0:00
Prawa autorskie: Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.plDawid Zuchowicz / Ag...
06 sierpnia 2022

Bachmann: Dlaczego Niemcy nie reagują na zaczepki PiS? Nie chcą grać w orkiestrze Kaczyńskiego

W Berlinie politycy wiedzą, że nic by PiS-owi bardziej nie pomagało, niż ostra reakcja na festiwal antyniemiecki w rządowych mediach w Polsce. Ponieważ ten chwyt jest absolutnie czytelny, niemieccy politycy, nie chcąc grać w orkiestrze Jarosława Kaczyńskiego, milczą

Wydrukuj

Festiwal antyniemieckich wystąpień, wywiadów i wypowiedzi, jaki się obecnie odbywa w Polsce w prawicowych, prorządowych i sfinansowanych przez rząd mediach, ma jedną cechę, która łatwo uchodzi uwadze. Jest to podprogowy przekaz, zgodnie z którym to Polska jest skrajnie ważnym dla polityków niemieckich krajem, i że niemal wszystko, co „Niemcy” (to pewnie oznacza rząd federalny) robią, ma na celu ujarzmienie niepokornej Polski.

W świetle tych wypowiedzi, „Niemcy” montują misterną prowokację, na której czele stoi Donald Tusk, aby Polskę siłą wciągnąć w strefę euro, obalić rząd Morawieckiego i budować „imperium” na kanwie Unii Europejskiej, która stanie się wtedy superpaństwem, likwidującym suwerenność Polski albo, jak to niedawno określił prezes PiS: czwartą Rzeszą.

W jednej z prorządowych gazet można ostatnio nawet znaleźć twierdzenie, jakoby „Niemcy” pracowali – rękami Tuska i polskiej opozycji – nad usunięciem pani Przyłębskiej z Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ jest on jednym z bastionów chroniących Polaków przed owym superpaństwem.

Żadna z tych wypowiedzi nie mówi nic istotnego o Niemczech, które jawią się w nich – podobnie jak zresztą polska opozycja – jako misterny monolit, który nie ma innych zmartwień, niż czyhać na suwerenność i dobrobyt Polski oraz obalić jej rząd.

Jego zwolennicy widocznie zaliczają do rządu także szefową TK i szefa Banku Centralnego, co samo w sobie nieco kontrastuje z zapewnieniami obojga o swojej niezależności.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Niemcy nic o tym nie wiedzą

Problem w tym, że sami Niemcy nic o takich zamiarach nie wiedzą. Niemieckie media zajmują się obecnie wojną na Ukrainie, konfliktem o Taiwan i przede wszystkim deficytem na rynku gazowym, gigantycznymi wzrostami cen energii i możliwościami kompensowania tych podwyżek ludziom o niskich dochodach.

O tym, że w Polsce (znowu) trwa festiwal przypominania zbrodni niemieckich, że lada chwila PiS wyszykuje Niemcom gigantyczne roszczenia o reparację, czytelnicy gazet i publiczność przed radioodbiornikami i telewizorami dowiadują się jedynie z wielkim trudem.

Podczas gdy kilka niemieckich gazet odnotowało jeszcze wypowiedź Kaczyńskiego o „czwartej Rzeszy” w grudniu ubiegłego roku, większość wysłanników i korespondentów obsługujących wizytę szefa chadecji, Friedricha Merza w Polsce (27-28 lipca) nie odnotowała nawet kwestii reparacji, lecz koncentrowała się na krytyce rządu niemieckiego (ze strony Merza i polskiego rządu) i na kwestii dostaw broni dla Ukrainy.

O reparacjach pisało tylko kilka lokalnych gazet. Oczywiście oficjalnej reakcji rządu albo niemieckiego MSZ też nie było.

W Niemczech antyniemiecka kampania PiS nie istnieje, albo, jak adresaci tej kampanii w elektoracie PiS pewnie powiedzieliby: Niemcy wolą to przemilczeć, bo to niewygodne.

Szkopuł w tym, że to specjalnie niewygodne dla dyplomatów nie jest, ale nawet gdyby tak było, to byłby to tym lepszy powód dla mediów, aby ten temat poruszać. Powody, dlaczego antyniemiecka kampania PiS nie wywołuje w Niemczech reakcji ani wśród polityków, ani w mediach, są cztery.

Według mediów PiS, Polska jest skrajnie ważnym dla polityków niemieckich krajem, i niemal wszystko, co „Niemcy” robią, ma na celu ujarzmienie niepokornej Polski
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

Tylko dla Polaków

Po pierwsze, ta kampania jest skierowana tylko do Polaków. Morawiecki, Kaczyński, Mularczyk mówią o tym na spotkaniach z wyborcami PiS w Polsce i do polskich (i to głównie „swoich”) mediów. Nie mówią – z jednym wyjątkiem – o tym ani w Niemczech, ani wobec niemieckich polityków.

Sytuacja jest tak absurdalna, że w ostatnich latach niektórzy niemieccy politycy dowiadywali się o tym, że ich polscy rozmówcy „stanowczo żądali reparacji” (albo rozpoczęcia negocjacji o nie) dopiero z przekazu tych polskich polityków dla polskiej prasy.

Za zamkniętymi drzwiami nie poruszali tej kwestii, ale potem twierdzili inaczej. Jeden z nich nawet twierdził, że żądania (których nie wygłosił) „spotkały się ze zrozumieniem strony niemieckiej”.

Do tego obrazu pasuje, że PiS od siedmiu lat pracuje nad raportem o polskich stratach wojennych, ale przez ten czas nie zdołał nawet wystosować oficjalnego pisma do rządu federalnego z żądaniem reparacji i z uzasadnieniem ile, co i za co żąda.

Nic dziwnego: wtedy musiałby podać nie tylko podstawę prawną, ale też rozstrzygnąć wielce kłopotliwy dylemat, czy chodzi mu o indywidualne zadośćuczynienia (jakie Niemcy płaciłyby na rzecz konkretnych obywateli polskich, ale tylko bezpośrednio poszkodowanych, tak jak przy wypłatach dla byłych robotników przymusowych), czy o reparacje państwowe (Niemcy płaciłyby do polskiego budżetu i polski rząd mógłby z tym robić co chce).

Niemcy wiedzą, że to nie do nich

Po drugie, o tym, że jest to przekaz na użytek wewnętrzny, Niemcy – to znaczy niemiecka dyplomacja, niemieckie media i eksperci – wiedzą bardzo dobrze. W Polsce jest kilkunastu korespondentów niemieckich, prawie wszyscy mówią biegle po polsku i znają kraj od wielu lat.

W ambasadzie RFN pracuje ok. 100 osób, a w niemieckim MSZ w Berlinie wielu pracowników jest polskiego pochodzenia albo mówi biegle po polsku. Tajemnicą polityków PiS zostaje, dlaczego uważają, że mogą w Polsce wygłaszać przeciwieństwo tego, co mówią za granicą i wobec zagranicznych polityków.

Być może zmyli to wyborców PiS, niemieccy dyplomaci i dziennikarze tak łatwo nie dadzą się wyprowadzić w pole.

Politycy PiS zresztą wcale nie ukrywają, że ten antyniemiecki przekaz jest przeznaczony tylko do użytku wewnętrznego. Pytany o „granie antyniemiecką kartą przez polityków PiS”, prezydent Duda w ostatnim wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" nie dystansował się od wypowiedzi czołowych polityków PiS, lecz powiedział, że sam jest „adwokatem dobrych stosunków polsko-niemieckich” i podał kilka dowodów jego przyjaznego stosunku do Niemiec.

Większość polityków PiS, którzy w kraju pomstują na Niemcy, wobec niemieckich polityków pragnie uchodzić za poważnych, przyjaznych partnerów – przynajmniej wtedy, kiedy w pobliżu nie ma nikogo, który może o tym donieść Kaczyńskiemu.

Podczas niedawnych rozmów szefa chadeckiej opozycji w Niemczech Friedricha Merza, tylko Jarosław Kaczyński mówił z przekonaniem o reparacjach. Morawiecki robił to nieco z obowiązku i zdawkowo.

Dwóch wysokich mężczyzn, pośrodku niski
Z lewej szef CDU Friedrich Merz, w środku Jarosław Kaczyński. Wizyta szefa CDU w Warszawie, 28 lipca 2022. Foto z FB sekretarza generalnego CDU Paula Ziemiaka

Efekt wypowiedzi Kaczyńskiego był zresztą nieco odmienny od spodziewanego: niemieccy goście wyjechali z przekonaniem, że z Morawieckim da się jeszcze załatwić jakieś konkretne sprawy. Natomiast Kaczyński żyje w swoim własnym świecie, wydarzeniami sprzed stu lat, w których pierwsza wojna światowa się właśnie skończyła i Niemcy marzą o odzyskaniu utraconych ziem na wschodzie dogadując się potajemnie z ZSRR.

Nie on pierwszy wykorzystuje takie rozmowy do uświadomienia swoich rozmówców, jakie niecne zamiary żywią wobec Polski, tak jakby ci Niemcy byli w jakimś transie i sami nie znali swoich intencji.

Niemcy nie chcą grać w orkiestrze Kaczyńskiego

Po trzecie, akurat to, że dyplomaci i politycy niemieccy wiedzą, co się w Polsce szykuje, jest kolejnym powodem ich milczenia. Niemieckie elity polityczne tę lekcję przerabiały już w 2017 roku, kiedy turecki prezydent Recep Tayyip Erdoğan nie był pewien wyniku referendum, które miało mu dać więcej władzy.

Wtedy po kolei spróbował prowokować ostre reakcje w Holandii i Niemczech (oskarżając rządy obu tych krajów o nazizm), licząc na to, że pozwolą mu się stroić w szaty obrońcy ludu tureckiego przed napaścią wrednych Holendrów i Niemców. Oba rządy, wiedząc o tym, reagowały bardzo spokojnie.

W Berlinie politycy wiedzą, że nic by PiS-owi bardziej pomagało, niż ostra niemiecka reakcja na festiwal antyniemiecki w rządowych mediach w Polsce, dzięki któremu potem „wPolityce”, „doRzeczy” albo „Sieci” mogłyby dać „stanowczy odpór bezczelnym kłamstwom niemieckich polityków” i domagać się od PO dystansowania się od „swoich niemieckich mocodawców”.

Ponieważ ten chwyt jest absolutnie czytelny, niemieccy politycy, nie chcąc grać w orkiestrze Jarosława Kaczyńskiego, milczą.

W Niemczech karta antypolska nie idzie

Po czwarte, w Polsce można w kampaniach wyborczych coś wygrać grając kartą niemiecką. Nie jest to wiele, ale w sytuacji, kiedy kilkaset tysięcy głosów może rozstrzygnąć kto będzie rządzić, gra jest warta świeczki.

W Niemczech polityk, który spróbuje coś ugrać kartą antypolską, by się co najwyżej sam ośmieszał. Ostatnio próbowała tego Erika Steinbach, bezskutecznie zresztą i to już kilkanaście lat temu. Jej fiasko i to, że nikt potem tego nie próbował powtórzyć, wynikają nie tylko z tego, że Polska stała się w ostatnich latach mało ważnym i mało obliczalnym partnerem, którego rząd wielu polityków niemieckich woli omijać z daleka, dogadując się bezpośrednio z samorządami.

Jest to też następstwo faktu, że „Polonia” w Niemczech jest zbyt zróżnicowana, zbyt dobrze zintegrowana i nie stanowi żadnego zwartego elektoratu, o który niemieccy politycy musieliby zabiegać. Gdyby owa mityczna „mniejszość polska” w Niemczech, o której ciągle mówią politycy PiS (i nie tylko oni), faktycznie istniała i była ideologicznie zwartą grupą zdolną do podejmowania zbiorowych decyzji, niemieccy politycy musieliby sprawom Polski poświęcać więcej uwagi – tak jak to robią wobec Turcji i Rosji.

Reparacje? Tylko skrajna lewica się odezwie

Jeśli faktycznie instytut posła Mularczyka w rocznicę wybuchu wojny opublikuje nareszcie swoje obliczenia polskich strat i rząd Morawieckiego zdecyduje się wystąpić oficjalnie do rządu Niemiec z roszczeniami o reparacje, to być może wywoła to krótkotrwałą irytację w niemieckich mediach.

Jak słusznie powiedział Merz (w takich sprawach opozycja i rząd mówią jednym głosem): obojętnie jaka koalicja będzie rządzić w Berlinie, każda będzie uważać ten temat za prawnie zamknięty.

Paradoksalnie PiS będzie mógł jedynie liczyć na zrozumienie wśród niektórych dobrodusznych intelektualistów na lewicy, którzy zazwyczaj popierają każdą krytykę swojego kraju (niczym Noam Chomsky wobec USA) i – na partię Die Linke, skrajną lewicę, która też poparła roszczenia Grecji.

AfD się oburzy

Z partii, która na scenie niemieckiej jest najbliższa PiS, z „Alternatywy dla Niemiec” (AfD) popłynie wtedy przekaz, który politykom PiS może się wydawać dziwnie znajomy: że w imię dumy narodowej i interesu państwa należy te żądania stanowczo odrzucić i przypomnieć Polsce, że niemiecki wschód, jaki przyjęła po wojnie, to też rodzaj reparacji.

Tak, jak w czasach Eriki Steinbach (która teraz jest w AfD) polski nacjonalizm zderzy się z niemieckim.

Rządząca koalicja i opozycyjna chadecja powiedzą to, co i rzecznicy Angeli Merkel mówili przez ostatnie osiem lat: że sprawa jest prawnie zamknięta. To nakładać się będzie akurat na okres, w którym większość Niemców będzie na wakacjach (co sprzyja podejmowaniu tego tematu przez media, ale bardzo ogranicza uwagę, jakie mu poświęcą politycy i obywatele) i na wakat na stanowisku ambasadora RP w Berlinie.

Co można osiągnąć w tym miejscu nawet prawie bez aparatu urzędniczego, ale z dobrą znajomością niemieckich debat i języka niemieckiego, pokazał ukraiński ambasador Andrij Melnyk, podburzając opinię publiczną i naciskając na polityków.

Z punktu widzenia rządu Ukrainy to była odpowiednia osoba na odpowiednim stanowisku w odpowiednim czasie. Jego przykład pokazuje, że można w ten sposób wpływać na podejmowanie decyzji w Berlinie, gdy chodzi o aktualne problemy świata – a nie o to, aby za pomocą mało zrozumiałych argumentów historycznych rozgrywać swoje wewnętrzne konflikty z opozycją na terenie innego państwa.

Kiedy Melnyk zaczął to robić, jego zwierzchnicy go wycofali. Pod tym względem Warszawa może się jeszcze wiele nauczyć od Kijowa.

Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne