Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

28 kwietnia 2026 roku na przejściu granicznym dla pieszych i rowerzystów Białowieża-Piererow w Puszczy Białowieskiej Poczobut stanął po polskiej stronie granicy. Zdjęcie opublikowane przez premiera Donalda Tuska pokazuje go bardzo wychudzonego – z zapadniętymi policzkami i zaczerwienionymi, zmętniałymi oczami. Premier napisał pod zdjęciem: „Witaj w polskim domu, przyjacielu”. Kadr natychmiast podchwyciły światowe media.

Dziennikarz wsiadł do samochodu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, obok niego siedział Bartosz Wieliński z „Gazety Wyborczej”. To właśnie Wieliński – jako pierwszy i przez kolejne godziny jedyny – miał wysłuchać i przekazać relację człowieka, który opuścił kolonię karną nr 1 w Nowopołocku. Uwolniony opowiadał o krzykach torturowanych więźniów, które słyszał zaraz po przybyciu do placówki, o 167 dniach spędzonych w karcerze na gołych deskach, o dwóch latach w celi z otwartym oknem – zimą mróz, latem upał. Przywołał też słowa funkcjonariusza, które tam usłyszał: „Nam nie trzeba, żebyś ty był martwy, nam trzeba, żebyś ty był żywy”.

Radosław Sikorski, który rozmawiał z Poczobutem jeszcze na granicy, opisał go jako „wygłodniałego i wycieńczonego”. Na wspólnej konferencji prasowej z Johnem Coale’em, specjalnym wysłannikiem prezydenta USA do spraw Białorusi, polski minister spraw zagranicznych dodał, że Poczobut po 1860 dniach w więzieniu o zaostrzonym rygorze jest w Polsce „cały i zdrowy”. Nie wspomniał, że waży teraz 74 kilogramy, schudł o ponad 20 i porusza się z bólem.

Następnego dnia media opublikowały zdjęcie ze szpitala. Poczobut siedzi na łóżku, obok niego żona Oksana i dzieci – Jarosław i Jana. To pierwsza fotografia, na której widać jego delikatny uśmiech. Oksana napisała w mediach społecznościowych: „Poranek w warszawskim szpitalu. Najmilsze poranki z możliwych”.

Prezydent Karol Nawrocki zaprosił Poczobuta 3 maja do Pałacu Prezydenckiego po odbiór Orderu Orła Białego – odznaczenia przyznanego zaocznie w listopadzie 2025 roku, gdy dziennikarz wciąż przebywał w celi.

Gdy o trzeciej nad ranem strażnicy oznajmili mu, że idzie na wymianę, nie uwierzył – był przekonany, że przewożą go do innego więzienia. Kiedy usłyszał, że jedzie do Polski, odmówił – nie miał gwarancji, że będzie mógł wrócić. Dopiero gdy polski chargé d’affaires potwierdził to przez telefon, zgodził się wsiąść do transportu. Według relacji premiera Tuska, jego pierwsze słowa po przekroczeniu granicy brzmiały: „Czy będę mógł tam wrócić?”.

Przeczytaj także:

Zaczęło się od bloga

Andrzej Poczobut urodził się w 1973 roku w Brzostowicy Wielkiej, wsi w obwodzie grodzieńskim, położonej przy granicy z Polską. Dorastał w przestrzeni pogranicza – języków, kultur, religii oraz różnych pamięci. Później przeniósł się do Grodna i to miasto stało się jego punktem odniesienia na resztę życia. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych razem z bratem Stanisławem założył punkowy zespół Deviation. Pisał także wiersze – w jednym z nich pojawiły się słowa: „nadziei jak nigdy nie ma, wokół pokora i niewola, lecz broń została w ręku”. Później wykorzystał je zespół Dzieciuki.

Prowadził blog na platformie LiveJournal, zatytułowany „Żiwoj Żurnał”, od 2007 roku – początkowo sporadycznie, ale w latach 2010-2011 z intensywnością sięgającą 26 wpisów miesięcznie. Wybór języka był świadomy: „Postanowiłem pisać po białorusku. Publiczność, która mnie interesuje, to obywatele Republiki Białoruś”. Pierwsze wpisy miały charakter testowy – sprawdzał działanie platformy, możliwości formatowania, zasięgi. Szybko jednak blog przerodził się w coś więcej niż techniczny dziennik. Pisał o błędach językowych, które go irytowały, o problemach z komputerem, o tym, jak trudno się pracuje przy otwartym oknie, gdy za ścianą sąsiedzi urządzają libację. Z dystansem notował własne potknięcia – raz przyznał, że przez pomyłkę wysłał maila do niewłaściwego adresata i czeka go teraz niezręczna rozmowa.

Blog był swoistą kroniką codzienności: życia rodzinnego, lokalnych spraw Grodzieńszczyzny, drobnych obserwacji, nierzadko ironicznych. Gdy w 2011 roku rozpoczęły się pierwsze zatrzymania, zaczął dokumentować również każdą rewizję, każde wezwanie na przesłuchanie, każdą konfiskatę. Od 2012 roku wpisy stawały się rzadsze i bardziej lakoniczne, a po 2013 roku blog praktycznie zamarł. Łącznie powstało 558 wpisów, które później stały się jednym z kluczowych źródeł rekonstrukcji jego biografii sprzed aresztowania w 2021 roku.

Po studiach prawniczych w 1998 roku mógł wyjechać za granicę, ale zdecydował się zostać. Żona Oksana, filolożka białoruska, dzieci i rodzice – to był jego dom. Uczestniczył wówczas w pracach Białoruskiego Frontu Narodowego i Młodego Frontu – białoruskich organizacji opozycyjnych. Interesował się środowiskami anarchistycznymi, jednak ostatecznie postawił na dziennikarstwo – najpierw lokalne, potem dla niezależnych tytułów ogólnokrajowych.

Współpracował ze Związkiem Polaków na Białorusi, współredagował „Głos znad Niemna” i „Magazyn Polski”, pisał dla „Pahoni”, „Dnia”, „Miestnogo Wriemieni” i niezależnego dziennika „Narodnaja Wola”. Był redaktorem naczelnym „Magazynu Polskiego na Uchodźstwie”, a od 2006 roku został korespondentem „Gazety Wyborczej” w Grodnie. Przed aresztowaniem w 2021 roku wykładał też prawo w Grodzieńskim Państwowym Koledżu Politechnicznym oraz w technikum prawa i biznesu.

Specjalizował się w historii służb specjalnych ZSRR na Zachodniej Białorusi oraz w działalności Armii Krajowej na tych terenach. Było to zajęcie niebezpieczne, ponieważ dotykało wrażliwych narracji historycznych funkcjonujących w oficjalnej propagandzie. Krytykował Łukaszenkę, ale zawsze w ramach białoruskiego prawa – starał się pisać tak, by nie dać pretekstu do oskarżeń o działalność wywrotową.

Nie był liderem opozycji, nie budował partii ani nie organizował marszów. Raczej był lokalnym dziennikarzem i historykiem, „krajowiedem”, jak mawiają na Wschodzie, ale w autorytarnym systemie tacy ludzie okazują się niewygodni.

Jak go łamano

Represje rozpoczęły się w 2011 roku. W marcu postawiono mu zarzut znieważenia prezydenta w publikacjach w „Gazecie Wyborczej”, na portalu „Biełorusskij Partizan” i w blogu. 6 kwietnia zatrzymano go na 72 godziny, gdy próbował jechać do Mińska na wideokonferencję z przedstawicielami Komisji Europejskiej. Podczas przeszukania mieszkania funkcjonariusze skonfiskowali jego rower – miał posłużyć jako zabezpieczenie „na odszkodowanie dla głowy państwa”. Zwrotu roweru nigdy nie uzyskał.

Następnie trafił do aresztu śledczego, gdzie spędził dwa miesiące w celi, w której obowiązywał regulamin nakazujący „stukać”, czyli meldować o wszystkim, co robią współwięźniowie. 5 lipca 2011 roku sąd w Grodnie skazał go na trzy lata więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Jego adwokat złożył kasację na 16 stronach, szczegółowo punktując naruszenia proceduralne. Odrzucono ją jednym zdaniem. We wrześniu 2013 roku, po upływie okresu próbnego, Poczobuta zwolniono z odbywania kary.

W 2012 roku prokuratura ponownie postawiła mu zarzut znieważenia prezydenta za publikacje na stronach „Biełorusskij Partizan” i „Karta'97”. Przeprowadzono rewizję w mieszkaniu, został aresztowany i po dziewięciu dniach wypuszczony z zakazem opuszczania miasta. W marcu 2013 roku komitet śledczy obwodu grodzieńskiego umorzył dochodzenie.

Przełom nastąpił 25 marca 2021 roku. Funkcjonariusze KGB zatrzymali Andrzeja Poczobuta w Grodnie i przewieźli do Mińska. Postawiono mu zarzuty z artykułu 130 kodeksu karnego – wzniecanie nienawiści na tle etnicznym – oraz z artykułu 361-3, czyli podżeganie do działań na szkodę bezpieczeństwa narodowego Białorusi.

W praktyce chodziło o jego teksty: między innymi publikację w „Gazecie Wyborczej” dotyczącą agresji ZSRR na Polskę w 1939 roku oraz artykuły o sytuacji polskiej mniejszości. Reżim nie ukrywał, że celem jest uciszenie głosu, który łączył dwie narracje – historyczną i współczesną – i przedstawiał Białoruś z perspektywy odmiennej od oficjalnej.

Proces odbył się w styczniu i lutym 2023 roku przed Sądem Obwodowym w Grodnie. Nie dopuszczono niezależnych obserwatorów, a możliwości obrony były iluzoryczne. 8 lutego 2023 roku sąd skazał go na osiem lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Białoruski Sąd Najwyższy odrzucił apelację.

Poczobut trafił do Nowopołocka – jednej z najcięższych placówek penitencjarnych.

Warunki jego uwięzienia organizacje praw człowieka opisywały jako skrajnie ciężkie. Dołączyły do tego arytmia, nadciśnienie, problemy żołądkowe, przeszedł operację usuwania wrzodów na skórze. Mimo to nie podpisał prośby o ułaskawienie. Nie zgodził się na współpracę z reżimem. W systemie Łukaszenki taki podpis bywał traktowany jako akt złamania – i Poczobut tego aktu nigdy nie popełnił.

Przez cały czas, kiedy był osadzony, organizacje międzynarodowe – OBWE, Amnesty International, Komitet Ochrony Dziennikarzy – uznawały go za więźnia politycznego. W rezolucji Parlamentu Europejskiego z marca 2023 roku wprost stwierdzono, że zarzuty wobec niego są politycznie motywowane i mają na celu uciszenie niezależnych głosów na Białorusi. Polska dyplomacja wielokrotnie wzywała Mińsk do uwolnienia Poczobuta, jednak apele, noty i rezolucje pozostawały bez odpowiedzi.

W październiku 2025 roku Parlament Europejski przyznał mu Nagrodę Sacharowa – najwyższe wyróżnienie Unii Europejskiej w dziedzinie praw człowieka. Dzielił ją z gruzińską dziennikarką Mzią Amaglobeli. Przewodnicząca PE Roberta Metsola powiedziała wówczas, że Parlament oddaje hołd dwojgu dziennikarzom, których odwaga daje nadzieję wszystkim tym, którzy nie zamierzają milczeć, kiedy władza łamie prawo. 16 grudnia 2025 roku w Strasburgu nagrodę w imieniu Poczobuta odebrała córka Jana. Był to gest o ogromnej sile symbolicznej, nie miał jednak przełożenia na realną poprawę jego losu.

Mińsk: targ niewolników XXI wieku

Na Białorusi więźniowie polityczni są traktowani jako zasób negocjacyjny. Im dłużej trzyma się ich w nieludzkich warunkach i im bardziej są wyniszczeni, tym wyższa staje się ich cena. Operację uwolnienia Poczobuta nadzorował osobiście Alaksandr Łukaszenka, a przygotowaniami kierował przewodniczący KGB Iwan Tertel, urodzony jako Jan Cierciel, etniczny Polak, który przeszedł drogę od pracy w milicji do szefowania białoruskim służbom specjalnym.

Poczobut był pod tym względem aktywem wyjątkowym. Laureat międzynarodowych nagród, dziennikarz znany na Zachodzie, konsekwentnie odmawiający współpracy, nieugięty mimo tortur – wszystko to podnosiło jego cenę.

Wymiana odbyła się 28 kwietnia 2026 roku w formule „pięć na pięć”. Przygotowania, według komunikatu białoruskiej agencji BelTA, trwały od września 2025 roku i stanowiły „kumulację złożonego i długotrwałego procesu negocjacyjnego między KGB Białorusi a polską Agencją Wywiadu”, prowadzonego na osobiste polecenie prezydenta Białorusi. Tamtejsze KGB podziękowało przy tym „FSB Rosji za wysoki poziom współpracy przy rozwiązywaniu najtrudniejszych kwestii”. W wyniku operacji na wolność wyszli oprócz Poczobuta: karmelita Grzegorz Gaweł – aresztowany przez białoruskie służby pod zarzutem szpiegostwa; dwóch oficerów mołdawskiego wywiadu, Victor Țureă i Dionisie Banari, torturowanych w moskiewskim areszcie elektrowstrząsami, oraz jedna osoba, której nazwiska nie ujawniono. Wiadomo tylko, że ta piąta osoba współpracowała z polskim wywiadem.

W zamian Mińsk i Moskwa otrzymały własną piątkę.

  • Aleksandr Butiagin – archeolog z Ermitażu, aresztowany w Warszawie na wniosek Ukrainy za nielegalne wykopaliska na okupowanym Krymie i wywóz dóbr kultury. W marcu 2026 roku polski sąd zgodził się na jego ekstradycję do Kijowa, jednak później zablokował ten ruch. Teraz Butiagin trafił do Mińska, a stamtąd do Rosji.
  • Aleksandr Balan – były zastępca dyrektora mołdawskiej Służby Informacji i Bezpieczeństwa, oskarżony o przekazywanie tajemnic białoruskiemu KGB. Sąd w Kiszyniowie skazał go zaocznie, prezydent Maia Sandu go ułaskawiła i kiedy został pozbawiony obywatelstwa, przekazano go Rosji.
  • Nina Popowa – obywatelka Rosji, żona oficera GRU, skazana w Mołdawii za próbę wręczenia łapówki pogranicznikowi, choć jak się zdaje to jej najmniejsza przewina.
  • Władisław Nadiejko – białoruski taksówkarz z Białegostoku, członek prorosyjskiej organizacji, który na zlecenie KGB rozpracowywał środowiska białoruskiej emigracji w Polsce.

Reakcje i polskie spory

Gdy tylko wiadomość o uwolnieniu Poczobuta obiegła media, rozpoczęła się walka o autorstwo sukcesu. Premier Donald Tusk podkreślał rolę polskich służb, dyplomatów i prokuratury oraz pomoc sojuszników z USA, Rumunii i Mołdawii. Prezydent Karol Nawrocki ogłosił, że proces uwolnienia został wzmocniony przez jego rozmowy z Donaldem Trumpem, a prezydencki minister Marcin Przydacz doprecyzował, że stało się to na skutek decyzji prezydenta Donalda Trumpa po rozmowie z prezydentem Nawrockim w Białym Domu.

Radosław Sikorski dziękował Trumpowi i Coale’owi, nazywając moment uwolnienia Poczobuta dniem, który nie byłby możliwy bez amerykańskiego przywództwa. Tomasz Siemoniak, minister koordynator służb specjalnych, ujawnił w TVN24, że polski warunek brzmiał: „Andrzeja nie ma – wymiany nie ma”, a mimo to do ostatniej minuty nie było pewności, czy Łukaszenka nie zerwie porozumienia.

Jarosław Kaczyński napisał, że do uwolnienia mogło dojść wcześniej, przy okazji dużej operacji w Ankarze w 2024 roku, kiedy Polska oddała Rosji oficera GRU Andrieja Rubcowa, znanego też jako Pablo González, a Poczobuta na liście zabrakło. „Wówczas rząd Tuska odpuścił tę szansę. Na szczęście lepiej późno niż wcale” – stwierdził. Tusk kontrował, że wtedy nie dysponowano odpowiednimi aktywami.

Z Mińska odezwał się Tomasz Szmydt, były polski sędzia, który w 2024 roku zbiegł na Białoruś i stał się twarzą reżimowej propagandy. Napisał na X: „Poczobut został uwolniony. Na granicy powitał go osobiście premier Polski Donald Tusk. Jest to element wymiany, poprzedzonej negocjacjami pomiędzy KGB a AW. Nadzorowanymi osobiście przez prezydenta A. Łukaszenkę”. W narracji Szmydta to Mińsk rozdawał karty, a Warszawa pozostawała petentem.

Jednocześnie ostro zareagował Kijów. Rzecznik MSZ Heorhij Tychyj wydał oświadczenie: „Ukraina z przykrością dowiedziała się, że wbrew wcześniejszemu, całkowicie słusznemu postanowieniu polskiego sądu, rosyjski obywatel, wobec którego istnieją uzasadnione podejrzenia o popełnienie przestępstwa na terytorium Ukrainy – w szczególności o wywóz dóbr kultury z Krymu – nie został jednak ekstradowany do Ukrainy. Strona rosyjska cynicznie wykorzysta ten polityczno-prawny epizod do uzasadniania okupacji Krymu”.

Z zebranych danych wyłania się obraz Polski jako aktora, który nie ma skutecznego mechanizmu nacisku na Mińsk.

Warszawa wysyłała noty dyplomatyczne, apele – były to jednak gesty, które Łukaszenka ignorował. Jedynym ruchem, który realnie uderzył w reżim, było zamknięcie przejść granicznych, szybko jednak cofnięte po interwencji Chin, dla których białoruski szlak tranzytowy ma znaczenie kluczowe; dziś nie jest drożny, ale Pekin traktuje go jako potencjalne aktywa i inwestuje realne środki. Nie ma też publicznie potwierdzonych dowodów, że Warszawa używała aktywniejszych narzędzi wpływu.

Przypomnijmy, w 2024 roku Łukaszenka powiedział dziennikarzom o Poczobucie: „Zabierzcie go, ale on nie chce. Polacy odmówili nawet rozmów”. Było to kłamstwo, które miało przedstawić Warszawę jako stronę bezsilną. W 2025 roku z Mińska wyjechała grupa innych więźniów politycznych – między innymi Siarhiej Cichanouski – Poczobut jednak pozostawał w celi. Warszawa dysponowała niezmiennie narzędziami ekonomicznymi, ponieważ przez lata handel z Białorusią był intensywny, a Mińsk potrzebuje polskiego rynku, nie sięgnięto jednak po żadną realną dźwignię.

Po wymianie Rubcowa w 2024 roku Mariusz Kamiński, były szef MSWiA w rządzie PiS, stwierdził: „Oddaliśmy cennego agenta GRU […], nie dostając nic w zamian”. Dziś Kamiński pozostaje figurą regularnie cytowaną przez rosyjskie media. Nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę i jego diagnoza sprzed dwóch lat okazała się niestety trafna: Polska długo nie miała strategii, a kiedy już ją zbudowała, oparła się wyłącznie na cudzych narzędziach wpływu, płacąc za to – trudno mieć co do tego wątpliwości – olbrzymią cenę.

Kulisy transakcji

Zatem uwolnienie Poczobuta nie było operacją polską. Administracja Trumpa od ponad roku systematycznie ocieplała relacje z Mińskiem, a jednym z możliwych pól negocjacji był białoruski sektor potasowy. Białoruś dysponuje olbrzymimi złożami soli potasowej, a Biełaruśkalij pozostaje jednym z najważniejszych globalnych eksporterów. Po wojnie celnej z Kanadą i zakłóceniach w łańcuchach dostaw, spowodowanych napięciami m.in. w rosyjskich portach, amerykańskie rolnictwo potrzebowało stabilnych dostaw tych nawozów. Mińsk to rozumiał i – wedle dostępnych przesłanek – dobrze poprowadził negocjacje z Waszyngtonem.

19 marca 2026 roku Łukaszenka ogłosił ułaskawienie 250 więźniów politycznych. Kilka dni później departament skarbu USA wykreślił z listy sankcyjnej Biełaruśkalij, Białoruską Kompanię Potasową i kilka banków. Trump publicznie podziękował Łukaszence na swojej platformie Truth Social, pisząc: „Za to”. Coale mówił o „konstruktywnym współdziałaniu” i zapowiadał kolejny przyjazd do Mińska za dwa-trzy tygodnie. Tom Rose, ambasador USA w Polsce, podkreślał, że „Ameryka dotrzymuje słowa wobec sojuszników”. J

eśli ta potasowa hipoteza jest prawdziwa, niebawem powinny pojechać przez przejście kolejowe koło Czeremchy na Podlasiu białoruskie składy z nawozami.

Istnieje również druga interpretacja – geopolityczna. Moment operacji nie był przypadkowy. Kwiecień 2026 roku to czas poważnych napięć międzynarodowych, eskalacji wokół Iranu i Cieśniny Ormuz. Waszyngton potrzebuje lojalnych sojuszników na wschodniej flance NATO, a Polska i Rumunia są tu partnerami kluczowymi. Udział Bukaresztu w operacji, a następnie podziękowania Coale’a dla Rumunii, miały również wymiar strategiczny. W ten sposób uwolnienie dziennikarza stało się elementem szerszego pakietu: potas, sankcje, lojalność Polski i Rumunii, kanał dialogu z Mińskiem. Jeśli w najbliższych dniach Waszyngton skieruje do Warszawy i Bukaresztu propozycje zaangażowania się w działania w Zatoce Perskiej, otrzymamy brakujący element tego obrazu.

W tej rozgrywce Poczobut nie był więc podmiotem. Tertel jest dziś na Białorusi głównym inżynierem kontaktów z Polską – od początku wiedział, że Warszawa nie prowadzi tej operacji. Toczy się ona z Waszyngtonem, a my pełnimy funkcję techniczną: dostarczyciela aktywów i odbiorcy więźnia. Polska dysponowała osobami ważnymi dla Rosji i Białorusi – Butiaginem i Nadiejką – i to oni stali się walutą. Sikorski przyznał to wprost: „Fakt, że mieliśmy kogoś do wymiany, bardzo pomógł”. Premier Tusk dodał, że „kilka razy byliśmy blisko finału, a Białorusini zmieniali zdanie w ostatniej chwili”. Butiagin nie mógł przy tym trafić z Polski bezpośrednio do Rosji – jak podały „Wiedomosti”, powołując się na źródło bliskie jego obronie, „bezpośrednie przekazanie z Polski do Rosji byłoby politycznie niemożliwe”, dlatego ekstradycja poszła przez Mińsk.

Każda ze stron coś zyskała. Waszyngton – dostęp do potasu, lojalność Warszawy i Bukaresztu oraz bezpośredni kanał komunikacji z Białorusią, alternatywny wobec Moskwy. Mińsk – częściowe zniesienie sankcji i możliwość pokazania Kremlowi, że nie są całkowicie zależni od Rosji. Moskwa – odzyskała Butiagina i Balana.

Co jeszcze? Tu nie mamy wystarczająco potwierdzonych hipotez. Polska ma Poczobuta. Mołdawia – swoich oficerów. Rumunia zacieśniła funkcjonalne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Tylko Ukraina, która domagała się Butiagina, została z niczym. Ma prawo czuć się zawiedziona, ma prawo wygłaszać oskarżycielskie opinie w stosunku do Polski. Problem w tym, że podobnie jak w relacjach z Mińskiem, również z Kijowem nie mamy długofalowej strategii, której nadrzędnym celem byłyby jasno ustalone polskie priorytety. Reagujemy doraźnie i w efekcie Kijów może pozwolić sobie na krytykę naszych decyzji dotyczących np. Poczobuta. Mówiąc dosadnie – brakuje dokumentu stwierdzającego wprost, że Warszawa broniła, broni i będzie bronić swoich obywateli ciemiężonych w krajach reżimowych. I rzecz jasna nie możemy się wykazać historią wdrażania tych słów w życie.

Opozycja nie czeka na lidera

Poczobut jest więc w Polsce. Dwa środowiska będą dla niego naturalne. Po pierwsze – skupione wokół redakcji „Gazety Wyborczej”. Mamy podstawy twierdzić, że ludzie ci przez cały czas podejmowali działania mające na celu przynajmniej poprawę jego sytuacji w kolonii karnej. Białoruś to kraj relacji nieformalnych i głęboko skorumpowany.

Po drugie – środowisko białoruskiej emigracji. To jednak od lat pozostaje głęboko podzielone i coraz bardziej skłócone. Konflikty personalne, wzajemne oskarżenia o agenturalność, podejrzenia o współpracę z KGB – to jego nowy krajobraz. Opozycjonista Mikoła Statkiewicz opublikował w „Naszej Niwie” tekst, w którym określił donosicielstwo mianem „najwyższej podłości”. Wskazywał na tych, którzy „wymieniają swoją wolność na wolność innych”.

Ale takich przykładów, także wśród przebywających do niedawna jeszcze w Polsce białoruskich „opozycjonistów”, którzy donosili Tertelowi, możemy przywołać więcej. Wśród głośnych przypadków z ostatnich lat są: Anżelika Mielnikawa, rzeczniczka Rady Koordynacyjnej, która zniknęła w 2025 roku wraz ze 150 tysiącami dolarów z funduszu „Białoruś Liberty”, by ostatecznie osiąść w Mińsku i kupić dwa mieszkania; XY – stypendysta RP, który okazał się byłym współpracownikiem KGB; Daria Astapienko, szantażowana i działająca w Polsce pod przykryciem platformy OnlyFans, wyrokująca dziś zza wschodniej granicy; czy przywołany już Władisław Nadiejko, który teraz wymieniony został wraz z Butiaginem. Okazali się oni uchem i okiem Mińska, choć wielu deklarowało opozycyjną przeszłość

Dlatego powrót Andrzeja Poczobuta – osoby absolutnie bezkompromisowej – stanowi wyłom.

Z zainteresowaniem czytamy komentarze pod artykułami w „Naszej Niwie”, czyli białoruskim medium opozycyjnym, działającym dziś z Wilna. To ostre, bezkompromisowe słowa. I nie znaleźliśmy komentarzy wprost nieprzychylnych Poczobutowi. Bywa tam nazywany „człowiekiem z żelaza” i jeśli ktoś pisze o nim jak o „zakładniku w grze wielkich mocarstw”, to jednocześnie nie wątpi w jego uczciwość.

Alaksandr Opiejkin, szef Białoruskiego Funduszu Solidarności Sportowej, napisał ostatnio: „Szczerze nie rozumiem, w czym jest wartość Poczobuta. Szanuję, że człowiek odsiedział za swoje przekonania, ale nie rozumiem jego obiektywnej wartości”. I został natychmiast zmiażdżony – środowisko „Naszej Niwy”, które na co dzień toczy wewnętrzne wojenki, zareagowało jednomyślnie.

To pokazuje, że po pięciu latach milczenia pojawił się w Polsce nie tylko dziennikarz, ale i człowiek, którego integralności nie kwestionuje nawet skłócone emigracyjne środowisko. Choć dla wielu może być niewygodny. Bo tak właśnie wygląda białoruski opozycjonista przetrzymywany przez reżim. Nie ma konta na OnlyFans i nie bywa w Dubaju.

Co dalej?

Teraz Andrzej Poczobut będzie decydować: Polska czy Białoruś.

Pozostanie w Polsce oznacza zerwanie z Grodnem i Brzostowicą – miejscami, które przez całe życie były dla niego punktem odniesienia. Powrót na Białoruś oznacza postawienie życie na szali gwarancji, których wartość w systemie Łukaszenki równa się interesowi chwili.

Wyraźny jest tu cień Aleksieja Nawalnego. Rosjanin również odrzucił współpracę z reżimem, otrzymał rzekome gwarancje bezpieczeństwa, wrócił do Rosji i został zamordowany.

Poczobut ma dziś największy moralny kredyt zaufania wśród białoruskiej emigracji. Nie podpisał prośby o ułaskawienie i nie poszedł na żadną formę kolaboracji. Jednocześnie nie ma doświadczenia w budowaniu struktur politycznych ani sieci wpływów. Jako ktoś, kto od lat łączy środowiska polskie i białoruskie, może być narażony na zarzuty o „polski rewizjonizm” – zarzuty niesłuszne, ale łatwe do wykorzystania w podzielonej opozycji i zwłaszcza w reżimowej białoruskiej narracji.

W efekcie stoi przed wyborem, jakiego nigdy wcześniej nie miał: pozostać z rodziną w Polsce jako zwykły człowiek albo spróbować odnaleźć się w roli większej niż dziennikarz.

Na zdjęciu Marta Panas-Goworska
Marta Panas-Goworska

Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.

Na zdjęciu Andrzej Goworski
Andrzej Goworski

Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.

Komentarze