Legalnych, zarejestrowanych w NFZ, zabiegów przerwania ciąży w całym kraju wykonano mniej niż tysiąc. W rok. Tymczasem Aborcja Bez Granic dziennie pomaga setce kobiet usunąć ciążę. Aborcja więc jest – tylko zamiast w szpitalu, ciążę przerywają same kobiety w domach lub za granicą
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyIza miała 30 lat. W 22. tygodniu ciąży odeszły jej wody płodowe. Zgłosiła się do miejscowego szpitala. Z decyzją o usunięciu ciąży – chcianej i wyczekanej – lekarze zwlekali zbyt długo. Izabela zmarła.
Tysiące kobiet w całej Polsce wyszły na ulice trzymając jej portret w rękach. Krzyczano, że Izabela padła ofiarą drakońskiego prawa aborcyjnego, bo rok wcześniej Trybunał Konstytucyjny drastycznie zaostrzył prawo i usunął przesłankę o możliwości usunięcia ciąży z uwagi na ciężkie i nieodwracalne wady płodu. Liczba legalnych aborcji spadła wówczas z tysiąca do stu. Rocznie. W całej Polsce.
Donald Tusk liberalizację prawa i legalną aborcję do 12. tygodnia ciąży wpisał nawet w 100 konkretów na pierwsze dni rządów. Efekt: na polityczny stół trafiły cztery różne propozycje zmiany przepisów. Powołano Komisję Nadzwyczajną, która miała wypracować consensus. Spotkała się siedem razy, ostatni raz półtora roku temu. Zmian w prawie Polki nie mają do dzisiaj, a troje lekarzy Izabeli zostało skazanych przez sąd na bezwzględne pozbawienie wolności oraz zakaz wykonywania zawodu przez sześć lat. Sąd uznał lekarzy za winnych narażenia pacjentki na niebezpieczeństwo utraty życia, a jednego również nieumyślnego spowodowania jej śmierci. Karę ponieśli tylko medycy – winy systemu nie dostrzeżono.
Sama zmiana władzy – odczytywana jako potencjalny brak nagonki czy systemowego ścigania za pomocnictwo w aborcji – spowodował, że liczba wykonywanych w szpitalach i rejestrowanych w NFZ zabiegów zaczęła rosnąć. Jak wynika z danych opublikowanych przez kolektyw Legalna Aborcja, w 2024 roku było ich 885. Rok później – 846.
To wciąż mniej niż przed dekadą, kiedy było ich ponad tysiąc. Ale więcej niż po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, kiedy to odnotowywano najniższy wskaźnik szpitalnych aborcji od lat 80. – 107 w 2021 i 161 w 2022 roku.
„Brak wyraźnego wzrostu, ale też brak dalszego spadku pokazuje, że w polskim systemie publicznym istnieje pewna, choć bardzo ograniczona, stała możliwość systemowego przerwania ciąży w szpitalu” – podsumowuje Kolektyw.
Na aborcyjnej mapie, pokazującej, jak wygląda liczba przeprowadzanych w publicznych szpitalach zabiegów usunięcia ciąży, widać różnice między województwami.
Na Mazowszu NFZ odnotował 242 zabiegi przerwania ciąży przed upływem 21. tygodnia. A na Dolnym Śląsku – 133. W pozostałych czternastu województwach roczna liczba aborcji nie przekroczyła setki. W woj. świętokrzyskim to raptem trzynaście zabiegów, na Podlasiu i w Lubuskiem dwanaście, a na Podkarpaciu – trzy zabiegi. Rocznie.
„Dane te nie są w pełni jednorodne ani kompletne – pokazują raczej pewien obraz funkcjonowania systemu, a nie dokładną liczbę wszystkich aborcji wykonywanych w publicznej ochronie zdrowia” – zastrzega Legalna Aborcja. Od dawna bacznie przygląda się raportowanym przez Ministerstwo Zdrowia oraz Narodowy Fundusz Zdrowia danym dotyczącymi aborcji wykonywanych w polskich szpitalach.
No właśnie – bo inne liczby dotyczące aborcji prezentuje resort, inne NFZ.
Chaos, nawet w tak nikłych odsetkach, spowodowany jest tym, że każdy aborcję liczby inaczej. NFZ podaje dane dotyczące aborcji tylko przed 22. tygodniem (a dokładniej 21. tygodniem i szóstym dniem), mimo, że legalne jest także jest przerywanie starszych ciąż z uwagi na stan zagrożenia zdrowia lub życia matki.
Z drugiej strony – jak cytowała w OKO.press Oliwia Gęsiarz profesora Konrada Futymę – do zabiegów aborcji kwalifikowanych (jakie zlicza NFZ) wpisuje się także ciąże obumarłe samoistnie. Resort nie gromadzi danych dotyczących tygodnia, w jakim ciążę usunięto, ale i nie rejestruje szpitalnych poronień. Na żadnych z tych danych de facto opierać się nie da, bo jak wykazywała Gęsiarz, rozbieżności są zbyt duże.
Problem numer trzeci – oficjalne dane nijak mają się do tych, które przedstawiają proaborcyjne NGO'sy. Tylko jeden z nich, Aborcja Bez Granic, poinformowała, że w ubiegłym roku pomogła w 38,5 tysiąca aborcji. Czyli 38 razy więcej niż w tych dokonywanych w szpitalach.
„Większość Polek i osób w ciąży nie znajduje w publicznym systemie realnej możliwości skorzystania z aborcji. W wielu szpitalach wciąż dominuje bardzo zachowawcza interpretacja przepisów, a część personelu medycznego interpretuje przesłankę zagrożenia zdrowia wyjątkowo wąsko. W praktyce pacjentki często spotykają się z dodatkowymi konsultacjami, kolejnymi badaniami, długim oczekiwaniem i dużą niepewnością, czy i gdzie zabieg zostanie wykonany” – wskazuje Kolektyw Legalna Aborcja. Tak było w przypadku pani Anity, której historię Paulina Nodzyńska opisała na łamach „Wyborczej”.
Są w Polsce placówki, które prawa pacjentek traktują serio. I płacą za to najwyższą cenę. Do szpitala w Oleśnicy, gdzie pracowała dr Gizela Jagielska, wtargnął Grzegorz Braun, pod placówką odbywały się protesty.
Podobne rzeczy dzieją się dziś przed szpitalem na gdańskiej Zaspie. Antyaborcjoniści od miesięcy organizują protesty, blokuje wejście, puszcza z głośników głośny, przeraźliwy płacz dziecka, organizuje zbiorowe modlitwy i przynosi pod szpital banery z zakrwawionymi, zmasakrowanymi płodami. Miasto zdecydowało się rozwiązać manifestację sterowaną przez Kaję Godek. Ale to nie koniec, a początek problemów szpitala – prokuratura wszczęła bowiem śledztwo, i na wniosek Kai Godek bada, czy szpital nie dokonał aborcji płodu, które miało więcej niż 22 tygodnie.
„Dane NFZ dają tylko fragmentaryczny obraz – nie pokazują liczby odmów, nie dokumentują stosowania klauzuli sumienia, nie uwzględniają wszystkich sposobów raportowania aborcji wykonywanych w szpitalach, a różnice między nimi a danymi Ministerstwa Zdrowia utrzymują się od lat” – zwraca uwagę Legalna Aborcja.
Pełne dane zbiera rząd. Ale przedkłada roczny raport dopiero do 31 lipca danego roku. Na konkrety, przynajmniej te statystyczne, przychodzi więc czekać do wakacji.
Nic nie wskazuje na to, że posłowie w tej kadencji zajmą się aborcją. Koalicja rządząca nie jest w stanie dogadać się co do zapisów projektu – a nie stać ich na kolejne porażki przed przyszłorocznymi wyborami.
Kobiety
Prawa człowieka
Julia Przyłębska
Donald Tusk
Koalicja 15 października
aborcja
Aborcja Bez Granic
aborcja w domu
legalna aborcja
Prawa kobiet
Trybunał Konstytucyjny
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze