0:00
09 grudnia 2022

Prokuratura umorzyła śledztwo ws. tuszowania pedofilii. Uwierzyła w kłamstwo biskupa

Biskup Andrzej Dziuba uniknął odpowiedzialności za niezawiadomienie o przestępstwach pedofilskich podległego mu księdza. Prokuratura uwierzyła w wersję wydarzeń hierarchy, choć z dowodów wynika, że kłamał - ustaliło OKO.press

Wydrukuj

Prokuratura Rejonowa Łódź-Górna 31 października 2022 roku umorzyła śledztwo w sprawie łowickiego biskupa Andrzeja Dziuby. Trzy lata wcześniej zawiadomienie złożył Janusz, dziś trzydziestokilkuletni nauczyciel historii, który oskarżył księdza Piotra S., że molestował go, gdy miał 13 lat. Jego historię opisaliśmy latem 2020 roku.

Janusz jednocześnie zarzucił biskupowi, że przez dwa lata nie zawiadomił organów ścigania o przestępstwach seksualnych księdza. Zatajenie takiej wiedzy od 2017 roku jest przestępstwem opisanym w artykule 240 kodeksu karnego. Grozi za to do trzech lat więzienia.

Jak ustaliliśmy, umarzając śledztwo w sprawie biskupa, prokuratura zignorowała kluczowe dowody.

Przewlekanie kościelnego procesu

Co do tego, że biskup wiedział o zarzutach wobec Piotra S., nie ma wątpliwości. W 2012 roku o wykorzystywaniu seksualnym przez księdza Janusz opowiedział podczas oficjalnego przesłuchania w kurii łowickiej. Potem korespondował na ten temat z kurią i biskupem, a nawet spotkał się z nim osobiście.

Z korespondencji z kurią łowicką i bp. Dziubą, którą Janusz nam udostępnił, wynika, że kościelne władze najprawdopodobniej chciały go wziąć na przeczekanie.

Zgodnie z obowiązującymi w Kościele katolickim przepisami prawa kanonicznego biskup o tego rodzaju zgłoszeniu po wstępnej weryfikacji powinien poinformować Watykan. Zwykle taka weryfikacja trwa góra kilka tygodni. W tym przypadku trwała aż trzy lata. Kiedy watykańska Kongregacja Nauki Wiary po otrzymaniu zgłoszenia Dziuby nakazała mu przeprowadzić właściwy proces, zajęło ono kolejne trzy lata.

Opinię psychologiczną Janusza na potrzeby tego procesu sporządził ks. Mirosław N., który w 2022 sam został nieprawomocnie skazany za namiętne całowanie 14-letniego chłopca. Opinia stwierdzała, że Janusz jest niewiarygodny.

Gdy w 2018 r. biskup Dziuba przedstawił wyniki procesu Kongregacji, uznała ona, że nie został przeprowadzony nierzetelne. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że w ciągu sześciu lat trybunał powołany przez Dziubę nawet nie próbował przesłuchać wskazanych przez Janusza świadków. Najprawdopodobniej uznał księdza Piotra S. za niewinnego.

Papież nakazał przeprowadzenie postępowania od nowa prymasowi Wojciechowi Polakowi. W jego wyniku w 2021 r. Watykan wydalił Piotra S. z kapłaństwa.

Prokuratura daje świadectwo wiary

Zanim biskup Dziuba zakończył własny proces w sprawie księdza Piotra, rząd PiS wprowadził zmianę w kodeksie karnym, która w szczególnym stopniu dotyczyła kościelnych hierarchów. Zgodnie z nowym, obowiązującym od lipca 2017 roku, brzmieniem artykułu 240 kodeksu karnego każdy, kto ma wiarygodną wiedzę o przestępstwach seksualnych przeciwko małoletnim, ma obowiązek niezwłocznie powiadomić o tym organy ścigania. Za zatajenie takiej wiedzy grozi nawet do trzech lat więzienia.

Po wejściu w życie tego prawa niektórzy biskupi zawiadomili prokuraturę o przestępstwach, o których dowiedzieli się przed laty. Tak zrobił na przykład biskup opolski Andrzej Czaja.

Biskup Dziuba o sprawie księdza Piotra nikogo nie zawiadomił, choć z pewnością o zmianie prawa wiedział. Jak ujawniliśmy, we wrześniu 2017 dostał pismo z prokuratury informujące go o treści nowego przepisu i wzywające do „uwrażliwienia na te kwestie” wszystkich pracowników diecezji.

Dlaczego Dziuba nie zawiadomił wtedy prokuratury o sprawie Piotra S.? W zeznaniach, do których dotarliśmy, tłumaczył się tak:

„Pan [Janusz] w pierwszym piśmie skierowanym do nas poinformował, że zgłasza sprawę do prokuratury, w związku z czym byliśmy pewni, że prokuratura została poinformowana i sami już nie informowaliśmy prokuratury. Byłem przekonany, że prokuratura została zawiadomiona przez pana [Janusza], w kilku kolejnych pismach również to potwierdził” — zapewniał biskup.

Prokuratura bezkrytycznie uwierzyła w te wyjaśnienia.

Uzasadnienie umorzenia śledztwa w tym wątku zajęło zaledwie jeden akapit. Prokurator Agata Rybczyńska stwierdziła w nim, że w mailach do kurii Janusz powiadomił ją o zawiadomieniu prokuratury. A zgodnie z treścią artykułu 240 k.k. nie popełnia przestępstwa ten, kto zaniechał zawiadomienia, mając „dostateczną podstawę do przypuszczenia”, że organy ścigania już o przestępstwie wiedzą.

Sprawa jednak nie jest tak prosta. Z naszej analizy korespondencji Janusza z kurią wynika, że biskup miał dość dowodów na to, że żadne zawiadomienie nie zostało złożone.

Blef Janusza

W jednym biskup i prokuratura mają rację — Janusz rzeczywiście od początku ostrzegał, że jeśli jego zgłoszenie nie zostanie potraktowane poważnie, powiadomi media i zgłosi sprawę na policję albo do sądu. Zapowiadał to w mailach do kurii już w październiku 2012 i w styczniu 2013 roku. Po kolejnych kilku tygodniach, w ciągu których kuria nic nie zrobiła, oświadczył, że o wszystkim już poinformował media, w tym TVN, i prokuraturę.

Tyle że blefował. Chciał zmusić w ten sposób kościelne władze do działania, ale tak naprawdę nie był gotów do stanięcia przed sądem.

- Miałem wtedy dwadzieścia lat. Byłem zdesperowany i bezradny. Wstydziłem się opowiadać komukolwiek swoją historię. A księża prowadzący proces kanoniczny zapewniali, że na pewno zostaną wyciągnięte surowe konsekwencje — mówi dziś OKO.press Janusz, kiedy pytamy go, dlaczego od razu nie poszedł na prokuraturę.

Biskup Dziuba być może naprawdę dał się nabrać na ten blef w 2013 roku. Wkrótce jednak Janusz sam niejako przyznał się do kłamstwa. Osiem miesięcy po rzekomym powiadomieniu prokuratury i mediów jeszcze raz spróbował nastraszyć kurię w ten sam sposób:

„Jeśli w ciągu kilku dni nie otrzymam konkretnej informacji, co do podejmowanych planów rozwiązania kwestii, będę zmuszony interweniować w sądzie państwowym oraz poinformować media” - napisał na adres kurii w Łowiczu.

Dzięki temu mailowi biskup Dziuba mógł zorientować się, że groźby Janusza są nieszkodliwe, a prokuratura wciąż o niczym nie wie.

Sądem i prasą Janusz straszył jeszcze w lipcu 2016 roku. Ale i wtedy swoich gróźb nie zrealizował.

Kłamstwo biskupa

Gdyby biskup miał co do tego wątpliwości, wystarczyłby e-mail do prokuratury lub rozmowa z podwładnym. Gdyby toczyło się śledztwo ws. księdza Piotra S., prędzej czy później byłby wezwany na przesłuchanie. A przecież od informacji o rzekomym zawiadomieniu z 2013 roku mijały kolejne lata.

Biskup mógł też wprost zapytać Janusza, czy spełnił swoją groźbę. Miał do tego okazję w 2017 roku, kiedy rozmawiali w siedzibie kurii. Jak wynika z przekazanej nam korespondencji, rozmowa odbyła się 10 czerwca, czyli trzy miesiące po uchwaleniu przepisu przewidującego karę za zatajenie wiedzy o przestępstwach seksualnych i zaledwie miesiąc przed jego wejściem w życie. Biskupa nie interesowały jednak losy zawiadomienia, o którego złożeniu — jak dziś twierdzi — był przekonany. Rozmawiał z Januszem tylko o kościelnym procesie. Na pytania o jego finał — jak wspomina Janusz — odpowiedział, że „w Kościele wszystko trwa długo”.

Nawet jeśli rzeczywiście biskup Dziuba w dniu wejścia w życie nowelizacji artykułu 240 k.k. wierzył, że już nie musi zawiadamiać prokuratury o przypadku księdza Piotra S., powinien był zmienić zdanie w marcu 2018 roku. Tego dnia Janusz po raz ostatni upomniał się o wyniki kościelnego postępowania kurii łowickiej:

„Pragnę poinformować, iż jeśli do miesięcy letnich nie będzie żadnych postępów w ww. sprawie, złożę doniesienie do prokuratury, gdyż postępujecie Państwo karygodnie”.

Po otrzymaniu tego maila biskup Dziuba i urzędnicy kurii nie mogli już mieć „dostatecznej podstawy do przypuszczenia”, że prokuratura wie o przestępstwie Piotra S. Wręcz przeciwnie.

Wiedząc, że przez lata Janusz nie odważył się pójść na prokuraturę, mogli spodziewać się, że tym razem także tego nie zrobi. Ale nawet wtedy biskup Dziuba nie sprawdził, czy doniesienie w sprawie Piotra S. zostało złożone ani nie złożył go sam.

W końcu zrobił to sam Janusz w maju 2019 roku.

- Punktem zwrotnym był film Sekielskiego ["Tylko nie mów nikomu" — red.]. Następnego dnia po jego emisji zgłosiłem sprawę do prokuratury — wspomina.

Procesy trwają

Łódzka prokuratura na podstawie zeznań Janusza postawiła Piotrowi S. zarzut seksualnego wykorzystania małoletniego. Śledztwo potwierdziło, że — jak pisaliśmy w 2020 roku — pierwsze skargi na molestowanie chłopców przez Piotra S. wpłynęły do kurii łowickiej już w latach 90. Obecnie trwa proces w sądzie w Skierniewicach. Na prośbę byłego księdza jego przebieg został utajniony.

Zaniedbania biskupa Dziuby przy prowadzeniu postępowania w sprawie Piotra S. od 2020 roku bada Watykan. Choć w międzyczasie ukarał kilkunastu polskich biskupów, Dziuba wciąż czeka na decyzję papieża.

Umorzenie śledztwa prokuratury w sprawie Dziuby nie jest prawomocne. W imieniu Janusza zaskarżył je do sądu mecenas Jarosław Głuchowski.

Udostępnij:

Daniel Flis

Dziennikarz śledczy. W OKO.press od 2016 r., wcześniej pisał dla „Gazety Wyborczej”. Absolwent filozofii na UW i Polskiej Szkoły Reportażu, stypendysta OCCRP. Był nominowany do nagród dziennikarskich.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne