji tony CO2 w latach 2013-2018. Źródło: Ministerstwo Energii

OKO.press sprawdziło, w co można by zainwestować te pieniądze, żeby naprawdę pomóc polskiej energetyce. O orientacyjne szacunki poprosiliśmy firmy zajmujące się budową elektrowni wiatrowych i słonecznych.

Cztery tysiące małych elektrowni albo rok spokoju

Jak informuje nas Magdalena Suska-Szczerbicka, zajmująca się na polskim rynku dystrybucją turbin firmy Vestas, koszt instalacji wiatrowej o mocy 1 megawata (1 MW) szacuje się w branży na 6 mln zł – zakładając, że biurokracja związana z pozwoleniem na budowę jest załatwiona.

Proste wyliczenie daje nam zatem potencjalne 1500 MW (moc porównywalna z węglową Elektrownią Opole, szóstą co do wielkości w Polsce) za „jedyne” 9 mld zł, które przejemy w 2019 roku. 

Problemem mógłby być czas – na produkcję turbiny czeka się obecnie nawet 1,5 roku, do tego dochodzi kilka miesięcy na budowę instalacji. To wymaga dalekosiężnego planowania – co niestety nie należy do specjalności obecnego rządu, nawet w najprostszych sprawach.

Zgodnie z przygotowanymi dla OKO.press ad hoc wyliczeniami firmy specjalizującej się w imporcie i montażu instalacji słonecznych Eko-Solar, za 9 miliardów można postawić 4 tysiące instalacji o mocy 1 MW każda. Przy inwestycji na taką skalę ceny byłyby bowiem o wiele niższe, niż w przypadku małej produkcji domowej.

Te 4 tys. MW to tyle, ile produkuje największy zakład energetyczny na węgiel kamienny w Polsce, wybudowana w 1972 roku Elektrownia Kozienice.

(Największa elektrownia w ogóle to korzystający z węgla brunatnego Bełchatów). Jedna firma taka jak Eko-Solar jest w stanie rocznie zamontować 200 takich 1-megawatowych instalacji.

Nawet zakładając, że te ekspresowo przygotowane wyliczenia są grubo na wyrost, a w rzeczywistości dałoby się uzyskać choćby kilkadziesiąt procent mniej mocy, to wciąż

za publiczne miliardy otrzymalibyśmy na lata źródło czystej energii, mogące się równać w skali z potężnym blokiem węglowym.

Jednak za sprawą interwencji Morawieckiego w zamian dostaniemy niższe rachunki do stycznia 2020 roku, wciąż pozostając uzależnieni od węgla z nieefektywnych i będących na skraju wyczerpania polskich złóż albo importu z Rosji. Dziękujemy, Panie Premierze. 


Maciek Piasecki (1988) – studiował historię sztuki i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, praktykował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej w Londynie. Dla OKO.press pisze o protestach, polityce ekonomicznej i wpływie gospodarki na życie każdego z nas. Debiutował w „Machinie”, publikował m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku” i „VICE”.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press