Kosztowny sposób walki z afrykańskim pomorem świń jest nieskuteczny, ale państwo zamierza go kontynuować. Ministerstwo Rolnictwa kontynuuje politykę rządu PiS wobec dzików i nie planuje zatrzymania rzezi.
„Dobrze spędzony dzień w świetnej atmosferze, w borach pełnych zwierza. Miło było spotkać paru »starych« znajomych, jak i poznać wielu nowych kolegów. Na pokocie 39 sztuk zwierzyny grubej i jeden lis” – cieszy na Facebooku grupa myśliwych, która nazwała się Passion 4Hunters. Na zamieszczonych przez nich zdjęciach z pokotu widać kilkadziesiąt zabitych zwierząt. Są wśród nich dziki leżące na foliach i na ziemi. Pomiędzy nimi przechodzi kilkunastu myśliwych. Nie wiadomo, czy upolowane dziki były zarażone wirusem afrykańskiego pomoru świń (ASF). Gdyby tak było, szansa przeniesienia go byłaby duża.
W Polsce od niemal 7 lat trwa masowy odstrzał dzików. Ministerstwo Rolnictwa opublikowało nowe rozporządzenie w tej sprawie.
Wirus ASF jest niegroźny dla ludzi, za to śmiertelny dla świń. Wystarczy, że stwierdzi się go u jednej świni, a zabijane jest całe stado. Wirus budzi więc panikę wśród hodowców, a w podejmowanych działaniach chodzi o to, żeby wirus nie dostał się do chlewni. Wprawdzie dziki do chlewni nie wchodzą, ale przenieść go mogą myszy, psy, koty czy ludzie na butach. Stąd też wymogi dokładnego stosowania zasad bioasekuracji, żeby temu zapobiec.
Państwo stawia jednak na zabijanie dzików, nawet tak okrutne, jak strzelanie do loch z niedawno urodzonymi warchlakami. Za odstrzelenie samicy dzika myśliwi mają otrzymywać 650 zł, a za pozostałe osobniki – 300 zł. Nowy projekt rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi utrzymuje dotychczasowe stawki dla myśliwych.
Projekt rozporządzenia stanowi, że 80 proc. ryczałtu przysługuje myśliwemu wykonującemu odstrzał sanitarny dzików, a 20 proc. Polskiemu Związkowi Łowieckiemu albo dzierżawcy lub zarządcy obwodu łowieckiego, na którego obszarze wykonano odstrzał sanitarny dzików. Taki ryczałt to zachęta zwłaszcza do strzelania do loch z młodymi.
Lekką ręką można zarobić ponad 2 tys. zł na czysto.
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi tłumaczy wysokość ryczałtu kosztami wykonania odstrzału sanitarnego i dojazdu do miejsca prowadzenia tego odstrzału oraz transportu tuszy do miejsca wskazanego przez powiatowego lekarza weterynarii, Uwzględnia też koszty przechowywania tusz albo ich utylizacji.
Nie wyjaśnia jednak, dlaczego te koszty są ponad dwukrotnie wyższe w przypadku samic niż samców oraz warchlaków.
Takie działania prowadzone są od lat, a mimo to ASF obejmuje kolejne obszary. W 2025 roku pojawiło się 18 ognisk u świń i 3429 u dzików. Dla porównania – w 2024 r. odnotowano 44 ogniska u świń i 2311 u dzików. W 2023 r. – 30 u świń i 2686 u dzików. W tym roku już u 103 dzików stwierdzono obecność wirusa. To pokazuje, że trwająca od kilku lat rzeź wirusa nie zatrzymała.
Masowe odstrzały są prowadzone w Polsce od 2019 roku. Od tego czasu zabito niemal 1,5 mln dzików.
Przyjmując uśredniony koszt 400 zł za zabicie dzika, kosztowało to podatników około 585 mln zł. Do tego należy doliczyć koszty pobrania i analiz laboratoryjnych prób od każdego zastrzelonego dzika, koszty pracy w weekendy inspektorów weterynarii, pracowników Zakładów Higieny Weterynaryjnej, zakup i funkcjonowanie chłodni, w których były przetrzymywane zabite dziki do czasu uzyskania wyników badań.
Tymczasem naukowcy krytycznie podchodzą do skuteczności walki z ASF poprzez masowy odstrzał dzików. Pod koniec 2024 roku Państwowa Rada Ochrony Przyrody (PROP) negatywnie zaopiniowała „Krajowy plan walki z ASF”, wskazując na wysokie koszty, brak dowodów na skuteczność oraz poważne konsekwencje dla ekosystemów. Zdaniem naukowców opieranie strategii zwalczania ASF na intensywnym odstrzale dzików od lat nie przynosi oczekiwanych efektów.
„Plan prezentuje pozbawioną podstaw naukowych aprobatę dotychczasowych działań, połączoną z kolejnym rokiem wydawania publicznych pieniędzy w działania o nieznanej efektywności (...) Biorąc pod uwagę koszty wdrażania Planu oznacza to kontynuację polityki bezwarunkowego transferu ogromnych środków publicznych do Polskiego Związku Łowieckiego” – napisał PROP w opinii.
Z danych przytoczonych przez PROP wynika, że w latach 2019–2023 jedynie 0,4 proc. odstrzelonych dzików było zakażonych wirusem ASF. Oznacza to, że koszt eliminacji jednego chorego zwierzęcia wynosił średnio 119 tys. zł.
PROP wskazał też w opinii, że „transmisja wirusa do hodowli nie wynika z samej obecności w pobliżu dzików (...). Zarażenia odbywają się najprawdopodobniej za pośrednictwem człowieka, są efektem niestosowania zasad bioasekuracji przez osoby mające kontakt z trzodą chlewną oraz przez myśliwych mających kontakt z krwią i tkankami zabijanych chorych dzików, a także poprzez spożycie przez trzodę zarażonej paszy oraz niekontrolowany handel świniami”.
„Dywanowy odstrzał na całym obszarze kraju nie ma sensu i premiowanie go finansowo jest marnowaniem pieniędzy. Intensywny odstrzał dzików ma sens w przypadku strefy, gdy np. ASF pojawił się w danym miejscu niedawno, wtedy wokół obszaru zapowietrzonego powstaje strefa buforowa, gdzie powinien być przeprowadzony odstrzał, który doprowadzi do wyeliminowania dzików z tego terenu i zapobiegnie rozprzestrzenieniu się wirusa na sąsiednie obszary” – mówił w OKO.press dr hab. Tomasz Podgórski z Instytutu Biologii Ssaków PAN oraz Czeskiego Uniwersytetu Przyrodniczego w Pradze.
W raporcie „Afrykański pomór świń (ASF) w populacjach dzików – wyniki badań i rekomendacje dla kontroli ASF” sporządzonym przez Instytut Biologii Ssaków PAN czytamy: „Redukcja powinna być prowadzona w systemie strefowym, koncentrując się zwłaszcza na strefie buforowej przylegającej do obszaru zakażonego. Należy unikać odstrzału w strefie zakażonej ze względu na niewielki efekt redukcji populacji w stosunku do śmiertelności powodowanej przez ASF oraz związane z polowaniami ryzyko wywołania zwiększonych przemieszczeń dzików poza strefę zakażoną i dalszego roznoszenia wirusa ASF”.
Problem w tym, że realizacja tego postulatu napotyka na silny opór myśliwych. Niedawno wirus ASF pojawił się w powiatach piotrkowskim i przeworskim, gdzie wprowadzono zakazy polowań. Myśliwych to oburzyło.
„Decyzja ta ze strony organów państwowych jest wprost absurdalna i może nieść poważne, negatywne konsekwencje na wielu płaszczyznach. Polska ma już bardzo złe doświadczenia ze zwalczaniem ASF w strefach zagrożonych, w których wprowadzano zakaz polowań. Wszystkie dostępne źródła naukowe oraz rekomendacje europejskie jednoznacznie wskazują, że skuteczna walka z ASF w strefach, gdzie stwierdzono obecność wirusa, powinna obejmować redukcję populacji dzików poprzez odstrzał, prowadzoną równolegle z aktywnym poszukiwaniem i usuwaniem padłych sztuk ze środowiska” – powiedział redakcji farmer.pl myśliwy Michał Budzyński ze Związku Zawodowego „Wspólna Sprawa”.
Myśliwy albo nie zna źródeł naukowych, albo świadomie wprowadza w błąd czytelników farmer.pl, czyli głównie rolników, licząc na ich poparcie zabijania dzików.
Przyrodnicy zwracają też uwagę, że masowe odstrzały mają także poważne skutki ekologiczne. Wśród nich wymieniają m.in. zanik buchtowania, czyli naturalnego przekopywania gleby przez dziki, co negatywnie wpływa na lasy i obszary chronione. Drastyczne ograniczenie populacji dzików może spowodować zubożenie bazy pokarmowej drapieżników żerujących na dzikach, w szczególności wilka. Dziki są uważane za sanitariuszy lasów, żywią się m.in. padliną, gryzoniami oraz owadami będącymi szkodnikami drzew.
Jak podaje Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, intensywne polowania rozbijają struktury stad i powodują migracje zwierząt. Zdaniem ekspertów to jeden z powodów coraz częstszej obecności dzików w miastach i na osiedlach. Zwierzęta szukają tam bezpieczeństwa i łatwego dostępu do pożywienia. Zarzuty PROP odpiera Główny Lekarz Weterynarii, który w publicznych wypowiedziach określił opinię Rady jako „surową ocenę bez merytorycznego wsparcia”. Inspekcja Weterynaryjna konsekwentnie broni odstrzałów jako jednego z filarów walki z ASF.
PROP wskazuje, że skuteczniejszym kierunkiem działań byłoby wzmocnienie bioasekuracji w hodowlach oraz intensywne wyszukiwanie padłych dzików. Na poszukiwaniu ciał myśliwi też mogą zarobić. Jednak jest to jedynie 200 zł za dzika – znacznie mniej niż za zabicie zwierzęcia.
Wzorem skutecznego rozprawienia się z ASF jest Szwecja. Tam po znalezieniu pierwszego dzika padłego z powodu ASF została wyznaczona zakażona strefa, którą wyłączono z ruchu, poza drogami. Przeszkolone zespoły poszukiwały martwych dzików. Dzięki temu szybko udało się odtrąbić sukces.
A w Polsce?
Dane Najwyższej Izby Kontroli pokazują, że w latach 2019–2021 w ramach walki z ASF na kontrolę bioasekuracji i badania stad świń przeznaczono mniej 4,8 proc. środków. Kontrolerzy wskazywali przy tym, że bioasekuracja była wdrażana niedostatecznie. Inspektorzy weterynaryjni często nie przeprowadzali obowiązkowych kontroli gospodarstw.
Mimo zmiany władzy nie zmieniła się polityka maksymalnej redukcji populacji dzików. W „Krajowym planie działania dotyczącym zarządzania populacją dzików” zapisano, że odstrzały mają być prowadzone bez limitów. Mają obejmować wszystkie zwierzęta – niezależnie od płci i wieku – i trwać tak długo, jak długo dziki będą obecne w obwodach łowieckich.
„Od lat wydajemy setki milionów złotych na masowe zabijanie dzików. Tymczasem nauka jasno pokazuje, że nie jest to skuteczna metoda walki z ASF. Państwo finansuje działania, które niszczą przyrodę, a jednocześnie nie rozwiązują problemu choroby. Polityka resortu rolnictwa kierowanego przez PSL nie różni się od polityki poprzedników z PIS. To niebezpieczna polityka markowanych działań” – podsumowuje Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Komentarze