To nie pierwszy raz, kiedy “Wielki Brat” interweniuje w krajach Ameryki Łacińskiej. Do pierwszych interwencji dochodziło już w XIX wieku. Po II wojnie światowej Ameryka Łacińska stała się jednym z głównych obszarów rywalizacji geopolitycznej w okresie zimnej wojny. Czym się od nich różni interwencja Trumpa?
3 stycznia 2026 USA dokonały niespodziewanej inwazji na Wenezuelę. Kraj ten, od lat już pod rządami autorytarnego przywódcy o powiązaniach z Chinami i Rosją – Nicolasa Maduro, od kilku miesięcy był regularnie atakowany przez administrację Trumpa. Ataki nasiliły się zwłaszcza po kontrowersyjnej decyzji Komitetu Noblowskiego. Pokojową Nagrodę Nobla przyznano w 2025 roku Marinie Corina Machado, neoliberalnej działaczce z Wenezueli, która do interwencji militarnej w swoim kraju prosiła publicznie nie tylko Trumpa, ale i… premiera Izraela, Benjamina Netanyahu.
Maduro został porwany, przewieziony do Waszyngtonu, gdzie obecnie jest przesłuchiwany.
Co jednak stanie się z Wenezuelą i jej mieszkańcami? We wczorajszym oświadczeniu Trumpa słowo “demokracja” nie padła jednak ani razu. Kilka razy za to padło słowo “ropa”.
To nie pierwszy raz, kiedy “Wielki Brat” interweniuje w krajach Ameryki Łacińskiej. Tym razem mamy jednak do czynienia z możliwym początkiem pełnoskalowej inwazji. “Schwytaliśmy Maduro, będziemy rządzić Wenezuelą”, mówi publicznie Trump. Nie wiadomo więc nawet, czy władza rzeczywiście zostanie przekazana demokratycznej, prawicowej opozycji w kraju.
Do pierwszych interwencji dochodziło już w XIX wieku. Tylko w ostatniej dekadzie siły amerykańskie interweniowały m.in.
Po zakończeniu II wojny światowej Ameryka Łacińska stała się jednym z głównych obszarów rywalizacji geopolitycznej w okresie zimnej wojny. Czyli wojny prowadzonej przez USA i ZSRR, w której ginęli głównie ludzie niepochodzący z tych krajów.
Stany Zjednoczone, kierując się doktryną powstrzymywania komunizmu “za wszelką cenę” oraz ochroną własnych interesów politycznych i gospodarczych, wielokrotnie ingerowały w sprawy wewnętrzne państw regionu. Zarówno bezpośrednio militarnie, jak i poprzez działania wywiadowcze, wsparcie dla zamachów stanu czy lokalnych reżimów powiązanych z radykalną prawicą.
Amerykańskie interwencje nie zaprowadziły jednak w tych krajach ani porządku, ani instytucji demokratycznych – w obydwu przypadkach, co potwierdzali liczni eksperci i komentatorzy, chodziło o umocnienie pozycji USA w regionie.
Kontrowersyjna interwencja (w której brały udział także i polskie oddziały) nie zakończyła się jednak – długofalowo – sukcesem. Aristide został zmuszony do ustąpienia z urzędu w 2004 roku.
Wydarzenia te mają jednak swoje korzenie w tzw. doktrynie Monroe – klasycznej dla amerykańskiej historii myśli politycznej, opierającej się na zasadach ograniczania interwencji na innych kontynentach niż dwie Ameryki (zakończyły ją na dobre dwie wojny światowe, w których na ziemiach europejskich walczyły także i jankeskie oddziały).
Doktryna ta została nie tak dawno ostatnio “przywrócona” przez reżim Trumpa, co komentatorzy nazywają “doktryną Donro’ego”. Ameryka Łacińska stała się jeszcze raz istotna dla Stanów Zjednoczonych – tym razem nie jest to obszar walk wpływów (w tym i walki o surowce naturalne, zwłaszcza o lit) z ZSRR, ale z Chinami.
Działania te były zawsze uzasadniane walką o demokrację i stabilność. Doprowadziły jednak do masowych naruszeń praw człowieka, destabilizacji regionu oraz długotrwałych konsekwencji społecznych i politycznych, które Ameryka Łacińska odczuwa do dziś.
Tym razem mamy jednak do czynienia z zupełnie nową formą ataku ze strony USA na Amerykę Łacińską.
Mamy więc do czynienia z sytuacją podobną do inwazji na Irak w 2003 roku.
Oficjalnym celem amerykańskiej inwazji (także przy wsparciu m.in. sił polskich) było „rozbrojenie Iraku z broni masowego rażenia, zakończenie wspierania terroryzmu przez Saddama Husajna i uwolnienie narodu irackiego”.
Irak to nie jedyny przykład. Do podobnych “interwencji” mogą przyznać się też inne postkolonialne potęgi. Analogicznym działaniem wydaje się chociażby rosyjska inwazja na Afganistan, gdzie chodziło o wyeliminowanie demokratyzującego kraj Muhammada Dauda.
Nie oceniając jednak samej interwencji USA – jej obrońcy, jak Bartosz Wieliński czy Wojciech Maziarski w “Wyborczej”, mówią o “obronie demokracji” (w sensie demokracji liberalnej) czy likwidacji “przyczółka rosyjskich interesów”. Czyni to jednak niebezpieczny precedens w prawie międzynarodowym: jeśli USA może “bronić swoich interesów” poprzez nielegalną inwazję, to czemu nie mogą robić tego Chiny, Rosja czy Indie?
W mediach regionu porównuje się tę sytuację z pełnoskalową inwazją putinowskiej Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku. W Polsce tę hipotezę głosi zwłaszcza skrajna prawica, jak na przykład, na swoim profilu na X, Sławomir Mentzen.
Jednak Ukraina, mimo że nie jest demokracją liberalną, posiada władzę wybraną według demokratycznych procedur, jest więc suwerennym krajem, którego obywateli reprezentuje m.in. Wołodymyr Zełenski. Po drugie, w Ukrainie widzimy pełnoskalową inwazję, gdzie siły rosyjskie dopuszczają się zbrodni także na ludności cywilnej.
W Ameryce Łacińskiej interwencje doprowadziły do tragedii nie tylko na poziomie politycznym (kompletna erozja instytucji demokratycznych) czy gospodarczym (skrajnie wolnorynkowe reformy doprowadziły do kryzysów społecznych, czego przykładem jest współczesne Chile).
Symbolem amerykańskich interwencji pozostają jednak tzw. detenidos desaparecidos (krócej znani, także w literaturze jako desaparecidos, co znaczy tyle, co “zaginieni”) – ludzie aresztowani przez dyktatury, których ciał nie udało się często znaleźć aż do teraz.
W Argentynie czy Chile mowa tutaj wręcz o dziesiątkach tysiącach obywateli tych krajów.
Chodzi tutaj także o indywidualne tragedie. Dla osób zmęczonych siedzeniem przed ekranem – opisują je dobrze książkowe reportaże Artura Domosławskiego czy Ryszarda Kapuścińskiego. Z powieści zaś – Długi płatek morza Isabel Allende czy niedawno wydany w końcu po polsku Pan Prezydent laureata Literackiej Nagrody Nobla, Miguela Ángela Asturiasa.
Warto też zwrócić uwagę na dwie produkcje, dostępne na bynajmniej nie “antyamerykańskim” Netflixie:
I oczywiście: trzeba podkreślać, że Nicolas Maduro jest autorytarnym zbrodniarzem, nieuznającym także legalnych wyników wyborów.
Nieoczekiwana inwazja jest jednak naruszeniem norm prawa międzynarodowego. Obcy kraj nie może dokonać interwencji w innym, suwerennym kraju w celu obrony jego porządku wewnętrznego. To tworzy niebezpieczny precedens.
Sytuacja jest także skomplikowana, jeśli chodzi o samą Wenezuelę.
Żeby zrozumieć kontekst, cofnijmy się o kilka dekad (mając z tyłu głowy, że to kraj bogaty w ropę naftową). Po zwycięstwie w wyborach prezydenckich w 1998 roku Hugo Chávez zapoczątkował w Wenezueli proces głębokich reform politycznych, społecznych i gospodarczych, znany jako rewolucja boliwariańska. Maduro jest jej wykolejonym kontynuatorem.
Już w 1999 roku, w drodze referendum, przyjęto nową konstytucję. Zmieniła ona nazwę państwa na Boliwariańską Republikę Wenezueli, wzmocniła rolę prezydenta oraz wprowadziła nowe mechanizmy demokracji bezpośredniej, w tym możliwość odwołania głowy państwa w referendum.
Kluczowym elementem rządów Cháveza była polityka społeczna finansowana z dochodów z ropy naftowej, w szczególności poprzez programy zwane Misiones.
Obejmowały one powszechny dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej, walkę z analfabetyzmem, rozwój szkolnictwa oraz subsydiowaną żywność. W okresie jego rządów znacząco podniesiono płacę minimalną, a według danych ONZ odsetek ludności żyjącej w ubóstwie uległ wyraźnemu zmniejszeniu.
Rządy Cháveza opierały się na zwiększonej kontroli państwa nad strategicznymi sektorami gospodarki, zwłaszcza nad przemysłem naftowym. Dochody z eksportu ropy zostały przeznaczone na szeroko zakrojone programy społeczne, tzw. Misiones, obejmujące m.in. bezpłatną opiekę zdrowotną, walkę z analfabetyzmem, rozwój edukacji oraz subsydiowanie żywności. W okresie jego rządów znacząco podniesiono płacę minimalną, a według danych ONZ spadł odsetek ludności żyjącej w ubóstwie.
Chávez wspierał także rozwój lokalnych struktur partycypacyjnych, takich jak rady dzielnicowe i media wspólnotowe, jednocześnie centralizując władzę wykonawczą. W 2009 roku, po referendum konstytucyjnym, zniesiono limit kadencji prezydenckich, co umożliwiło mu kolejne starty w wyborach.
Mimo to, na ulicach stolicy kraju, Caracas, amerykańską interwencję powitały tłumy ludzi. Centralistyczne reformy Cháveza wykorzystał jego następca, Nicolas Maduro. Wprowadził w kraju zamordyzm i rządy praktycznie totalitarne (prześladowani są niezależni dziennikarze, mają miejsce egzekucje pozasądowe czy aresztowania bez podstawy prawnej). W kraju, o czym pisze od lat Amnesty International, panuje skrajna bieda, daje się we znaki brak dostępu do żywności, wody, opieki zdrowotnej i energii elektrycznej. Pod koniec 2024 roku ponad 7,8 miliona Wenezuelczyków opuściło kraj.
Co więcej – a co istotne z perspektywy naszego regionu – Maduro utrzymywał też bliskie kontakty z putinowską Rosją, którą traktował jako sprzymierzeńca i “gwaranta” obrony przed trumpowskim reżimem.
Co dalej zrobi Trump? Jedno, co jest pewne, to że to nie koniec jego “interwencji w obronie demokracji”. Nie jest to zresztą jedyna interwencja w regionie, którą mogliśmy zaobserwować w ostatnich miesiącach. W grudniowych wyborach w Hondurasie, gdzie wygrał prowaszyngtoński kandydat Nasra Asfura, także prawdopodobnie doszło do ingerencji ze strony USA. Sprawa nie została jednak dotychczas rozstrzygnięta.
Tym samym administracja Republikanów kontynuuje jankeską tradycję interwencji u swoich południowych sąsiadów. Wenezuela to kolejny przykład, po mniej sławnych interwencjach w Chile czy w Argentynie.
Krzysztof Katkowski (ur. 2001) – socjolog, tłumacz, dziennikarz, poeta. Absolwent Universitat Pompeu Fabra w Barcelonie i Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną”, „Dziennikiem Gazeta Prawna” i „Semanario Brecha”. Jego teksty publikowały m.in. „la diaria”, „Gazeta Wyborcza”, „The Guardian” „Jacobin”, , „Kapitàl noviny”, „Polityka”, „El Salto” czy CTXT.es.
Krzysztof Katkowski (ur. 2001) – socjolog, tłumacz, dziennikarz, poeta. Absolwent Universitat Pompeu Fabra w Barcelonie i Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną”, „Dziennikiem Gazeta Prawna” i „Semanario Brecha”. Jego teksty publikowały m.in. „la diaria”, „Gazeta Wyborcza”, „The Guardian” „Jacobin”, , „Kapitàl noviny”, „Polityka”, „El Salto” czy CTXT.es.
Komentarze